zapraszamy do współpracy
Zapraszamy do współpracy
Powieści i opowiadania > Wspomnienia z koszar

Rozdział 6. Wielka ściema

Część druga. Jednostka Liniowa

Rozdział 6. Wielka ściema

Rozdział 6. Wielka ściemaPowoli zbliżał się listopad, a co za tym idzie termin porodu żony. Musiałem załatwić sobie rozkaz wyjazdu na dwutygodniowy urlop, który przysługiwał mi z urzędu. Cały problem polegał na tym, iż do jego wystawienia potrzebna była zgoda dowódcy kompanii, szefa kompanii i przełożonego ze spadochroniarni, czyli „Dokładnego”. Ich wzajemna konfrontacja musiała nieuchronnie doprowadzić do zaostrzenia kontroli mojej osoby. Porucznik dowiedziałby się, że nie tylko teoretycznie należę do jego kompanii. Wcale to mi się nie uśmiechało. „Zigi” i „Szakal” również byli nie pocieszeni, gdyż i im przy okazji by się urwała swoboda, którą dysponowali. Niestety nie miałem wyjścia. Postanowiłem udać się do porucznika i wyłożyć karty na stół. Postanowiłem zrobić to w poniedziałek, by jeszcze przez najbliższy weekend nikt się mną nie interesował.

W piątek pogoda była wyjątkowo paskudna. Padał rzęsisty deszcz, a na dodatek wiał lodowaty, zwiastujący nadciągającą zimę wiatr. Jak zwykle nie miałem legalnej przepustki. Tym razem nie miałem zbytniej ochoty maszerować w kierunku drogi szybkiego ruchu i liczyć na szczęście przy stopowaniu. Chciałem pojechać w końcu bez stresów pociągiem. Niestety tu pojawił się problem, gdyż nawet na połowę biletu nie miałem pieniędzy. Musiałem więc uderzyć w sępa. Koledzy jednak okazali się wyjątkowo oporni w dojeniu. Większość twierdziła, że jest spłukana. Jedynie „Fanta” się wynurzył z tekstem, że ma kasę, ale mi nie pożyczy, gdyż bez pieniędzy w kieszeni się źle czuje. Straciłem na tym kilka godzin i w końcu zrezygnowany postanowiłem poczekać do rana i wówczas podążyć sprawdzoną trasą. Gdy straciłem już niemal wszelką nadzieje, postanowiłem spytać się o kasę, ostatnią osobę, którą bym posądzał, iż ma jakieś zaskórniaki, czyli „A.A”.

– Spoko, ile ci trzeba? – Odpowiedział.

– Dwie dychy – odparłem, wciąż jeszcze nie dowierzając.

– Tylko mi w poniedziałek musisz oddać, bo będą mi potrzebne.

– Oczywiście, się wie.

I tak nieoczekiwanie w godzinach wieczornych ponownie ruszyłem do domu.

W poniedziałek część naszego poboru została przeniesiona na drugą Kompanie Techniczną. W pokoju poza mną i jesionami pozostał tylko „Wąż”, „Komar”, „Maniek” i „Sąsiad”. Zawsze myślałem, że jeżeli kogoś z nas mają przenieść, to ja pójdę na pierwszy ogień. Nigdy bym nie przypuszczał, że będę się kiedyś cieszyć z tego, że zostaję na technicznej, a jednak.

W południe udałem się do „Chrobrego”, by oznajmić mu wolę wyjazdu na urlop. Początkowo zachowywał się tak, jakby nie rozumiał, co w ogóle do niego mówię. Dopiero po telefonie na spadochrochroniarnię przekonał się, że rzeczywiście ma do czynienia ze swoim żołnierzem. Widocznie o epizodzie z magazynem, którego miałem pilnować całkowicie zapomniał. Tak jak przypuszczałem, doszło do nawiązania kontaktu pomiędzy sierżantem a porucznikiem. Porucznik nie posiadał się ze zdziwienia, że tak jak pozostali jego żołnierze po godzinach zajęć, przebywałem na kompanii i tam spałem. Odkrył Amerykę, dowiadując się, że zapis oddelegowany, jest tylko zasłoną dymną i że w istocie rzeczy podlegam tym samym prawom i obowiązkom co inni. Moja dekonspiracja pozwoliła mi uzyskać rozkaz wyjazdu.

