Felietony > Na wspak

Tajne przez poufne / zawód: szpieg

Ogród zoologiczny we WrocławiuPoszłam do ZOO. Takiego zwyczajnego, ze zwierzątkami. We Wrocławiu, przy ul. Wróblewskiego, naprzeciwko sławetnej Hali Stulecia [kto był/mieszka we Wrocławiu, ten wie, o co chodzi; w każdym razie przydałby się remont]. Poszłam w celu szczytnym, a mianowicie: zebrać materiał na tekst. Prasowy. O zwierzątkach. Moja opiekunka praktyk z pewnej wrocławskiej gazety, w której aktualnie odbywałam staż, nie miała tego dnia weny twórczej. Zabrakło biedaczce oryginalniejszych pomysłów na to, jak się mnie pozbyć z redakcji. W ostateczności może być i ZOO – człowiek też zwierzę.

Dygresja:

Stażysta to taki mały „PODczłowiek”. Okrutnie irytujący. Przychodzi, choć wie, że nie jest mile widziany. Pyta, choć wie, że nie powinien. I wraca, choć wie, że nie ma po co. To nic personalnego – „PODludzi” dyskryminuje się za samą przynależność do PODgatunku, niekoniecznie za indywidualne cechy charakteru. Takie życie. Trudno powiedzieć, kto biedniejszy: opiekun praktyk, który teoretycznie musi zajmować się stażystą, czy też stażysta, który dostrzega krwiożercze zamiary opiekuna, a mimo to musi go słuchać. W końcu „przyszedł się uczyć”.

Przez cały miesiąc toczyłam z moją opiekunką niemy pojedynek: ona usilnie wynajdowała sposoby, by się mnie pozbyć – jak najszybciej i możliwie na jak najdłużej. Ja ze swej strony (równie usilnie) wynajdowałam preteksty, by się w redakcji jak najrzadziej pojawiać, a mimo to uzyskać zaświadczenie o ukończeniu stażu. No i wyszła z tego tragikomedia. Zaświadczenie jednak zdobyłam. Z pieczątką. Koniec dygresji.

Zatem trafiłam do ZOO w środku zimy, konkretnie: w drugiej połowie lutego. Wrocławski Miejski Ogród Zoologiczny jest bowiem otwarty cały rok, także w niedziele i święta, bez względu na porę roku [swoją drogą: jaki sens otwierać ZOO przy minusowych temperaturach, skoro połowy zwierząt nie można pokazać, a ludziom i tak nie będzie się chciało przyjść?!]. Idę zbierać materiał. O zwierzątkach. Myślę sobie: „Pochodzę, popytam, zanotuję, sfotografuję – szybko i bezboleśnie”. W ciągu kilku ostatnich tygodni zawsze, gdziekolwiek trafiałam, ten schemat się sprawdzał. Ha! Nie tak szybko.

Podchodzę do okienka z napisem: „kasy biletowe”. Tłumaczę, w czym rzecz. Oczy Pani z okienka robią się coraz węższe. – To nie tu, pani przejdzie z drugiej strony.

No to przechodzę. Kolejna brama, w bramie – stróż/strażnik/cieć (?). Tłumaczę, w czym rzecz. Stróż/strażnik/cieć lustruje mnie od góry do dołu. – To ja zadzwonię do sekretariatu i tam pani powie, o co chodzi.

No to dzwonimy. W słuchawce damski głos. Tłumaczę, w czym rzecz. Chwila pauzy. – Ale to pani musi z kierownikiem działu hodowlanego rozmawiać, proszę się z nim skontaktować.

No to patrzę bezradnie na ciecia. Ulitował się, dzwoni do kierownika. W gabinecie kierownika nie ma.

No to dzwonimy na komórkę. W słuchawce męski głos. Tłumaczę, w czym rzecz. W środku rozmowy połączenie się urywa. Tłumię przekleństwo. – Pani się nie martwi, kierownik zaraz przyjedzie – pociesza mnie cieć.

