Powieści i opowiadania > Wspomnienia z koszar

Rozdział 1. Do trzech razy sztuka

Część trzecia. Ostatni etap

Rozdział 1. Do trzech razy sztuka

Rozdział 1. Do trzech razy sztukaDo Tomaszowa dojechałem przed godziną piętnastą. Pociąg do Łodzi odjeżdżał za godzinę, miałem więc trochę czasu. Mój ciężki bagaż, skutecznie jednak odstraszał od jakichkolwiek wycieczek. Z braku lepszej perspektywy postanowiłem poczekać na dworcu.

Gdy dotarłem do Łodzi, świat powoli opanowywały już ciemności. Sprawdziłem, o której godzinie odjeżdża autobus do Łęczycy. Tym razem miałem nieco więcej szczęścia, gdyż musiałem czekać tylko kwadrans. Nie wiedziałem jeszcze wówczas, że z tego przystanku odchodzi bezpośredni autobus do Leźnicy Wielkiej, który zatrzymuje się tuż obok jednostki.

Jazda autobusem trwała dłużej niż się spodziewałem. Po dotarciu na miejsce z przerażeniem stwierdziłem, że owszem w ciągu dnia trzy autobusy jadą do Leźnicy Wielkiej, lecz ostatni odjechał przed pięcioma minutami. Byłem wściekły. Całkowicie straciłem koncepcję. Pokląłem sobie trochę pod nosem, ale nie bardzo mi to pomogło. Po chwili, zebrawszy wszystkie siły, ruszyłem w dalszą drogę. Problemem było jednak znalezienie właściwego kierunku, gdyż po prawdzie nie miałem pojęcia gdzie się skierować. Przystanek był już opustoszały, a informacja nieczynna. Na szczęście nie wszyscy mieszkańcy Łęczycy przebywali w domach. Po chwili zagadnąłem jakiegoś przechodnia.

– Przepraszam pana, którędy można dojść do jednostki w Leźnicy Wielkiej – Spytałem.

– Tak dokładnie to nie wiem, ale chyba w tym kierunku. – Odpowiedział, wskazując ręką na północ.

Tam też się skierowałem. Po kilku minutach marszu ponownie zapytałem o drogę. Tym razem miałem więcej szczęścia. Przechodzień był dobrze zorientowany w okolicy.

– Na piechotę się zajedziesz, to dobre dziesięć kilometrów. – Powiedział.

– Nie mam wyjścia. Dla przyjemności sobie tu nie spaceruję.

– Jest pewien skrót. Będziesz musiał zejść z głównej drogi i iść tamtymi polami. Co prawda to też będzie jakieś siedem kilometrów, ale zawsze to trochę bliżej.

Dobre i te trzy kilometry. Nie namyślając się długo, poszedłem tak, jak mi radził. Mimo iż starałem się trzymać wszystkich wskazówek, po pewnym czasie stało się jasne, że jestem coraz bliższy od pobłądzenia. Szedłem przez jakieś łąki, co chwila się potykając. Tobołki stawały się ciężkie ponad wszelką miarę, a na dodatek było ciemno jak w d. W pobliżu nie paliła się żadna latarnia. Zapuszczałem się coraz bardziej w tę bezludną okolicę, nie mając wcale pewności, czy dotrę do celu o czasie.

Gdy już miałem zamiar rzucić wszystko na ziemię, trochę odsapnąć i zebrać myśli, zauważyłem całkiem niedaleko przed sobą dwie postacie. Przyśpieszyłem kroku i po chwili dzieliło nas już tylko kilka metrów. Okazało się, że i oni zmierzają do jednostki. Reprezentowali prawie wymarły gatunek zimoli, którzy najwyraźniej w tej jednostce byli jeszcze obecni. Wracali z lewizny i kierowali się w stronę tylnego wejścia, a raczej dziury w płocie, znajdującej się gdzieś w pobliżu. Z tego, co mówili, tylne wejście oddalone było od biura przepustek o jakieś dwa kilometry. Nie była to zbyt pocieszająca wiadomość.