Tak więc za trzy dni mogłem całkowicie legalnie i za darmo pojechać do domu. Cena jednak jaką musiałem za ten luksus zapłacić była wysoka. Od tego dnia byłem traktowani jak reszta. Nie było mowy o wyprowadzkach na spadochroniarnię ani o notorycznie powtarzających się lewiznach. Porucznik niepokojąco często zaczął się wypytywać, gdzie jestem i co robię. Po obiedzie, gdy nie było nic do robienia na spadochroniarni, musiałem wracać na kompanie. Co prawda tam też niewiele robiłem, ale zawsze pozostawała groźba jakiejś nieoczekiwanej akcji typu rejony zewnętrze. Na pocieszenie pozostała mi świadomość, że po powrocie pozostanie mi tylko cztery i pół miesiąca do cywila.

W przeddzień wyjazdu instruktor skoków spadochronowych zostawił na spadochroniarni rower. Miał go odebrać dopiero za trzy dni. Postanowiłem wykorzystać tę okazję do gruntownego zwiedzenia najdalszych zakamarków jednostki. Okazało się, że jest o wiele większa, niż mi się wcześniej zdawało. Objechanie jej całej wzdłuż i wszerz zajęło mi dwie godziny.

Dziadki robiły się coraz bardziej zniecierpliwione. Podobno czas płynie najwolniej, gdy do końca służby pozostaje kilkanaście dni. Szybko sobie obliczyłem, kiedy wypadają ich ostatnie trzy dni. Wszystko wskazywało na to, że zdążą mnie jeszcze zahaczyć po powrocie.

Tymczasem zaczęły się pojawiać na czarnym rynku rozkazy wyjazdów. Posiadały one wszystkie niezbędne stemple, wystarczyło tylko wpisać daty i jakieś fikcyjne podpisy. Był to niezwykle cenny dokument, o wiele lepszy niż zwykła przepustka. Umożliwiał on podróżowanie za darmo, do dowolnego miejsca w Polsce na dłuższy czas. Jak każda nowość niestety był dosyć drogi. Jednak po powrocie z przepustki miałem trochę pieniędzy i na jeden się skusiłem. Po jednorazowym wypisaniu i użyciu nie nadawał się do dalszej eksploatacji. Tak mi się przynajmniej wydawało do momentu, gdy pewnego razu wszedłem do pokoju i zobaczyłem suszący się przy Farelce świstek papieru. Okazało się, że jest na kompanii środek, umożliwiający wymazanie wszelkich zapisków. Jeżeli użyło się zwykłego długopisu i za mocno przy pisaniu nie naciskało, wszelkie ślady znikały. Rozkaz należało moczyć przez około jednej minuty. Następnie następowało suszenie. Bikanol usuwał wszystko poza pieczątkami! Po pewnym czasie dokument robił się coraz bladszy i bardziej podatny na zniszczenia, ale na kilka przejazdów wystarczał. Na jeden rozkaz często jeździło po kilka osób, gdyż była taka możliwość. Jeden blankiet był tak eksploatowany, że musiano się uciec do podklejania go z tyłu taśmą klejącą. Często wyglądał jak ścierka, ale nie przeszkadzało to właścicielowi w odbyciu kolejnej podróży. Ja na taki lichy papier już bałbym się jechać. Postanowiłem swój blankiet wykorzystać do maksimum.

Po pewnym czasie okazało się, że ten proceder nie był praktykowany tylko na naszej kompanii. Wnioski takie można było wyciągnąć, oglądając wiadomości, w których poświęcono sporo miejsca temu problemowi. Podobno kilku żołnierzy wpadło i mieli poważne problemy. Pewnie za często myli ten papierek. Po tej informacji trochę mniej pewnie się czułem, jeżdżąc pociągami. Najgorsze były konduktorki, które oglądały mój rozkaz, czy przepustkę pod światło. Z konduktorami nigdy nie było problemów, wystarczyło, że tylko wyciągnąłem papierek, a ten zazwyczaj machną ręką i ze stwierdzeniem – a żołnierz – szedł dalej. Ale paniczka zawsze musiała wynaleźć jakiś problem, zero zrozumienia sytuacji.