No to czekamy. Po chwili przyjeżdża kierownik, w takim małym autku, co to się nim jeździ po polu golfowym. Wysiada z autka, patrzy nieufnie. Tłumaczę, w czym rzecz (znowu). I zaczyna się cyrk. Cyrk w ZOO!

– A skąd ja mogę wiedzieć, że pani jest tym, kim pani jest?!

Coś mi się nie zgadza. A niby kim mam być?

– A skąd ja mogę wiedzieć, że pani jest rzeczywiście z gazety?!

A niby po co miałabym przychodzić do ZOO w środku lutego, prosząc o komentarz w sprawie budzenia się zwierząt z zimowego letargu i przygotowania obiektu na nadejście wiosny? Dla frajdy?

– A może pani po prostu chce za darmo pozwiedzać?!

Jakby rzeczywiście było co.

– A może mi pani pokazać jakieś pismo uwierzytelniające?! Przecież musieli pani dać jakieś potwierdzenie, że pani jest na praktykach!

Owszem, wypalili mi na pośladkach logo gazety – takie redakcyjne znakowanie bydła.

Czuję się jak szpieg. Szpieg w ZOO. Przybyłam, w niecnych zamiarach, wydrzeć kierownictwu najskrytsze sekrety i potem to opublikować. Stoję w kilkucentymetrowej warstwie rozmokłego śniegu wymieszanego z błotem i piaskiem i nie powiem czym jeszcze, kłócąc się z kierownikiem działu hodowlanego, który bierze mnie za sabotażystkę. Scena jak z dramatu Różewicza.

Czuję się jak Lída Baarová, którą czeskie władze oskarżyły o kolaborację z Niemcami, bo zadawała się Goebbelsem. A Niemcy z kolei kazali jej zerwać ze wspomnianym Goebbelsem i wrócić do Pragi, tłumacząc to racją stanu. A ona się tłumaczyła, że jest głupia. Błędne koło. [Jakby ktoś nie wiedział: Lída Baarová to była czeska aktorka, przez którą rzekomo płakał minister propagandy III Rzeszy.]

Krystyna Skarbek vel Christine Granville z misją w ZOO. Mogłam zabrać kominiarkę, byłoby efektowniej.

TapirPan kierownik jednak mnie nie wylegitymował i łaskawie obwiózł po swych włościach autkiem rodem z pola golfowego. Ujrzałam plamiastego tapira, który to tapir zrodził się z tapirzycy Sonii tydzień wcześniej. Wyglądał jak czarnobiała pisanka wielkanocna. Zdjęcie zrobiłam. Pan kierownik nie dawał za wygraną i uparcie patrzył mi na ręce, a to w trakcie fotografowania młodocianego tapira, a to podczas notowania w kajeciku co pikantniejszych szczegółów (czyt.: „Na wybieg w sezonie zimowym wystawiamy zwierzęta przystosowane do niskich temperatur, np. lamy, wilki, gatunki jeleniowate”). W międzyczasie, dyskretnie badał teren:

- A pani to studiuje dziennikarstwo tu, we Wrocławiu?

Potem badał mniej dyskretnie:

- A ta pani gazeta to przypadkiem nie ma zamiaru splajtować? Bo coś słyszałem …

Moja konsternacja sięgnęła szczytu, gdy sama próbowałam teren wybadać, już po rozstaniu z nadgorliwym kierownikiem (co ciekawe, nie miał większych obiekcji, aby podać personalia – „A niech pani cytuje!”). Nikt, ale to nikt, nie chciał ze mną rozmawiać. Łącznie ze zwiedzającymi, których było tyle, co kot napłakał.

Metoda na wścibskich natrętów, co to publikują, by szkodzić:

- Pani porozmawia z kierownikiem, my nie jesteśmy upoważnieni.

- Ale to takie neutralne pytania – o zwierzątka…

- To pani kierownik odpowie. [czyt: „A paszoł won, skąd przyszła!”]