Z każdą minutą marszu, coraz trudniej było mi za nimi nadążyć. Pomimo iż panował lekki mrozik, byłem cały mokry. Jeden tobołek niosłem już niemal na głowie. Gdy przechodziliśmy obok niewielkiego lasku, usłyszałem szczekanie kilku psów i jakieś okropne wycie. Zimole wyraźnie przyśpieszyli kroku, zostawiając mnie daleko w tyle. Po chwili usłyszałem tuż za plecami jakieś sapanie. Nie miałem jednak siły na to, by się odwrócić i zobaczyć, co za mną lezie. Po przejściu jakichś stu metrów sapanie zaczęło przycichać. Poczułem się trochę pewniej, ale na przyśpieszenie kroku i dogonienie zimoli nie miałem już sił. Po jakiejś godzinie zobaczyłem przed sobą płot z rozciągniętym nad nim drutem kolczastym. To musi być jednostka. Najwyższy czas, już ledwo powłóczyłem nogami. Trzeba było jeszcze znaleźć ową dziurę, o której mówili zimole.

Po dwudziestu minutach poszukiwań stwierdziłem, iż dalsze obmacywanie siatki nie ma sensu. Przerzuciłem toboły przez płot i po krótkiej wspinaczce byłem już po drugiej stronie. Teraz już wiedziałem, że nie mogę się zgubić. Skierowałem się do najbliższego budynku majaczącego na horyzoncie. Okazało się, że jest to jedna z kilku wartowni. Do budynku zbliżał się samochód ze zmianą. Spytałem sierżanta stojącego przed budynkiem, czy mogę się zabrać z powracającymi wartownikami. Spytał się, skąd idę i w jakim pododdziale służę. Gdy mu odpowiedziałem, że przybywam z Glinnika, i dopiero się dowiem, gdzie będę przydzielony, zgodził się bez wahania.

Z warty zjeżdżali zimole, dla których jak widać nie było tu względów. Bardzo się zdziwili, że jestem z poboru wiosennego.

– W tej jednostce jest z sześciu, siedmiu wiosnali. – Powiedział siedzący obok mnie dryblas.

– W Glinniku też nie było nas zbyt wielu. – Odpowiedziałem.

– Dlaczego cię przenieśli akurat teraz, gdy do wyjścia masz niecałe trzy miechy? – Spytał.

– Widocznie uznali, że jestem tu bardzo potrzebny.

– Taa, pewnie. Już ci wierzę.

Po paru minutach byliśmy na miejscu. Znajdowałem się w jednostce właściwej. Kilka metrów przede mną znajdowało się biuro przepustek, gdzie urzędować miał oficer dyżurny, u którego miałem się zameldować.

W środku siedział wysoki porucznik. Podszedłem do niego i się zameldowałem. Następnie podałem mu rozkaz wyjazdu i bez pozwolenia usiadłem na krześle stojącym obok jego biurka. Oficer przyglądał się mi ze zdziwieniem, najwidoczniej zupełnie się mnie nie spodziewał. Mimo iż było zimno, rozpiąłem mundur i zdjąłem beret. Następnie wygrzebałem z tobołka mandarynkę i ostatni soczek. Była to moja kolacja. Porucznik doktoryzował się nad moim dokumentem, ze dwie minuty, dzwoniąc gdzieś w międzyczasie. Właśnie rozglądałem się za jakimś koszem, by wyrzucić pozostałości mojego posiłku, gdy ten oznajmił, że zaraz ktoś po mnie przyjdzie i abym nigdzie nie chodził. Nie miałem takiego zamiaru. Bardzo dobrze mi się tu siedziało, byłem zadowolony, że udało mi się tu dotrzeć i że na dziś to koniec wędrówek. Podczas oczekiwania na przewodnika, zastanawiałem się, z kim przyjdzie mi współpracować przez te dwa i pół miesiąca, które mi jeszcze pozostało.

Po kilku minutach do biura wszedł jakiś wojak i regulaminowo zameldował się porucznikowi. Ten odwrócił się w moją stronę i oznajmił:

– Pójdziesz teraz z nim na kompanię. Tam dowiesz się wszystkiego, co trzeba.

