Recenzje > O filmach piórem bibliofila

Marzec w kinie: „Witaj w klubie”, „Wielkie piękno” i „Kapitan Phillips”

Witaj w klubie

Witaj w klubie

Oscary za role pierwszo- i drugoplanową. Nagrodzeni to 45-letni Matthew McConaughey i o dwa lata młodszy Jared Leto. Po obejrzeniu filmu powstaje dylemat, który z tych aktorów był lepszy? Trzeba wziąć pod uwagę, że drugoplanowość Leto jest niezwykle okazała, wyrazista. W dodatku rola Rayona czy Rayony dramatyczna, charakterystyczna, ciężka i ośmielam się napisać, że często przesłaniająca Rona Woodroofa. Chociaż, jak można porównać aktora grającego chorego na AIDS elektryka, któremu pozostaje tylko 30 dni życia, z gejem transwestytą, narkomanem, również umierającym na AIDS, podwójnie tragicznym, delikatnym, ocierającym się każdej chwili o płacz i śmiech. Porównać się nie da. Tu nie ma roli drugoplanowej. Tu mamy duet aktorski.

Kolejnym duetem jest dr Sevard i dr Eve Saks. Ta druga postać jest dopełnieniem duetu pierwszoplanowego. Powiedzmy, że Jennifer Garner z jednej strony partneruje właśnie dwóm bohaterom granym przez McConaugheya i Leto, zaś dr Sevard odtwarzany przez Denisa O’Hare’a jest podwójnie zaangażowany: to najpierw partner a potem opozycjonista dr. Saks, tudzież Meksykańczyka dr. Vassa, która to postać została stworzona po to, żeby podkreślić komercyjne, bezduszne, amerykańskie, korporacyjne zło dr. Sevarda. I to jest z kolei trzeci plan aktorski.

Film zbudowany jest właśnie na takich konfrontacjach, opozycjach, przenikaniu, traceniu i odzyskiwaniu. Kolegów, przyjaciół, ludzi, życia i śmierci. Jakby swoisty, dziwny film drogi, gdzie drogą, autostradą do nieba, Route 66, Drogą-Matką jest życie i choroba.

Fabuła zaczyna się w teksańskim mieście około 1985 roku. Trwa mniej więcej rok. Białe stetsony, flanelowe koszule rozpięte na piersi, grube złote łańcuszki na szyi, wąsy, rodeo, konserwatyzm Południa, piersiówki jasnobrązowej gorzały, piwo i lufka tequili, papierosy, kokaina ze szklanego blatu, strzykawki, pociąganie nosem nie wiadomo, czy po koce, czy z powodu chronicznego kataru z braku odporności. To trwa przez całe bez mała dwie godziny. To wszystko, ta scenografia, szczegóły, rekwizyty, swoisty plan filmowy lub krajobraz towarzyszy AIDS. Ale jakby było tego mało, tej konfrontacji z chorobą, katolicki, wulgarny, bardzo macho, bo przecież z Południa, konserwatyzm staje twarzą w twarz z Queer, LGBT. Od schematów aż się roi, lecz służą one prowadzeniu fabuły w odpowiedniej formule i w konkretnym celu. O, przepraszam! W zasadzie dwóm celom.

Jeden to zmiany, jakie choroba czyni w kochającym życie w postaci kobiet, tequili, papierosów i rodeo szczupłym, wysokim przystojniaku. Nie piszę o spustoszeniu, bo rzecz w zmianach charakterologicznych, emocjonalnych, w stosunku do świata i siebie. Kwintesencją tych zmian jest wprost niewiarygodna, pokazana w sposób uderzająco realny, rzeczywisty, prawdziwy, absolutnie niepodrasowany, jakby nie amerykański, przyjaźń z transwestytą, której towarzyszy zerwanie z dawnym „białym” środowiskiem apoteozy Konfederacji miejscowej policji. Proszę uwierzyć, nie jest to łzawe. Dowodem tego jest reakcja Woodroofa na śmierć przyjaciela. To ostatnio bardzo rzadkie w kinie amerykańskim. Ta postać, Ron Woodroof, jest na tyle autentyczna, że nie w pewnym momencie widz orientuje się, iż nie zarzuca mu obłudy, hipokryzji, oszustwa, kombinatorstwa. Czy to wynik choroby? Czy może smutku postaci? Jakiejś dziwnej swady powodującej bliskość? A może po prostu genialność reżyserii i aktorstwa?