Może ich biczują po godzinach? A kierownik działu hodowli – w roli śledczego, najwyższego kapłana i rzecznika prasowego, udziela na boku rozgrzeszenia. Wrocławskie ZOO = Archipelag GUŁAG(???).

Politkowską rosyjscy nacjonaliści-psychopaci wpisali na listę zdrajców narodu tylko dlatego, że pisała całą prawdę o batiuszce Putinie [kwintesencja: „W styczniu krążył po Internecie kawał na temat wyborów prezydenckich w 2008 roku: <A teraz, towarzysze deputowani, kto jest za wyborem Władimira Władimirowicza na cara, może opuścić ręce i odejść od muru>”]. A jeśli ja napiszę o narodzinach plamiastego tapira i ośmielę się podać imię jego matki Sonii (ups!) – też mnie dopadną w windzie?!

Do rzeczy: potrzebowałam jeszcze ok. godziny, by zrezygnować ostatecznie i nieodwołalnie. Z zebrania materiału. O zwierzątkach.

Z gabinetu kierownictwa przegnali mnie do sekretariatu. Z sekretariatu – do gabinetu kierownictwa. I znowu nikt nie posiadał uprawnień do wypowiadania się na jakikolwiek temat. Oprócz, rzecz jasna, kierownika działu hodowlanego. – Niech pani odwiedzi naszą stronę internetową, tam jest wszystko na bieżąco aktualizowane – poradziła mi uprzejmie pani z sekretariatu. [Stronę odwiedziłam, owszem, ostatniej aktualizacji dokonano 10 lutego. Prawdę powiedziawszy, nie zmieniło się to do dziś – a jest połowa marca. Błąd w Matrixie?] Żeby było śmieszniej: zgubiłam się. W ZOO. Po ok. 30 min. udało mi się znaleźć wyjście. A szympansy patrzyły na mnie z politowaniem.

Słów wyjaśnień kilka:

Uświadomili mnie kolejno: rodzice, potem znajomi z Wrocławia. W kwestii nie tak znów dawnej afery z udziałem właścicieli wrocławskiego ZOO. Dodajmy: afery rozdmuchanej przez „moją” gazetę. Że niby przetrzymywali zwierzęta w niehumanitarnych warunkach. Konkretnie: niedźwiedzia, co to spłodził dzieci z własną siostrą. Nie wiedziałam. Cóż, za głupotę się płaci. A szpiegiem i tak jestem beznadziejnym.

PS. Jakby się komuś nudziło, polecam (gorąco):

1. Mariusz Szczygieł Gottland – dla Czechofilów.

2. Anna Politkowska Udręczona Rosja i Rosja Putina – dla sympatyków Putina, ku przestrodze.

Wrocławski ogród zoologiczny szpiegowała Katarzyna Frukacz.
PodróżeKulturaMuzykaHistoriaFelietonyPaństwo, polityka, społeczeństwoPowieści i opowiadaniaKącik poezjiRecenzjeWielkie żarcieKomiks
PrzewodnikiAlbaniaNepalPolskaRumunia
Najpopularniejsze FelietonyPowrót z trzeciego świataZ poradnika ogrodnika, czyli jak dbać o storczykiMaj… kwiaty… flirt… mężczyźni… ech…Pliki cookies (tzw. ciasteczka) i podobne technologieKoniec (gorszy) świata
Najwyżej oceniane FelietonyZazdrośćAfera srajtaśmowaDzień jak co dzieńCichoWolność słowa
Oceń zamieszczony obok artykuł.
Minister kazał, więc uprzejmie informujemy, że nasze strony wykorzystują pliki cookies (ciasteczka) i inne dziwne technologie m.in. w celach statystycznych. Jeśli Ci to przeszkadza, możesz je zablokować, zmieniając ustawienia swojej przeglądarki. Więcej informacji znajdziesz w artykule: Pliki cookies (ciasteczka) i podobne technologie.