Cóż było robić, pozbierałem wszystkie plecaki i wolnym krokiem wyszedłem za przewodnikiem.

– Na kompanii się ucieszą z twojego przybycia. Od dawna oczekiwali na przyjście kogoś z jesieni.

– Ty jesteś jesionem? – Spytałem.

– Tak. Ale ja jestem przydzielony do innej kompanii, choć mamy pokoje na tym samym piętrze.

– Cóż, będą musieli jeszcze trochę poczekać na przyjście jesionka.

– Nie jesteś z jesieni? – Spytał zdziwiony.

– Tak się składa, że nie. Mam zero na liczniku, i postanowiłem na zakończenie służby poznać nową jednostkę. Dlatego tu jestem.

Po tych słowach mój przewodnik stracił ochotę do dalszej rozmowy. Chwilę szliśmy w milczeniu.

– Jesteśmy na miejscu. – Przemówił, wskazując głową na podłużny budynek stojący przed nami.

Koszarowiec był zupełnie taki sam jak w pozostałych jednostkach. Oczywiście posiadał również swojego brata bliźniaka stojącego zaraz obok. Tak jak w Glinniku z okien obu budynków obserwować można było plac apelowy. Jednostka była zadbana i nie robiła takiego przykrego wrażenia jak poprzednia. Jednak uroki nowej jednostki nie były głównym tematem moich rozmyślań w tej chwili. Myślałem już tylko o tym, żeby w spokoju położyć się na wozie i nieco odsapnąć.

Moja nowa kompania (również tylko z nazwy) mieściła się jak na złość na najwyższym piętrze. Pocieszałem się, że wejście na górę będzie moim ostatnim dzisiejszym wyczynem. Pokonując mozolnie kolejne stopnie, przekonałem się, że ta jednostka jest zadbana nie tylko na zewnątrz. Ściany były świeżo wymalowane, wszystkie lampy świeciły, a w podłodze można było się przejrzeć.

W końcu dotarliśmy na nasze piętro. Przywitałem się z podoficerem dyżurnym (funkcję tę pełnili tu tylko żołnierze nadterminowi), po czym skierowałem się do pokoju. Gdy otworzyłem drzwi i wszedłem do środka, zobaczyłem zupełnie nieoczekiwany widok. Spodziewałem się pokoju w meliniarskim stylu Nowego Glinnika, a nie apartamentu DeLuxe. Znajdowało się w nim osiem wozów. Przy każdym stała szafka i taboret. Przy ścianie stała wielka szafa, której nie powstydziłbym się wstawić do prywatnego mieszkania. W rogu przy oknie znajdował się telewizor i magnetowid ustawione na gustownym stoliku. Telewizor podłączony był do anteny satelitarnej. Okna zasłaniały świeżo wyprane firanki, oraz zasłony.

Gdy zlustrowałem już dokładnie cały pokój, mogłem przyjrzeć się mieszkańcom. W pokoju było pięć osób. Niektórzy byli mi znani. Od razu zauważyłem „Bambusa” i „Sanczo-Panse”, dawnych latawców z Glinnika, którzy również zostali tu przeniesieni tyle, że wcześniej. Na wozie wylegiwał się „Klekot”, dawny znajomy z Oleśnicy. Poza tymi znajomymi osobami, poznałem również dwóch kopalnych zimoli, którzy zamiast jak ich pozostali koledzy (również i w tej jednostce) wyjść wczoraj do cywila, postanowili kiblować tu jeszcze do wtorku. Przysiadłem na przydzielonym mi wozie i w końcu mogłem nieco odsapnąć. Od „Klekota”, dowiedziałem się, że w skład kompanii wchodzi jeszcze jeden latawiec, który właśnie jest na przepustce, oraz jeden Bocian, który jest w szpitalu (również znałem go z Oleśnicy). W skład kompanii wraz ze mną wchodziło osiem osób, czyli porównywalnie tyle, ile liczyła moja drużyna w Oleśnicy.

– Często kursują tu autobusy? – Spytałem.

– Tak dosyć, trzy rano, czwarty po południu. – Odpowiedział jeden z zimoli, po czym parsknął śmiechem.