W dniu wyjazdu nie mogłem już spokojnie usiedzieć na jednym miejscu. Jednostkę mogłem opuścić dopiero po obiedzie, o wcześniejszym wyjściu nie było już mowy, gdyż za bardzo mnie pilnowali. Aby zabić czas, postanowiłem odwiedzić kolegów przeniesionych na drugą techniczną. Okazało się, że warunki w jakich przyszło im służyć, są dużo lepsze niż nasze. Do dyspozycji mieli stół tenisowy, telewizor z magnetowidem, stół bilardowy, prysznice z prawdziwego zdarzenia i niewielką siłownię! Tak jak my, po obiedzie mieli resztę dnia wolnego. Jedynymi żołnierzami utrzymującymi dużą sprawność fizyczną na obu kompaniach technicznych były latawce, którzy byli trenowani z niesłabnącą siłą. Swoją drogą byli to spoko goście ani razu się nie poskarżyli na zimoli, którzy byli jeszcze bardziej przepojeni niż jesiony.

Podczas gdy sobie gawędziłem z kumplami, do pokoju wparował znajomy kabuz:

– Chcecie kupić nowiutkie mundury i kurtki wojskowe? Mam również pasy plecaki i berety.

– Po ile? – Spytał „Mak-Flaki”.

– Za komplet trzy bańki. Buty liczę osobno siedem dych za parę.

– Pokaż.

– Spoko, towar nowiutki, dopiero co zajebany z magazynu.

Zaczął wyciągać z plecaka mundur, pas i kurtkę. Wszystko faktycznie pachnące nowością.

– Więcej mi się nie zmieściło, ale mam razem z kumplami tego całkiem sporo. To co, decydujecie się?

Każdy z nas coś kupił. Mnie najbardziej podobała się kurtka, która z powodzeniem mogłaby mi służyć w cywilu, ale niestety brakło mi na nią kasy. Na kredyt kabuzy nic nie dawali. Nie mogłem jednak całkiem przepuścić takiej okazji i za ostatnie grosiki kupiłem nowiutki mundur i pas. Swoją drogą trzeba przyznać, że kabuzy to maja fantazję. Zamiast ochraniać magazyn, obrobili go całkowicie. Byłem świadomy, że taki numer prędzej czy później wyjdzie na jaw, więc postanowiłem wynieść ten mundur jeszcze dzisiejszego dnia. Tuż przed wyjściem z jednostki było mi bardzo ciepło, ponieważ miałem na sobie dwa komplety umundurowania. Dla tych, co mnie znali musiałem wyglądać tak, jakbym kilka tygodni trenował na siłowni.

Tuż za bramą poczułem sporą ulgę. Po chwili byłem już w autobusie zmierzającym do Tomaszowa. W końcu się doczekałem, jechałem na długo oczekiwany urlop i bynajmniej nie zamierzałem z niego wracać po dwóch tygodniach. W głowie kiełkował mi już plan jak go sobie wydatnie przedłużyć.

W domu wszystko było w najlepszym porządku. Żona urodziła w wyznaczonym terminie, więc miałem cały urlop na nacieszenie się synkiem. Gdy emocje nieco opadły mogłem przystąpić do realizacji mojego planu. Udałem się do ordynatora szpitala i poprosiłem go o wystawienie mi dokumentu o konieczności opieki nad żoną. Chciałem załatwić sobie przynajmniej miesiąc dodatkowego zwolnienia. Niestety ordynator okazał się nieco oporny i ostatecznie udało mi się wynegocjować tylko dwa tygodnie. Dobre i to – pomyślałem. Pozostawało mi już tylko poinformowanie porucznika i sierżanta o tym fakcie. „Chrobry” przełkną to dosyć gładko i za bardzo nie marudził. Zupełnie inna była reakcja sierżanta. Delikatnie mówiąc, był bardzo niepocieszony i początkowo nawet nie chciał się zgodzić. Podobno w jednostce odbywały się jakieś dodatkowe skoki i byłem mu bardzo potrzebny. Ja jednak miałem głęboko w d. te całe skoki i jednostkę, dla mnie centrum świata znajdowało się przy szpitalnym łóżku. Zrobiłem się dosyć agresywny i zapowiedziałem, że nie mogę wracać i już. A jak on tego nie rozumie to już jego problem. Ostatecznie ustąpił (jak zawsze) i łaskawie wyraził swoją zgodę. Czułem, że tak łatwo się już nie wydostanę z jednostki po powrocie, ale do cywila już nie było tak daleko. Na razie miałem jeszcze sporo czasu, by zająć się sprawami dla mnie najwyższej wagi.

