zapraszamy do współpracy
Zapraszamy do współpracy
Powieści i opowiadania > Wspomnienia z koszar

Rozdział 5. Zawieszony w próżni

Część druga. Jednostka Liniowa

Rozdział 5. Zawieszony w próżni

Rozdział 5. Zawieszony w próżniW poniedziałek nastąpił sądny dzień. Po powrocie z przepustki zastałem dziewięćdziesiąt procent stanu kompanii, siedzącą na swych tobołkach na korytarzu. Oczekiwali na dalsze polecenia dotyczące ich przenosin. Miny mieli raczej nietęgie. Ale co ze mną?! Przecież ja nie byłem spakowany.

– Gdzie jest porucznik? Muszę się jakoś dostać do szatni po swoje rzeczy. – Spytałem się „Czarnego”, który był akurat podoficerem.

– Wy (obsługa spadochroniarni) na razie nigdzie nie idziecie. Możesz iść do pokoju.

– Skoro tak to spoko.

Ciekawe co z nami zrobią i dlaczego tylko my trzej zostaliśmy na kompanii. Do pokoju jednak nie poszedłem, miałem ochotę popatrzeć, jak rozdzielają poszczególnych żołnierzy na różne kompanie. Po pewnym czasie podszedł do grupy jakiś chorąży i kazał wszystkim żołnierzom przydzielonym do kompanii wartowniczej iść za sobą. Pozostali również długo nie musieli czekać. Po niecałej godzinie z Kompanii Remontowej pozostała tylko nasza trójka. „Zigi” i „Szakal” z uporem maniaka twierdzili, że wkrótce zostaniemy przeniesieni na drugą kompanie techniczną, ale ja nie byłem tego taki pewien. Sytuacja, która zapanowała, w stu procentach mi odpowiadała i nie zależało mi na nowym przydziale. Gdy następnego dnia nikt się o nas nie upominał, zacząłem wierzyć, że stan próżni może trwać całkiem długo. Nasza trójka figurowała w spisie Kompanii Technicznej z dopiskiem oddelegowani. Oznaczało to iż na stołówce przysługiwała nam porcja z listy technicznej. Dowódcy kompanii się jednak nami w ogóle nie interesowali, a niektórzy nawet nie wiedzieli, że przebywały na kompanii. Uważali, że skoro jesteśmy oddelegowani, to śpimy na spadochroniarni. Z kolei sierżant nie był w ogóle świadom faktu, że na kompanii nie ma nad nami żadnego nadzoru. Był święcie przekonany, że podlegamy tej samej kontroli co pozostali żołnierze. Oczywiście nikt z nas nie miał zamiaru wyprowadzać go z błędu. Miałem nadzieję, że ten stan potrwa chociaż miesiąc lub dwa. Swoją drogą taki bałagan organizacyjny w Oleśnicy byłby nie do pomyślenia.

Następnego dnia do naszej trójki dołączyli zimole, którzy już szykowali się na przyjazd latawców. Kompania podzieliła się na dwa pokoje, w jednym jesień z wiosną, w drugim zima z latem. Latawce mieli przyjść dnia następnego w związku z czym „Suchar” miał niepowtarzalną okazję, aby odegrać się na mnie za to, że byłem zwolniony z rejonów.

– I co młody, teraz już się nie wymigasz, będziesz miał dzisiaj rejony, o których długo nie zapomnisz. –Powiedział do mnie po obiedzie z dzika satysfakcją.

– Na twoim miejscu bym się nie zakładał. – Odpowiedziałem.

– Zaraz ci przejdzie twoja hardość, twój obrońca zmienił kompanie i nikt ci już nie pomoże.

Na szczęście nikt mi już pomagać nie musiał, moje własne możliwości działania przerosły całkowicie wyobraźnię „Suchara”. Jakież wielkie zdziwienie wymalowało się na jego twarzy, gdy zrolowałem materac, wraz z kocami i poduszkami, a następnie oznajmiłem mu, iż przenoszę się na spadochroniarnię. Najwidoczniej nie przewidział takiej możliwości. Już od dawna rozważałem taką możliwość, ale dopiero teraz warunki były sprzyjające. Dyżurnemu oznajmiłem, iż przez najbliższe dni będę „dyżurował” na spadochroniarni i nie mogę w tej chwili dokładnie określić, kiedy wrócę na kompanie. Całe przedsięwzięcie mogło się udać jedynie przy zachowani absolutnej tajemnicy przed sierżantem. Była to jedyna osoba, na którą musiałem uważać. „Zigi” i „Szakal” obiecali nie pisnąć ani słowa.