Dla mnie nie było to takie śmieszne. Tym bardziej że nie mogłem również liczyć na żadną drogę przelotową. Nie ma co, zadupie aż miło.

Okazało się, że fala jest na tej kompanii jedynie pustym pojęciem. Pseudofalowi zimole oświadczyli mi, że skoro nie ma tu żadnych jesionów, to musimy pomagać latawcom w porządkach! Uznałem to za żart. Jakież było moje zdziwienie, gdy falowy „Klekot”, złapał za szmatę i zaczął wycierać podłogę. Wolałem nie wszczynać wojny z wszystkimi dookoła i dla świętego spokoju umyłem prysznic w łazience. Jakże różnił się on od tego w Glinniku. Po tej czynności poszedłem trochę porozmawiać z podoficerem. Dowiedziałem się od niego, że w dniu następnym przyjdzie na chwilę szef, i będę mógł schować do szatni wszystkie rzeczy. Miałem też otrzymać pościel i koce. Dzisiaj miałem przespać się na wozie „Pędraka”, który miał wrócić dopiero w poniedziałek. Dowiedziałem się również, że zaprawy poranne nie są tu praktykowane. Nie muszę się też obawiać wart ani służby na kuchni. Coraz lepiej.

Po tej rozmowie ponownie udałem się do pokoju i położyłem na wozie. Kolejny dzień służby został właśnie zakończony.

Następnego dnia po śniadaniu (bezproblemowo dostałem porcję) miałem pierwsze spotkanie z szefem. Jakież przeciwieństwo w stosunku do „Spirytusa”, cichutki, spokojny, ugrzeczniony. Pozbierałem swoje tobołki i poszedłem w kierunku szatni, gdzie ponownie doznałem szoku. Każdy żołnierz miał przydzieloną jedną niewielką szafkę. Każda rzecz od chustki, po kurtkę miała swoje ściśle określone miejsce. Wszystko było dokładnie poukładane. Szatnia była jeszcze czystsza i bardziej zadbana niż ta w Oleśnicy. Wiedziałem, że złożone tu rzeczy na pewno mi nie zginą. Otrzymałem koce i pościel, które zaniosłem do pokoju. Na moje pytania na temat wyjazdu sierżant odpowiadał wymijająco. Może w przyszły weekend, może za dwa tygodnie, nie wiadomo. Oznajmił mi, iż zostałem przydzielony do sekcji Mechaników płatowca i silników. Zdziwiłem się nieco, gdyż przypuszczałem, że będę skierowany na spadochroniarnię.

Po uporaniu się z moimi rzeczami zostałem skierowany na hangar. Udałem się tam wraz z „Bambusem”, który miał zmienić „Sanczo” na stanowisku dyżurnego hangaru.

Była to dosyć specyficzna służba. Zaczynała się po śniadaniu i trwała do około siódmej, ósmej wieczorem. Czyli aż do zdania obiektu pod opiekę wartowników. Następnego dnia o piątej rano trzeba było wstać i drałować na hangar, by ponownie go przejąć od warty. Po tym można już było spokojnie oczekiwać na zmianę. Na hangar prowadziły dwie drogi. Pierwsza, krótsza przez płytę lotniska. Jednak chodzenie tą trasą groziło nadplanowym czyszczeniem ubikacji w wieży kontrolnej. Drugą, dłuższą trzeba było obchodzić całe lotnisko dookoła. Tą też drogą się udaliśmy do celu.

Hangar świecił pustkami. Z kadry obecny był jedynie ppor. „Bufon”, dowódca sekcji akumulatorów. Przydzielił mi niezwykle ważne zadanie pozamiatania całego hangaru. Jego powierzchnia była podzielona na dwie części. Jedną zajmowała kompania, do której właśnie mnie przydzielono. W drugiej urzędowali technicy z drugiej kompanii technicznej. W każdej połówce stały częściowo rozebrane śmigłowce. Nie robiło to już na mnie większego wrażenia. Osobiście wolałbym zwiedzić wnętrze jakiegoś czołgu. Dowiedziałem się, gdzie mają pomieszczenia poszczególne sekcje, a także nasz dowódca kpt. „Niepocieszony”. Podobno był to okropny regulaminowiec i nie znał się na żartach. Na dodatek ostatnimi czasy chodził mocno sfrustrowany, gdyż pominięto go przy awansie. Nie otrzymał stopnia majora, ponieważ nie zdał jakiegoś egzaminu z angielskiego.