Czas płynął jednak nieubłaganie. Po miesiącu spędzonym z rodziną powrót do jednostki wydawał mi się czymś zupełnie surrealistycznym. Na dzień przed powrotem zupełnie nic nie mogłem jeść. Dokładnie tak samo, gdy pierwszy raz miałem zameldować się w koszarach. Wydawało mi się to wielką niesprawiedliwością, że muszę zostawić rodzinę i wracać do jednostki. Na peronie ogarnęła mnie prawdziwa wściekłość na cały świat. Jednak są rzeczy, których się nie przeskoczy i po chwili siedziałem już w pociągu pędzącym w kierunku Katowic.

Po powrocie pierwsze zwroty, jakie usłyszałem, były w stylu: „Teraz to już naprawdę przegiąłeś pałe”. Ale co mi tam, miałem już za mało, żeby się komukolwiek tłumaczyć.

Jesionów już nie było w jednostce. Byłem bardzo zadowolony z tego, że udało mi się ominąć ich ostatnie trzy dni (znów się ślizgnąłem). W naszym pokoju zamieszkało trzech latawców z pokoju obok. Ponieważ zbliżał się termin przyjścia nowych młodych, nie byli już tak tępieni jak przed moim wyjazdem.

Pojawiłem się na kompanii w odpowiednim momencie, gdyż następnego dnia mieliśmy przenieść się na parter. Pomieszczenia, które zajmowaliśmy do tej pory, miały być wyremontowane! Do dyspozycji otrzymaliśmy również dwie izby. Najwidoczniej uwzględniono w planach młode jesionki, gdyż nasza obecna liczebność nie była zbyt duża i lekko pomieścilibyśmy się w jednym pokoju. Cały następny dzień trwała przeprowadzka. Już dawno tak się nie napracowałem. Nowy pokój okazał się jeszcze bardziej przerażający niż ten, który właśnie opuszczaliśmy. Odrapane ściany, drzwi trzymające się na słowo honoru i wszechwładna pleśń były wizytówką nowego miejsca. Nie to było jednak najgorsze. Prawdziwy problem stanowiły okna, które były ssstrasznie nieszczelne. Gdyby był lipiec, nie przeszkadzałoby mi to. Niestety od kilku dni mieliśmy grudzień, a pogoda i temperatura bynajmniej nas nie rozpieszczała. Dwa koce były niewystarczające i musiałem spać w dresie. W pobliżu mojego wozu na pełnych obrotach pracowała farelka, która nie była jednak w stanie nagrzać całego nieszczelnego pomieszczenia.

Postanowiłem godnie uczcić przyjście mojego potomka na świat. Z domu zabrałem ze sobą dwie butelki spirytusu. Postanowiłem imprezować na spadochroniarni wraz z moimi najlepszymi kumplami z fali. Niejako z urzędu dołączyli do nas „Szakal” i „Zigi”. „Wąż”, „Komar” i „Maniek” przyszli przygotowani. Mieli ze sobą konserwy, ogórki i inne przekąski. Przepalanie spirytusu zostawiłem fachowcom. W międzyczasie postanowiliśmy opróżnić butelkę wina przyniesioną przez „Szakala”. Nagle „Maniek” wpadł na genialny pomysł, by je zagrzać w czajniku, że niby będzie po tym lepsze. Choć nie do końca byłem przekonany, zgodziłem się na ten pomysł. Po chwili całe pomieszczenie spadochroniarni wypełniło się winnym aromatem. Po wypiciu grzanego wina można było przystąpić do dania głównego. Za kieliszki służyły nam dwie szklanki. Po dwóch wojskowych kolejkach poczułem wielki przypływ ochoty na rozmowę. Stopniowo jednak coraz trudniej było mi zabrać głos, gdyż pozostali również mieli same super pilne nowinki. W sam środek tego harmidru wkroczył sierżant. Z początku mnie zamurowało. Jednak po chwili chciałem go już sadzać obok mnie i imprezować dalej. „Dokładny” dyplomatycznie się jednak wycofał, wypiwszy wcześniej tylko jedną półkę. Jednak jego spojrzenie, gdy wychodził, nie wróżyło niczego dobrego. Po jego wyjściu impreza zaczęła powoli zbliżać się do punktu kulminacyjnego. Po pewnym czasie zaczęły kończyć się nam zakąski, a ja robiłem się coraz bardziej głodny. Zapadła więc decyzja, że pora przenieść imprezę na kompanię, odwiedzając po drodze stołówkę. Jednak marsz w kierunku kompanii okazał się ciężkim przedsięwzięciem. Po około dwudziestu minutach pokonaliśmy siedemsetmetrowy odcinek, dzielący nas od stołówki. W międzyczasie zdążyłem już dokładnie i z bliska przebadać skład i właściwości śniegu. Do mojej świadomości z najwyższym trudem przebijał się fakt, że jest mi już bardzo zimno i, że trzeba się zmobilizować i dojść w końcu na stołówkę. Na miejscu okazało się, że jest ona zamknięta na trzy spusty. „Wąż” stwierdził, że jest dopiero jedenasta, i że ktoś na pewno jest w środku. Udaliśmy się więc na zaplecze i zaczęliśmy się dobijać do drzwi. Nie pamiętam już dokładnie jakie argumenty zostały użyte, ale po paru minutach byliśmy już w środku. Znalazło się dla nas nawet jedzenie. Gdy konsumowałem dziesiątego pierożka, zawirowało mi w głowie. Po chwili byłem już w pozycji horyzontalnej. Niezawodni koledzy przywrócili mnie z powrotem do pozycji siedzącej i po chwili kontynuowałem spożycie pierogów. Gdy już każdy się najadł, powoli ruszyliśmy w stronę kompanii. Droga ze stołówki na kompanię była bardzo krótka, ponownie zetkniecie się ze świeżym powietrzem nieco mnie ocuciło. Na kompanie weszliśmy ze śpiewem. Po chwili byliśmy już w pokoju, gdzie do spijania resztek moich zapasów przyłączyły się pozostałe osoby. Ponownie odzyskałem chęć do picia. Spirytus się jednak skończył. Nie mogłem tego tak zostawić i postanowiłem zasponsorować dwie butelki eliksiru od sierżanta. Kto je przyniósł, nie pamiętam. Po drugim kieliszku wiedziałem już, że nie był to najlepszy pomysł. Nastąpił całkowity nokaut, zobaczyłem motylki i straciłem kontakt z otoczeniem.