Drugim celem jest wielki współczesny dramat, jakże bliski polskim pacjentom, czyli okazuje się, że jednak globalny, traktowania pacjentów jak króliki doświadczalne. Woodroof w pewnym momencie mówi: „Czy wyglądam na gryzonia?”. Przerażający brak empatii środowiska medycznego związanego bardziej z firmami farmaceutycznymi i korporacjami niż pacjentami. Czyżbyśmy tu mieli odrobinę antropologii i filozofii? Zastanowienie się nad rolą medycyny, lekarzy, zmianami w zawodzie, relacjami ludzkimi jest nieuniknione. Oczywiście są i pewne niesubtelności. Jak choćby los owych dobrych lekarzy: prośba skierowana przez szefa do dr. Saks o złożenie wymówienia, czy brak licencji na wykonywanie zawodu lekarza przez dr. Vassa. To jednak drobiazgi. Do niesubtelności, a wręcz przeciwnie, zaliczam sposób porozumiewania się ze światem Rona. Jego wulgarność jest nieukniona i bez niej nie byłoby tej postaci.

To poniekąd dziwne, ale bardziej przygnębiające jest w tym filmie nie śmiertelna choroba i tragedia jednego człowieka (nie, nie dwojga ludzi przecież!), ale pacjent w obliczu współczesnej medycyny. Której symbolem od dawna jest pieniądz i brak zrozumienia pacjenta, a do niego dołączają przedstawiciele firm farmaceutycznych z neseserami nie czekający w kolejkach do lekarzy, mijający cierpiących pacjentów z uśmiechem na twarzy. Uśmiechem dr. Sevarda.

Wielkie piękno

Wielkie piękno

Cóż można o tym filmie napisać, jeżeli porównuje się go w mediach do obrazów Felliniego, zaś samego reżysera Paolo Sorrentino do wielkiego poprzednika? Każde słowo będzie frazesem, sloganem, głupotką obnażającą dyletanctwo i nieumiejętność odczytywania filmów artystycznych. Ten film jest trochę, jeżeli zapomnimy na chwilę o Fellinim, jak reżyseria Oliviera Nakache czy Michaela Hanekego, czyli coś wspólnego ma z „Nietykalnymi” albo „Miłością”. Ale co? To takie uczucie podświadome, nieuchwytne, ulotne bardzo, które w zasadzie pojawia się już w pierwszych scenach i przemyka przez głowę w ciągu całego filmu, tych ponad dwóch godzin fabuły, a może raczej nie-fabuły. Może to główny bohater? Nieważne, jakiego zawodu. Ważne, w jakim wieku, z jaką przeszłością. Starzec-dżentelmen. Trochę południowy macho. Jakby bohater z „Rzeczy o mych smutnych dziwkach” Marqueza. Mówi o sobie, że nie wystarcza mu bywać na przyjęciach, teraz chce je psuć. Właśnie. Żyje, a widzowie wiedzą, że to życie jest bliższe ku końcowi niż dalsze. Czas na coś innego niż czerpanie garściami i nieoglądanie się za siebie. Tutaj oglądamy coś w rodzaju podsumowania życia. Ukoronowania. A oglądania się wstecz mnóstwo. Tyle że reżyser wybiera to, co wydaje się mu najwłaściwsze, najważniejsze. Jak u Marqueza chodzi o miłość. Inną niż przez kilkadziesiąt lat zawodowego hedonizmu w Rzymie, ale tę dotkniętą w młodości a spełnioną lub niespełnioną. Otóż to! Jakiż przewrotny jest Sorrentino! To najpiękniejszy, najbardziej porywający, niezwykle zmuszający do refleksji wątek filmu. Jep Gambardella i jego miłość, której nie było w Rzymie, choć była ciągle. Pojawia się na chwilę, choć zostaje na zawsze. Można ją wspomnieć, ale pamięć materialna, dowód wielkich uczuć zostaje najprościej, jak najbardziej prozaicznie wyrzucony na śmietnik. I nie jest to metafora.