Dyżurnym hangaru posiłki dowozili specjalnym samochodem. Trzeba było uważać, by ich nie przegapić. Nie pozostawało mi nic innego jak tylko udać się w przydługą drogę powrotną na kompanię, a stamtąd na stołówkę. Na szczęście z obiadem nie było większych problemów. Ponownie znalazła się dla mnie porcja.

Niedziela dłużyła mi się niezmiernie. Na kompanii pozostało niewiele osób. Nie miałem żadnej służby, więc wylegiwałem się na wozie i złorzeczyłem całemu światu, że nie mogłem pojechać do domu.

W telewizji leciały na okrągło reklamówki niemieckich kanałów erotycznych, przeplatane muzyką Disco-Polo. Podczas gdy ja leniuchowałem w przyjemnym pokoju, koledzy, którzy zostali w Glinniku pewnie byli już na warcie. Z całego naszego poboru byłem chyba w najlepszej sytuacji. Co prawda wylądowałem na odludziu, ale za to nie musiałem się obawiać wart czy innych dziwnych wynalazków. Początkowo trochę drażnił mnie ten spokój i cisza. W Glinniku cały czas się coś działo, a tu nic. Jutro miałem poznać resztę kadry i dowiedzieć się, co właściwie mam tu robić. Od środy planowali mi wcisnąć służby na hangarze. Pewnie się nie wymigam.

Drugi dzień w nowej jednostce powoli się kończył, a mi nie pozostawało nic innego jak tylko wykreślić go z mojego kalendarzyka.

Nazajutrz rano udałem się wraz z „Klekotem” i „Bambusem” na hangar. „Sanczo” poszedł tam już wczesnym rankiem, by przejąć obiekt od wartowników. Zimole przygotowywali się powoli do opuszczenia jednostki. Na wieczór można było spodziewać się jakiegoś widowiska, ponieważ takich kopalin było w jednostce więcej. Po południu miał wrócić „Pędrak”. Ponieważ pogoda był piękna, a mróz był minimalny, udaliśmy się do hangaru okrężną drogą. Zawsze lepiej później stawić się na hangarze niż wcześniej. Uporczywie wypatrywałem pierwszych oznak wiosny, lecz zima nadal nie zamierzała ustępować.

Na hangarze panował mały ruch, kilka osób krzątało się wokół MI-8 nie wiedząc, co ze sobą zrobić. Po drugiej stronie hangaru, siostrzanej kompanii ruch był o wiele większy. Tam wszyscy uwijali się jak mrówki. Nie ma, co ten nasz PWL do najaktywniejszych nie należał. Nie, oczywiście, żebym się tym w jakiś sposób martwił. Ponieważ dotarliśmy na miejsce już po zbiórce, każdy udał się do swojej sekcji. Ja wraz z „Klekotem” poszedłem do działu mechaników silnika i płatowca, tam też nasz bezpośredni przełożony na hangarze por. „Punto” pokazał mi, gdzie będzie się znajdować moja szafka, w której mogę schować swoją kurtkę mechanika i resztę stroju roboczego do pracy na hangarze. Przebrałem się w ubranie robocze i zacząłem się mocno zastanawiać, co ja tu właściwie mam robić. Popatrzyłem na mój wpis do książeczki i się uśmiechnąłem. Tak szybkie przekwalifikowanie z układacza spadochronów w mechanika silnika i płatowca możliwe było tylko w wojsku. Moje obowiązki szybko się wykrystalizowały. Poza zamiataniem wykonywałem usługi w stylu: przynieś, podaj, zrób herbatę itd. Ogólnie rzecz ujmując, byłem tam piątym kołem u wozu. Ale czy to kogoś obchodziło?