Jednak spanie na spadochroniarni napotykało pewną trudność. Problemem był wóz, a raczej jego brak. Nie miałem najmniejszego zamiaru taszczyć tego żelastwa z kompanii. Trzeba było wymyślić więc coś w zastępstwie. Po chwili zastanowienia postanowiłem wykorzystać do tego celu regał na spadochrony. Na razie jednak postanowiłem ich nie zdejmować, gdyż jeszcze istniało realne zagrożenie nieoczekiwanej wizyty sierżanta. Materac i całą resztę ukryłem w wieży.

Wieczór upłynął spokojnie, nikt nie próbował mnie zmusić do powrotu. Był to ostateczny dowód, że nadszedł dla mnie złoty okres. W nocy było o wiele zimniej niż na kompanii i pomimo zabrania obu koców trochę zmarzłem. W rozwiązaniu tego problemu pomogła skrzynia ze starymi, przeznaczonymi na zasłonki spadochronami. Wywlokłem jedną sztukę i przykryłem się czaszą. Byłem dosyć mocno zdziwiony, gdyż ten niepozorny materiał dawał więcej ciepła niż koce.

Następnego ranka po raz pierwszy do długiego czasu nie musiałem wyjść na zaprawę i mogłem się nieco dłużej wyspać. Na stołówce na nieszczęście napotkałem całą kompanię. Na szczęście poza nielicznymi przypadkami, nikt się nie czepiał, że nie spałem na kompanii. „Szakal” stwierdził, że ich to jebie, i że przyzwyczaili się do moich ciągłych nieobecności.

Na spadochroniarni, „Dokładny” oznajmił mi, abym nie myślał o wyjeździe w najbliższy weekend, gdyż mają przywieźć spadochrony, najprawdopodobniej w sobotę około południa. Jak to tak?! Ja już miałem dokładnie rozplanowane te dni. A tu taka zła wiadomość. Nic z tego, i tak pojadę i nic mnie nie powstrzyma – pomyślałem.

Nadszedł piątek. Od rana już byłem niespokojny, próbowałem wypytać sierżanta, o której godzinie ma być dostawa, lecz ten odpowiadał wymijająco. Na kolację wolałem już nie iść, żeby przypadkiem nie wrobiono mnie w jakąś służbę na sobotę i niedzielę. Z tego nie mógłbym się już wykręcić.

Sobota to już było istne piekło. Po śniadaniu złożonym z konserwy i suchego chleba w liczbie jednej kromki rozpoczęło się dłuuuugie oczekiwanie na spadochrony. Mój plan był prosty, aczkolwiek trochę desperacki. Zaraz po dostawie uderzyć w kierunku przelotówki i do domu! Tymczasem nadeszła godzina druga a tu nikogo nie widać! Do cholery, kiedy te bałwany w końcu przyjadą – powoli zaczęły mi puszczać nerwy. W końcu parę minut po trzeciej usłyszałem nadjeżdżający samochód. Razem ze spadochronami nadjechało trzech pomocników do rozładunku, z którymi szybko przeniosłem ładunek do wnętrza spadochroniarni. Nie było już więcej czasu do stracenia, poukładałem je w jako takim porządku i nie spisując tych wszystkich numerów, wyszedłem ze spadochroniarni. Lecz gdy uszedłem dwa metry, usłyszałem dzwoniący telefon. Szybko otworzyłem drzwi i wszedłem z powrotem. Dzwoniącym był oczywiście nieoceniony sierżant, który przekręcił, by się spytać, jak mi leci i czy przywieźli sprzęt. Uspokoiłem go, stwierdzając, że wszystko gra. Ten wyraźnie zadowolonym głosem zakończył rozmowę. Cieszył się pewnie, że jednak zostałem. Ja z kolei uznałem jego telefon odebrany w ostatniej chwili za dobra wróżbę i raźnym krokiem ruszyłem w drogę. Zacząłem gorączkowo obliczać ile mam czasu. Powrócić musiałem najpóźniej w poniedziałek rano. Czasu więc było malutko, ale i tak wolałem pojechać do domu, niż siedzieć w jednostce.