Rano obudziłem się ze strasznym bólem głowy. Wydawało mi się, że przed chwilą zaległem, a tu ktoś już mnie szarpał za ramię. Pokój wyglądał, jakby nawiedził go tajfun. Dwa wozy były uszkodzone (!), farelka kompletnie rozwalona, a na drzwiach od nowego gabinetu szefa wielki napis – Wiosna MAŁO! Kumple zrelacjonowali mi, co się działo, gdy nieco osłabłem. Podobno na kompanie przyszedł oficer dyżurny, by dokonać rutynowej inspekcji. Podszedłem do niego i klepiąc go po ramieniu, spytałem się „jak leci?”. Co przytomniejsi kumple błyskawicznie mnie obezwładnili i zaprowadzili do pokoju, a ci, co pili najmniej, tłumaczyli porucznikowi, co jest grane. Dobrze, że nie był to jakiś przepojeniec i nie chciał wyciągać z tego zajścia żadnych konsekwencji.

Choroba popromilowa nie chciała ustąpić i jeszcze wieczorem czułem się fatalnie. Na samą myśl o wódce przechodziły mnie dreszcze.

Na spadochroniarni sierżant oznajmił, że w najbliższym czasie nie przewidują żadnych skoków i odebrał mi klucze. Musiał mnie coraz bardziej nie lubić.

* * *

Do przyjścia następnego poboru pozostawało coraz mniej dni. Rozpoczął się najbardziej rozleniwiony i najnudniejszy okres mojej służby. Po powrocie ze spadochroniarni najczęściej zalegałem na wozie i oglądałem telewizję lub filmy wideo. Co ciekawe największą oglądalność miały seriale rodem z Ameryki Południowej. „Paloma” i muzyka Disco-Polo leciały na okrągło. Na owe seriale wpadali nawet goście z innych kompanii, którzy byli na co dzień odcięci od telewizji. W wojsku doszło do tak wielkiego spaczenia mojego gustu, że po wyjściu do cywila kupiłem sobie nawet kasetę „Shazzy”. Gdy nie oglądałem telewizji lub nie drzemałem na wozie, to najczęściej można było mnie spotkać w kantynie lub na drugiej technicznej.

W połowie grudnia ułożyłem swoje bojówki na kształt litery C. Takie oznakowanie było już wyróżnikiem dziadków.