Dzień upłynął mi bardzo leniwie i zapowiadało się, że kolejne będą równie schematyczne i nudne. Jedynym plusem w moim odczuciu był fakt, że mogłem z bliska obejrzeć wszystkie podzespoły śmigłowca, porozkręcać i zdemontować każdą część. Gorzej było już jednak ze składaniem, ale starsi mechanicy też coś robić muszą. Każdy element był dosłownie kąpany w ropie, której tam było pod dostatkiem. Ropa była wykorzystywana do różnych celów, ale o tym wspomnę później. Czas, po zakończeniu prac na hangarze strasznie się ciągnął. Gdy nie miałem żadnej służby, to mój wachlarz możliwości spędzenia wolnego czasu był całkiem spory. Poza oglądaniem „ambitnej” telewizji mogłem udać się do kantyny i w przypadku, gdy posiadałem jakieś pieniądze (były to dosyć rzadkie przypadki) kupowałem najczęściej czekoladę i napoje. Można było udać się półlegalnie do knajpki w miasteczku w celu spożycia napojów gorzelniczych. Miałem nadzieję, że wkrótce dostanę stałkę i moje możliwości spędzania wolnego czasu wzrosną. Choć właściwie, co mógłbym robić – może wypuścić się w las na grzyby albo na polowanie ze sztućcami zwędzonymi ze stołówki.

Wieczorem do jednostki ściągnął „Pędrak”, pełnił on funkcję kompanijnego pisarza. Jednak nie było to jedyne wydarzenie tego dnia na kompanii. Już od godzin południowych w całej jednostce spotkać można było rozentuzjazmowany tłum pingwinów szykujących się do opuszczenia jednostki. Jutro już mieli być rezerwistami – szczęściarze. Pocieszałem się tym, że następny do wyjścia będzie mój pobór.

Około godziny dziewiątej do naszego pokoju wpadło ze trzydziestu zimoli z różnych kompanii, z naszymi dwoma na czele. Przewalili się przez izbę niczym tabun wypłoszonych nosorożców, skacząc po wozach i demolując wszystko jak leci. Każdy z nich żegnał się z nami tak, jakby byli naszymi najlepszymi kumplami. Tak, więc wyściskałem się z „moimi braćmi zimolami”, którzy jeden przez drugiego pocieszali mnie, że już niedługo moja kolej. Po kilku minutach ze szczerym entuzjazmem żegnałem ich, ciesząc się, że już tu nie wrócą. Cała banda skierowała się do następnej izby, a ja mogłem w spokoju przystąpić do rekonstrukcji mojego wozu i szafki.

Dnia następnego miałem stać się najstarszym żołnierzem w jednostce (no może jednym z najstarszych), a tymczasem mogłem wykreślić kolejny dzień z kalendarzyka i zwalić się na wóz.

Następnego dnia po powrocie z hangaru nasz szef wpadł na wspaniały pomysł zorganizowania nam wolnego czasu. Nam to znaczy mi i dwóm latawcom, którzy akurat nie mieli służby.

– Trzeba przekopać ziemię przed koszarowcem i wyzbierać śmieci sprzed okien. – oznajmił.

Klawy pomysł pomyślałem. Tylko, że ziemia jest jeszcze zmarznięta w końcu mamy styczeń. Ale co mi tam, i tak kopać będą latawce, ja mogę pozbierać papierki. Po chwili oddaliśmy się do magazynu po narzędzia, po czym wyszliśmy na zewnątrz.

– Zacznijcie z tej strony, ja za moment przyjdę i pozbieram te klamoty – powiedziałem do „Bambusa”.

– Gdzie idziesz?

– Na browca, bo tu coś chłodno, nara.

Gdy po pół godzinie wróciłem, chłopcy przekopali już spory kawałek gruntu. Mogłem przystąpić do dzieła, które po paru minutach było gotowe.

– Nieźle nam idzie, za chwile będziemy mieli gotowe. Idę pogadać z kapralami. Jak skończycie, to dajcie mi znać.