Początek podróży zapowiadał się obiecująco. Niemal z marszu zatrzymałem samochód, który zmierzał do Częstochowy. Przed samym miastem przesiadłem się do TIR-a lecącego do Żor. Dotarłem tam w rekordowo krótkim czasie i pełny optymizmu ponownie próbowałem zatrzymać samochód. Lecz tym razem nikt nie kwapił się z zatrzymaniem. Gdy po dwóch godzinach zaczął zapadać zmierzch zacząłem być już mocno zaniepokojony. W końcu, chyba po trzech godzinach stopowania, zatrzymał się jakiś entuzjasta militariów, który co prawda w wojsku nie służył, ale był pewien, że jest ono cool. Dla mnie najważniejszy był fakt, że jedzie do Bielska, skąd już było tylko trzydzieści kilometrów do domu. Nie miałem jednak ochoty na stopowanie w szczerym polu, tym bardziej że było już ciemno i ludzie z pewnością będą mniej ufni w stosunku do autostopowiczów. Wysiadłem więc w pobliżu dworca kolejowego. Czasem zdarzało mi się stąd jechać pociągiem do domu. Z tego, co pamiętałem, ostatni pociąg odchodził po jedenastej, miałem wiec pół godziny. Lecz gdy dotarłem na dworzec, na tablicy odjazdów nie było po nim śladu.

Poważnie zaniepokojony tym faktem postanowiłem zasięgnąć informacji u dyżurnego ruchu.

– Ten kurs został zlikwidowany z powodu nierentowności. Przykro mi. Następny pociąg odjeżdża o czwartej. – Słowa dyżurnego były jak wyrok.

I pomyśleć, że utknąłem tak blisko domu. Znikąd nie mogłem oczekiwać pomocy. Trzeba było przyjąć gorzką prawdę, miałem pięć godzin do odjazdu. Na domiar złego zaczęło się robić bardzo zimno. Byłem zmęczony i głodny. Ostatnie grosiki z ledwością wystarczały na bilet, nie było wiec mowy o przeczekaniu nocy w jakimś barze. Chłód zapędził mnie z powrotem do poczekalni. Z wolna zaczęła się ona zapełniać lokatorami, którzy mieli z góry upatrzone miejsca noclegowe. Wraz z nimi pojawiła się policja, która kontrolowała to całe zbiorowisko. Szybko jednak musiałem z w miarę ciepłej poczekalni wyjść na zewnątrz, gdyż smród, jaki wydzielali, stał się po prostu nieznośny. Godziny ciągnęły się w nieskończoność. Udało mi się na chwilę zdrzemnąć na ławce, ale nie zmniejszyło to w istotny sposób mojego zmęczenia.

Na peronie byłem już na pół godziny przed odjazdem pociągu. Po całej nocy spędzonej w Bielsku w końcu się doczekałem. Zziębnięty wsiadłem do wagonu i zatrzasnąłem za sobą drzwi. Od razu zwaliłem się na fotele i zamknąłem oczy, musiałem jednak uważać, żeby nie zasnąć, gdyż obudzić mógłbym się w Zebrzydowicach.

Po niezbyt długiej jeździe dotarłem do Goleszowa, gdzie czekała mnie ostatnia przesiadka. Gdy podszedłem do tablicy ze spisem odjazdów pociągów, trafił mnie szlag.

– Kurwa mać, zajebane skurwysyny, całkiem im się już popierdoliło! Najlepiej nich zabiorą wszystkie pociągi. – Po dwóch minutach łaciny użytkowej zauważałem, że przygląda się mi kilka osób.

– No i na co się tak gapicie?! – Rzuciłem wściekły do ostatnich granic. Nie czekając jednak na odpowiedź, wyszedłem, trzaskając dziwami poczekalni.

Mój pewniak, który miał jechać za kilka minut, został również skreślony. Co gorsza, następny pociąg też nie jechał. Do pierwszego kursującego pociągu miałem ponad trzy godziny! Tego już było za wiele, nie miałem najmniejszego zamiaru czekać na ten pociąg. Do domu pozostało mi zaledwie dziewięć kilometrów. Mimo iż byłem zmęczony i głodny jak wilk, ruszyłem bardzo szybkim krokiem do celu. Po drodze miałem ochotę komuś za to wszystko natłuc, ale nikt się nie pojawił. Gdy zobaczyłem znajome budynki mojego miasta, zdenerwowanie trochę popuściło. Bez wątpienia była to najdłuższa wędrówka z jednostki do domu. Rekordowo krótki był też czas, jaki mi pozostał, po raz pierwszy były to nie dni, a godziny.

Na szczęście droga powrotna do jednostki odbyła się już bez większych zakłóceń i problemów. Wolałbym nie myśleć, co by się stało, gdybym tym razem się spóźnił.