Jak w „Rzeczy” spacery to poetyckie obrazy, przeplatane metaforycznymi i alegorycznymi myślami bohatera. Na przemian jest albo świadkiem, beznamiętnie, ale jakże cudownie pięknymi ciemnymi oczami, patrzącym na performance, ulicę, uprawiających jogging na wybrzeżu, statek…, albo gwiazdą snobistycznych przyjęć i rozmów, jakże królewskim z tą nogą założoną na nogę, elegancko trzymanym w dłoni papierosem, zainteresowaniem na przystojnej, nieco pociągłej, niezwykle inteligentnej twarzy. W jednej chwili jest barokowym uwodzicielem, szatanem, arlekinem na wzór Mozarta z „Amadeusza” Formana, w drugiej oświeceniowym artystą, dla którego przyjaźń im dłuższa, tym ma więcej chwil trudnych.

To także powolna sceneria samotności. Nieśpieszna, niezaskakująca. Starannie ogolony, uczesany do tyłu, jakby dumny ze starzenia się, w jasnych spodniach, dwurzędowej letniej marynarce z chusteczką w butonierce, z jedwabną zapewne apaszką szyi, zostaje powolutku sam w Wiecznym Mieście. Ktoś wyjeżdża. Komuś umiera syn. Ktoś znika, bo nie wiadomo, czy tak naprawdę był.

Pewną irracjonalność, surrealizm, realizm magiczny podkreślają wątki „Świętej”, swoistej Matki Teresy, tutaj bardzo antagonistycznej. Stworzonej, żeby ironicznie, zgryźliwie, wręcz okrutnie pokazać piękno i barokowość „Wielkiego żarcia” (ohydnego wszakże) w kontraście do brzydoty starej zakonnicy.

Sorrentino piękna szuka, zdaje się, że wszędzie. Właściwie tam, gdzie widzowi nie przyszłoby do głowy. W Świętej i w czterdziestoparoletniej striptizerce. W eleganckim Gambardellim i w jego szefowej karlicy. A postaci przewija się mnóstwo. Niektóre traktujemy z zainteresowaniem, inne z przerażeniem, ironią, wstrętem. To one są słupkami kilometrowymi drogi-życia bohatera w poszukiwaniu wielkiego piękna. Cóż, i chyba właśnie dlatego film jest tak bardzo z Felliniego.

Kapitan Phillips

Kapitan Phillips

Nie pamiętam, przyznaję się, czy tegoroczny oscarowy „Kapitan Phillips” był wyświetlany w kętrzyńskiej „Gwieździe”. Jeżeli nie, to wielka szkoda, a może jedynie drobne niedopatrzenie. Film chyba trochę niedoceniony przez widownię, ale to poniekąd zrozumiałe, ponieważ w 2013 roku pojawiło się wiele obrazów dobrych, bardzo dobrych, interesujących i rozrywkowych. A był (w kinach) i jest (w sieci) awizowany, jako biograficzny i dramat. W zasadzie to prawda, lecz nie przyciąga to publiczności. Druga sprawa, że może jesteśmy nieco zmęczeni Tomem Hanksem, a przecież pierwszoplanowa rola w tym obrazie, to jego jeden z lepszych występów od czasu zagrania Forresta Gumpa. A być może najlepszy.

Rzecz jest ekranizacją prawdziwych wydarzeń z 2009 roku, gdy amerykański kontenerowiec został zaatakowany przez somalijskich piratów. Na chwilę zatrzymam się i pozwolę na dygresję. Ataki pirackie, gdzieś tam daleko od Polski, od środkowej Europy, przemykają czasami w wiadomościach kilkoma słowami, paroma obrazkami, kilkunastoma wyrazami na paskach u dołu ekranu. Ktoś został porwany, ktoś zapłacił okup, ileś trupów… To nas nie dotyczy. Dramat, tragedia jedna z wielu. Inny świat, obce kraje, dalekie morza, ludzie o innym kolorze skóry, zawody morskie raczej nam nie bliskie… Może i to wstrząsa przez chwilę… A tutaj mamy dwie godziny i czternaście minut okazji, żeby zbliżyć do makabry i kapitana, i załogi, i… Somalijczyków.