Teraz to się chyba już zdenerwowali, ale wzorowo zmiękczali dalej ziemię. Przy drugim koszarowcu pracowało w podobny sposób kilku kaprali z jesieni. Od trzech dni szkolili młodych żołnierzy z zimy, którzy dopiero zaczynali swoją karierę (na PWL-u pobór zimowy powinien się zameldować pod koniec marca).

– I co tam, jak idzie szkolenie zimoli – spytałem?

– Dobrze, odparł nieco wystraszonym głosem jeden z nich, poprawiając i tak już regulaminowo zaciśnięty pas.

– Poluzuj go trochę, bo za moment nie będziesz mógł oddychać.

– Mnie to nie przeszkadza. – Odparł mało przekonująco.

– Dobra, słuchajcie, mam taką sprawę, trzeba skoczyć do kantyny po napój. Mi nie sprzedadzą, bo jestem zadłużony, a wam bez problemu (dobra ściema to podstawa). Masz tu pieniądze i załatw to – powiedziałem do najbliższego kaprala.

– A jak ktoś przyjdzie i zobaczy, że mnie nie ma?

– Wyluzuj, popilnuję ci kilofa. No idź, bo lokal ci zamkną.

Z wyraźną niechęcią kapral udał się w drogę. Na co dzień to oni wydają komendy i wydzierają się pod oknami ucząc młodych musztry. A ja chciałem sprawdzić czy tutejsi kaprale są tak samo hardzi i wojowniczo nastawieni jak ci w Oleśnicy. Nie byli. Po kilku minutach wrócił mój wysłannik, który oglądał się co chwila na wszystkie strony. Pewnie bał się, że go jakiś młody namierzy. To by był dopiero uszczerbek jego autorytetu. Jeszcze chwilę z nimi porozmawiałem, po czym wróciłem do latawców, którzy powoli szykowali się do powrotu na kompanię.

– No to odwaliliśmy kawał dobrej roboty. – Stwierdziłem, po czym zabrałem worek ze śmieciami, które były dowodem mojego wielkiego zaangażowania w sprawę czystości jednostki.

– No ty się napracowałeś najwięcej – mruczał pod nosem „Sanczo”, który za chwilę miał objąć służbę dyżurnego kompanii.

Po drodze na kompanię witałem się z nielicznymi bocianami, którzy służyli w tej jednostce. Szybko się bowiem rozniosło, że na PWL przybył jeden, wiosnal. Traktowali mnie od razu tak, jak najlepszego kumpla, z którym służyli od kilku miesięcy. Byliśmy zdecydowaną mniejszością w tej jednostce, przez co wytwarzała się pewna wieź pomiędzy nami. Ani przez moment nie czułem się w tej jednostce jak obcy. Ale w końcu to już dziesiąty miesiąc służby i trzecia jednostka.

Następne tygodnie służby były tak nudne i do siebie podobne, że pozwolę sobie pominąć ich opisywanie. Służby dyżurnego hangaru były jedynym urozmaiceniem tej monotonii.

Dariusz Maryan
Najpopularniejsze Powieści i opowiadania3. Gwałt27. Opowiadanie erotyczneNestor – Powieść minionych lat (rozdz. 1-7)1. Seks w pociągu pospiesznym2. Seks w pociągu osobowym
Najwyżej oceniane Powieści i opowiadaniaList do Ani z Zielonego WzgórzaHistoria pewnego zerwaniaGdzieś w ostatecznej krainie, część 39Rozdział 1. Witajcie kotySkąd wzięły się kolory na ziemi, czyli historia jak najbardziej prawdziwa
PrzewodnikiAlbaniaNepalPolskaRumunia
Najpopularniejsze zdjęcie w dzialePlaża w Ksamil (Albania)Najwyżej oceniane:Praca domowa
Oceń zamieszczony obok artykuł.
Minister kazał, więc uprzejmie informujemy, że nasze strony wykorzystują pliki cookies (ciasteczka) i inne dziwne technologie m.in. w celach statystycznych. Jeśli Ci to przeszkadza, możesz je zablokować, zmieniając ustawienia swojej przeglądarki. Więcej informacji znajdziesz w artykule: Pliki cookies (ciasteczka) i podobne technologie.