W poniedziałek rano wyglądałem jak zombi. Ledwo stałem na nogach i usypiałem na stojąco. Jednak o odpoczynku nie było mowy, gdyż z samego rana jeszcze przed przyjściem sierżanta zaczął się młyn. Na spadochroniarnię wpadła cała horda żołnierzy. Pobierali oni spadochrony do ułożenia, na czekające ich skoki. Zamiast spisywać numery seryjne sprzętu, patrzyłem się tylko tępo na wychodzących żołnierzy. Za pół godziny przyszedł sierżant, który z miejsca zawołał:

– Gdzie się podziały spadochrony?!

– Zabrali je przed chwilą do składania, są tu, niedaleko. – Odparłem.

„Dokładny” wpadł w panikę, pochwycił zeszyt i długopis i pobiegł spisywać numery. Ja w tym czasie mogłem się trochę zdrzemnąć. Gdy wrócił, przykazał mi kategorycznie odnotowywać wszelkie rzeczy związane ze spadochronami. Po powrocie szwadronu z cierpiętniczą miną odfajkowywałem każdą sztukę, która wracała na regał. Sprawdzając przy tym kompletność sprzętu i jego zgodność numerową. Była to typowa syzyfowa praca, która miała się powtarzać przez najbliższe dni wiele razy. Po pewnym czasie już wszędzie widziałem numery seryjne, zaczęły mi się śnić nawet w nocy. Gdy nazajutrz drugi szwadron przyszedł pobrać kolejną część spadochronów do ułożenia, postanowiłem popatrzyć, jak sobie będą radzić ze składaniem.

Cała kompania rozłożyła się nieopodal spadochroniarni. Zaraz po przygotowaniu stanowisk przystąpili do pracy. Nie składali jednak spadochronów przeznaczonych dla siebie, lecz dla kolegi. W ten sposób życie jednego żołnierza zależało od drugiego. Każdy etap składania był szczegółowo kontrolowany przez oficerów. Dopiero po upewnieniu się, że dany element jest zrobiony poprawnie, żołnierze składali dalej. Szczególny nacisk kładziono na ułożenie spadochronów zapasowych, które były tylko jednorazowego użytku.

Wielu żołnierzom podczas składania trzęsły się ręce. Mimo iż czekała ich wielka przygoda i emocje związane ze skokami, z pewnością bym się z nimi nie zamienił. Szwadron powoli zbierał się do powrotu, więc i ja musiałem wracać, by odebrać te spadochrony.

Kilka dni minęło i wszyscy żołnierze ze szwadronów zakończyli składanie. Lada dzień miało nastąpić szkolenie teoretyczne i praktyczne, które kończył egzamin. Po jego zaliczeniu pozostawało im tylko oczekiwać na pierwszy skok. Moje spanie na spadochroniarni dobiegło kresu. Już od trzech dni „Szakal” donosił, że cześć żołnierzy jest wyraźnie niezadowolonych z mojej nieobecności. Ciągle się ich wypytywali („Zigiego” i „Szakala”), z jakiej racji ja przebywam na spadochroniarni, a oni na kompanii. Nie podobało im się („Sucharowi”, „A.A” i „Tępakowi”) również to, że nie uczestniczę w zaprawach.

Ze spadochroniarni wyprowadziłem się dopiero jednak wtedy, gdy dziadki miały zero trzydzieści do wyjścia. Wiedziałem, że nie będą mogli się już mnie czepiać (o ile im coś nie odbije). Tym razem wprowadziłem się do pokoju jesieni i wiosny. A więc mogłem śmiało powiedzieć, że wróciłem na stare śmieci. W pokoju było nieco luźniej, ale piętrowe łóżka pozostały.

Po raz pierwszy zobaczyłem przybyłych niedawno latawców z Oleśnicy. Było ich około dziesięciu i w chwili, gdy z manelami wchodziłem do izby, z zapałem szorowali podłogę. Zza ściany dobiegały dzikie krzyki zimoli, którzy cały czas świętowali przyjście swoich młodych. Nawet „Suchar” przestał zwracać na mnie uwagę. Podczas rejonów koledzy z fali z gorliwością dozorowali młodych. Mnie osobiście nie chciało się schodzić z wozu i bardzo rzadko je odbierałem. Latawce podobnie jak my (wiosna) przyjechali tu w żabach. Nie dostali jednak beretów, a po jednostce chodzili w polowych rogatywkach.

