Felietony > Na wspak

Perła wśród śmieci

Istnieje ogólna tendencja – którą zresztą sama personalnie przejawiam nazbyt często na łamach tego miesięcznika – do szeroko pojętej kontestacji współczesności. Że niby zła jest, że bezwartościowa, że nie uczy i degeneruje. A to nie do końca jest tak. Otóż przy odrobinie dobrej woli czy odpowiednio pojętnym umyśle można się w tej nihilistyczno-zreifikowanej rzeczywistości odnaleźć i zyskać – wiedzę. Jaką – to na koniec, w ramach ambitnej puenty. Przykłady będą trzy: pusta butelka po coca coli, migawki z koncertów zespołów rockowych i zaśmierdnięta skóra od słoniny. Brzmi niedorzecznie? Jakie realia – taki odnośnik. Uchylmy rąbka tajemnicy: rzecz się rozchodzi o perwersję i rynkowe jej wykorzystanie. O dwa filmy i jedną książkę. Świntuszyć nie zamierzam (przykłady mnie wyręczą), za to dziwić się będę dość mocno.

Plastikową butelkę po coca coli innowacyjnie wykorzystał hiszpański reżyser filmu o wiele mówiącym tytule – „Dziennik nimfomanki”. Butelka posłużyła za łóżkowy atrybut baraszkującej głównej bohaterki (a że baraszkuje na ekranie półtorej godziny, to wszelkie urozmaicenia formalno-rzeczowe są mile widziane). Zatwardziałych koneserów ekranowej golizny film ten nie zgorszy, bo też niewiele więcej zawiera. Podstawową różnicą między współczesnymi filmami paraerotycznymi, pretendującymi do miana ambitnych, a np. amerykańskimi tworami z okresu kina gatunków (lata `30-`60) jest nie tyle pustota wymowy i banalność przesłania (to raczej punkt zbieżny), lecz stosunek do golizny właśnie. Kinematografię okresu klasycznego zdominował w Stanach restrykcyjny kodeks Haysa, wprowadzony w 1934 r. ku udręce amatorów świntuszenia i epatowania przemocą w kinie. Dominował tak do lat `60 – a potem się porobiło. I robi po dziś dzień. Ciekawym zjawiskiem jest niepisane społeczne przyzwolenie na perwersyjne ukazywanie nagości w filmach i traktowanie jej w kategoriach artystycznych. W ramach przykładu dodam, że wspomniany „Dziennik nimfomanki” oglądaliśmy grupowo, na zajęciach – z inicjatywy wykładowcy.

A potem trzeba było napisać recenzję.

Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby faktycznie chodziło o film z przesłaniem. Problem pojawia się wtedy, gdy ekranowej golizny nie da się uzasadnić wizją reżysera czy też arcyważną wymową ogólną. Golizna dla samej golizny to już pornografia? Wydaje się, że nie – jeśli mowa o kinie niepornograficznym, tj. tworzonym przez „normalnych” etatowych reżyserów, z udziałem „normalnych” etatowych aktorów. Ale jako że żyjemy w realiach, co by nie powiedzieć, postępowych – tradycyjne pojmowanie zagadnień tego typu prowadzi donikąd. Okazuje się bowiem, że kryptopornografia w filmie istnieje i to nawet w twórczości uznanych reżyserów. Przykład drugi.

Dotyczy migawek z koncertów i brytyjskiego reżysera Michaela Winterbottoma. Co sobie myślał, kręcąc film „9 songs” – wiedzieć nie chcę, bo podobno to dzieło ma mówić za twórcę. A mówi wiele. Historię młodej pary kochanków i ich ekwilibrystycznych wyczynów w sypialni połączył Winterbottom z okrojonymi fragmentami koncertów grup rockowych. Film wywołał burzę za sprawą naturalistycznych – bo nieudawanych – scen erotycznych. Jeden z internautów określił dzieło Winterbottoma mianem „artystycznego pornola” i chyba wypadałoby się z nim zgodzić, jeśli uznamy niepozorowaną (i płatną) kopulację na ekranie za wyznacznik gatunku. Co poniektórzy reżysera bronią, dostrzegając w filmie faktyczny artyzm i celowy (w domyśle: uzasadniony) zamiar zaszokowania odbiorcy. Zarzucają też internetowej inkwizycji piętnowanie bez zaplecza, tj. faktycznego obejrzenia filmu. Nie oglądałam – zatem nie piętnuję. Niemniej jednak widziałam zdjęcia (można wygooglować) i tak sobie myślę, że się ś.p. W.H. Hays w grobie nieco wierci. Nie będę tu ciskać gromów na reżysera i obsadę czy też dociekać rzeczywistych walorów kontrowersyjnego dzieła, bo nie o to chodzi. Chodzi o paradoks. Film Winterbottoma nie tylko został w Wielkiej Brytanii dopuszczony do powszechnej dystrybucji, ale nawet trafił na Festiwal Filmowy w Sundance, a premierę miał w Cannes. W Polsce wyświetlano go w kinach z zastrzeżeniem dystrybutora, by do sal wpuszczać osoby powyżej 21 roku życia.

Jeden z internautów przytomnie zauważył, że kasety porno można wypożyczać od 18.