Film ma, moim zdaniem, nieprawdopodobną zaletę. Nie dostrzegam w nim zbędnej sekwencji, niepotrzebnej sceny, nieodpowiedniego dialogu, gestu. Jednak takie stwierdzenie zbliża do zakwalifikowania „Kapitana Phillipsa”, jako filmu dokumentalnego, reporterskiego, a jest wprost przeciwnie! Kipi tam od emocji, nerwów, napięcia, strachu, niepokoju, natychmiastowych wyborów, decyzji, siły, paniki tak ze strony, rzecz jasna, tytułowego kapitana, załogi, jak i somalijskich piratów. Owo wrzenie podkreśla brak granic dobra i zła, choć pozornie jest wszystko jasne. Po jednej stronie są ludzie wykonujący swoją pracę, odpowiedzialni i uczciwi, oraz ci, którzy chcą jak najszybciej i najbezpieczniej zarobić pieniądze i wrócić do domów, ponieważ nie płaci się im za to, żeby narażali życie. Po drugiej zaś, afrykańscy bandyci, uzbrojony motłoch Trzeciego Świata. O nie! Bohaterowie każdej ze stron to mężczyźni nasiąkli swoim wychowaniem, miejscem urodzenia, napiętnowani przez otoczenie i narzuconymi przez innych, bądź własnymi wyborami. Parę zdań między Phillipsem a Muse tłumaczy niezwykle dużo. Prawie wszystko. To zetknięcie dwóch światów. Konflikt cywilizacyjny, który, jak przecież wiadomo nie od dziś, opiera się tylko i wyłącznie na pieniądzach. Gdy widz nasyci się genialną grą Hanksa i Barkhada Abdiego, kiedy pochłonie go atmosfera oceanu, statku i strachu o życie, bardzo wypowiedzianego przez kapitana i niezwykle smutnego, ale sugestywnego, u somalijskiego pirata, niech dokładnie wsłucha się w króciutkie dialogi ich obu. One tłumaczą wszystko.

A na koniec: niby Hollywood, lecz akcja ratownicza amerykańskiej marynarki i komandosów jak z „Helikoptera w ogniu”, bądź podobnych obrazów. Bez żadnych słodyczy. Jednak amerykańska kinematografia potrafi czasami odrzucić schemat nadciągającej kawalerii. Mamy, zatem, film doskonały od początku do samego końca.

Jerzy Lengauer
PodróżeKulturaMuzykaHistoriaFelietonyPaństwo, polityka, społeczeństwoPowieści i opowiadaniaKącik poezjiRecenzjeWielkie żarcieKomiks
PrzewodnikiAlbaniaNepalPolskaRumunia
Najpopularniejsze Recenzje„Biały kruk” – Andrzej Stasiuk„Pachnidło” w interpretacji Tomasza Traczyńskiego„Mistycy i narkomani” – Wojciech „Tarzan” Michalewski „Antologia poezji hippisów” – świat, którego już nie ma„Moje drzewko pomarańczowe”, czyli lekcja czułości
Najwyżej oceniane Recenzje„21 wierszy miłosnych” – Adrienne Rich – Miłość jako doświadczenie i instytucja„Wielkie pranie mózgów. Rzecz o polskich mediach” – Piotr Szumlewicz„Siddhartha” – Hermann Hesse„Moje drzewko pomarańczowe”, czyli lekcja czułości„Pat Garrett and Billy the Kid” i „Szczęśliwy T-shirt”
Oceń zamieszczony obok artykuł.
Minister kazał, więc uprzejmie informujemy, że nasze strony wykorzystują pliki cookies (ciasteczka) i inne dziwne technologie m.in. w celach statystycznych. Jeśli Ci to przeszkadza, możesz je zablokować, zmieniając ustawienia swojej przeglądarki. Więcej informacji znajdziesz w artykule: Pliki cookies (ciasteczka) i podobne technologie.