Ponownie uaktywniła się „Amba”, która tym razem celowała głównie w jedzenie i napoje. Pamiętam sytuację, w której wykazała się ogromnym refleksem. Otóż „Junkers”, przedstawiciel lata postanowił sobie zjeść na kompanii zupę chińską. Zalał zgodnie z przepisem makaron i odstawił kubek na szafkę, by ten zdążył napęcznieć. W międzyczasie poczuł nieodpartą ochotę udania się do ubikacji. Nie było go ze trzydzieści sekund. Po powrocie kubek stał na swoim miejscu, ale po zupce nie było już śladu. Nigdzie się nie unosił jej zapach, kamień w wodę. Zrezygnowany „Junkers” po dwukrotnym obejściu pokoju dał za wygraną i położył się na wozie. Po chwili „Komara” zaczęła męczyć natarczywa czkawka. Latawiec spojrzał na niego z wyrzutem, ale nic nie powiedział.

W piątek nasza kompania odgórnym rozkazem musiała wystawić kilku ochotników na wartę. Mieli oni wspomóc, zdziesiątkowaną jakąś chorobą Kompanie Wartowniczą. Na szczęście latawce były na tyle liczne, że nikt z naszego poboru nie musiał się tym martwić.

Podczas pełnienia warty na nocnej zmianie, poczuli się nieco zmęczeni i udali się na akumulatorownię, by się nieco ogrzać. Los chciał, że akurat, obsługa tego budynku oglądała film akcji, więc latawce postanowili zostać tam nieco dłużej. Karabiny ułożyli pod ścianą. Wtem nieoczekiwanie wpadł tam oficer dyżurny (przepojony jak diabli). „Junkers”, „Łosiu” i „Husak” rzucili się do karabinów i nie zastanawiając się długo, wyskoczyli przez okno na zewnątrz. Była to reakcja odruchowa, bo gdyby chwilę pomyśleli, to wiedzieliby, że to i tak ich nie może już uratować. Oficer nie omieszkał się obejść wraz z dowódcą warty wszystkich posterunków i bliżej zaznajomić się z dzielnymi wartownikami. W nagrodę za wzorową postawę wartownika, zostali zaproszeni wraz z porucznikiem „Chrobrym” na pogawędkę do dowódcy jednostki. Był nim świeżo awansowany generał brygady. O czym tam rozmawiano, nie chcieli za bardzo powiedzieć, jednak po ich bladym wyglądzie można było wywnioskować, że pogawędka do przyjemnych nie należała. Jedno było pewne, zostali oni głównymi ochotnikami do służby na stołówce.

Na weekend udało mi się pojechać tylko dlatego, że tym razem podpadli „Zigi” z „Szakalem”. W ogóle zimole stali się już bardzo zniecierpliwieni. Nie ma się co dziwić, do wyjścia dzieliło już ich tylko kilkanaście dni. Era biało-niebieskich pingwinów powoli się kończyła. Na horyzoncie pomimo zimowej pory roku zaczęły się pojawiać zielono-żółte bociany.

Tuż przed świętami przyszedł czas na obcinkę latawców. Czas był już najwyższy, gdyż Jesionki miały się pojawić zaraz po świętach. Impreza zapowiadała się nie mniej hucznie od tej, w której my byliśmy głównymi aktorami. Nie ma się co nad nią tu rozdrabniać, powiem tylko, żeśmy zachlali nie gorzej niż podczas świętowania urodzin mojego syna.

Dariusz Maryan
Najpopularniejsze Powieści i opowiadania3. Gwałt27. Opowiadanie erotyczneNestor - Powieść minionych lat (rozdz. 1-7)1. Seks w pociągu pospiesznym2. Seks w pociągu osobowym
Najwyżej oceniane Powieści i opowiadaniaList do Ani z Zielonego WzgórzaHistoria pewnego zerwaniaGdzieś w ostatecznej krainie, część 39Rozdział 1. Witajcie kotySkąd wzięły się kolory na ziemi, czyli historia jak najbardziej prawdziwa
PrzewodnikiAlbaniaNepalPolskaRumunia
Najpopularniejsze zdjęcie w dzialePlaża w Ksamil (Albania)Najwyżej oceniane:Praca domowa
Oceń zamieszczony obok artykuł.(Uwaga! Warto wcześniej się zalogować ponieważ głosy zarejestrowanych czytelników mają większą wagę.)
Login (jak do forum): Hasło (jak do forum): zapamiętaj mnie
Minister kazał, więc uprzejmie informujemy, że nasze strony wykorzystują pliki cookies (ciasteczka) i inne dziwne technologie m.in. w celach statystycznych. Jeśli Ci to przeszkadza, możesz je zablokować, zmieniając ustawienia swojej przeglądarki. Więcej informacji znajdziesz w artykule: Pliki cookies (ciasteczka) i podobne technologie.