„9 songs” do konwencjonalnych filmów-dramatów zaliczyć nie sposób – wygląda jednak na to, że do czystej pornografii również nie wypada. Winterbottom jest absolwentem Oxfordu, reżyserią zajmuje się od 20 lat i bywa zapraszany na prestiżowe festiwale – między innymi w Berlinie. Oskarżać takiego o kręcenie pornoli to przedsięwzięcie ryzykowne. Można zostać posądzonym o zaściankowość i umysłową ciemnotę, a w najlepszym przypadku – o absolutne niezrozumienie wymogów sztuki współczesnej. Pytanie tylko, za jaki film uznano by „9 songs”, gdyby nakręcił go reżyser-debiutant?

Odpowiedź nasuwa się sama. Tym bardziej widoczny staje się fakt postępującego „urynkowienia” szeroko pojętych zboczeń. Przez perwersję urynkowioną rozumiem perwersję akceptowalną (jeśli nie powszechnie, to przynajmniej częściowo). Mechanizm ten może działać w dwojaki sposób. W pierwszym przypadku perwersja eksponowana w szczególnym natężeniu budzi oczywiste kontrowersje, ale z tych czy innych względów przyjmuje się w codziennym obiegu – można to odnieść chociażby do przytoczonego przeze mnie przykładu Winterbottoma. Istnieje także drugi wariant urynkowienia – gdy perwersyjne postawy szmugluje się w sposób na tyle niezauważalny, że nikogo one nie gorszą. I w tym miejscu kłania się zasygnalizowana we wstępie skóra od słoniny.

Opisał ją w swej najnowszej powieści – „Eryniach” – uznany za najlepszego współczesnego twórcę kryminałów w Polsce Marek Krajewski. Ten od cyklu o występnym Breslau i radcy kryminalnym Eberhardzie Mocku. Kto czytał – ten ma zapewne wyrobioną o autorze opinię. Krytycy są jednak zgodni co do dwóch elementów definiujących prozę Krajewskiego: makabry i perwersji właśnie. Ukazany przez twórcę „Erynii” świat przedwojennego Wrocławia, czy też w przypadku najnowszej powieści – przedwojennego Lwowa, to świat przesiąknięty występkiem i rojący się od kobiet upadłych. Krajewski z lubością przytacza hedonistyczne upodobania folgujących sobie bohaterów. Pisał już o mordzie dokonanym na czterech męskich prostytutkach, którym zbrodniarz wydłubał oczy, ubrał w skórzane woreczki na genitalia i marynarskie czapki, a następnie ułożył zwłoki jedne na drugich – w zgrabny stos. Pisał o wrocławskich dziewicach, gwałconych i pożeranych (dosłownie) przez bandytę zwanego Minotaurem. Pisał o orgiach z udziałem niewiernych żon i orgiach w sypialnych wagonach ekspresów do Krakowa. W „Eryniach” pisze o słoninie.

Słonina – odpowiednio zwinięta i umieszczona w specjalnie przygotowanej dziurze w łóżku – pełni funkcję sztucznej waginy.

Krajewskiego nikt nie wytyka palcami, bo przyzwyczaił swoich czytelników do eksponowania wszelkiego rodzaju zboczeń. Umiarkowana lubieżność stworzonych przez niego postaci Mocka czy komisarza Edwarda Popielskiego, połączona z ekstremalnym wyuzdaniem co poniektórych zbrodniarzy i mętów społecznych – to niejako znaki firmowe twórcy „Końca świata w Breslau”. Produkt-marka jego powieści, dyskretnie wkomponowana w scenerię przesiąkniętych występkiem miast. Autor unika posądzenia o nadmierną perwersyjność chyba także dlatego, że łatwiej znosimy obrzydliwości eksponowane w książkach niż na szklanym ekranie. Tyle tylko, że za ekranizację powieści Krajewskiego zabrał się Patryk Vega. Wróży to wiele niezapomnianych wrażeń.

Bo też same wrażenia wpisane są w specyfikę omawianego zjawiska. Podobnie – jego konsumpcyjność. Perwersja się sprzedaje. Szokuje już niewielu, niewielu też gorszy. Jaka epoka – taka i perwersja. W latach trzydziestych piętnowano nadmiernie wyeksponowany dekolt, dzisiaj okazuje się, że można by wyuzdać choćby przywiędły kalafior. Przynajmniej na tym polu postęp przybrał spektakularne rozmiary. A co do zasygnalizowanej we wstępie wiedzy – uczyć się można i na błędach, i na perwersji. O innowacyjnych zastosowaniach przedmiotów pozornie zbędnych. Wypadałoby więc zastanowić się dwa razy, zanim umieścimy np. ogryzek jabłka w koszu.

A nuż się przyda?

Katarzyna Frukacz
PodróżeKulturaMuzykaHistoriaFelietonyPaństwo, polityka, społeczeństwoPowieści i opowiadaniaKącik poezjiRecenzjeWielkie żarcieKomiks
PrzewodnikiAlbaniaNepalPolskaRumunia
Najpopularniejsze FelietonyPowrót z trzeciego świataZ poradnika ogrodnika, czyli jak dbać o storczykiMaj… kwiaty… flirt… mężczyźni… ech…Pliki cookies (tzw. ciasteczka) i podobne technologieKoniec (gorszy) świata
Najwyżej oceniane FelietonyZazdrośćAfera srajtaśmowaDzień jak co dzieńCichoWolność słowa
Oceń zamieszczony obok artykuł.
Minister kazał, więc uprzejmie informujemy, że nasze strony wykorzystują pliki cookies (ciasteczka) i inne dziwne technologie m.in. w celach statystycznych. Jeśli Ci to przeszkadza, możesz je zablokować, zmieniając ustawienia swojej przeglądarki. Więcej informacji znajdziesz w artykule: Pliki cookies (ciasteczka) i podobne technologie.