Poza przybyciem młodych drugą istotną zmianą na kompanii było przybycie nowego szefa. Był nim młodszy chorąży „Spirytus”. „Wąż” mi powiedział, że pierwsze spotkanie z nim miało niecodzienny przebieg. Wpadł wieczorem niespodziewanie do pokoju, powiedział, że jest nowym szefem i przeprowadził rewizję całego pokoju w poszukiwaniu utajonych zapasów alkoholu. Akurat w tym momencie nie odbywała się jeszcze libacja. Wszyscy w napięciu oczekiwali, kiedy sobie w końcu pójdzie. O pokój się nie obawiali, gdyż nie mieli nic zbunkrowanego, niepokoiła ich inna sprawa. W tym czasie gdy „Spirytus” dokonywał rewizji, „Sąsiad” doglądał dwie chłodzące się butelki rozrobionego eliksiru w łazience. Mieli nadzieję, że ten nieświadomy przecież sytuacji nie wejdzie do pokoju w najgorszym momencie. W czasie rewizji nikt nie mógł wyjść z pokoju, każdy musiał stać przy swoim wozie. Chorąży w końcu zrezygnowany i wyraźnie zdziwiony wyszedł z pokoju (widocznie bardzo liczył, że coś znajdzie). Parę chwil po tym do pokoju wszedł „Sąsiad” dumnie niosący przed sobą eliksir. Wszyscy w jednej chwili ryknęli śmiechem.

Z innych relacji dowiedziałem się, że za flaszkę można od niego wyciągnąć wszystko, co się chce. Dobra nasza, taki szef na pewno nie będzie wnikał w naszą sytuację.

Wieczorem wraz z całą kompanią poszedłem na kolację. Na jadalni panował niespotykany ruch. Dyżurnych było kilkakrotnie więcej niż zazwyczaj. Szorowali, czyścili, pucowali stołówkę z takim zaangażowaniem jakby, w zamian mieli otrzymać co najmniej tydzień urlopu. Pomagały nawet dwie sprzątaczki, (do tej pory nigdy ich nie było), które myły okna. Odstraszający, odrapany korytarz, został świeżo pomalowany. Wymieniono nawet stare rozlatujące się lampy na jadalni.

– Co tu się dzieje? Prezydent ma jeść u nas obiad czy co? – Spytałem idącego obok „Komara”.

– Nie. – Zaśmiał się. Podobno mają u nas kręcić pierwsze odcinki filmu o żołnierzach jednostki desantowej.

Film! No tak teraz już wszystko jasne. To dlatego tak tu sprzątają i w jednostce zrobiło się trochę czyściej. Na jadalni pojawiły się nowe ceraty i kubki na herbatę. Kucharze pewnie trenując przed ewentualną okazją przewinięcia się przed obiektywem byli nienaturalnie uprzejmi. Nawet jedzenie było wyjątkowo smaczne.

Następnego dnia w jednostce panował ożywiony ruch. W pobliżu stołówki i w jej środku znajdowali się operatorzy kamer i cała obsługa techniczna. Kręcono pierwszy dzień pobytu młodych jesionów w jednostce. Na stołówce mieli wydzielone stoliki. Kilka razy przewinąłem się przed kamerą, ale pewnie mnie wytną. Jesiony, pomimo iż byli filmowani, miny mieli nad wyraz niepewne, widać było, że nie pozują specjalnie do kamery. Ekipa filmowa jeszcze przez kilka godzin kręciła się po jednostce. Byłem ciekawy, co też z tego wyjdzie, ale na premierę pierwszego odcinka musiałem jeszcze trochę poczekać.

Na spadochroniarni i wokół niej rozpoczęło się szkolenie teoretyczne i praktyczne skoczków. Żołnierze trenowali upadki i zachowanie się w powietrzu (zwisali na odpowiednich uprzężach), mieli też przygotowanie kondycyjne. Całość szkolenia kończył egzamin teoretyczny. Byłem podczas niego obecny i muszę stwierdzić, iż był on niezwykle prosty. Bez żadnego wcześniejszego przygotowania byłem w stanie odpowiedzieć na siedemdziesiąt procent pytań. Zachowanie części przyszłych skoczków było jednak żałosne, koncentrowali się oni głównie na ściąganiu i odpisywaniu od innych. Najwidoczniej nie zdawali sobie oni sprawy, że od tej wiedzy może zależeć ich życie. Ostatecznie egzamin zaliczyli wszyscy.

Na początku października nadszedł czas na skoki żołnierzy ze szwadronów. Przed spadochroniarnią i wokół lotniska panowało wielkie poruszenie. Żołnierze gorączkowo sprawdzali wszelkie elementy oporządzenia. Następnie zakładali spadochrony główne i zapasowe. Gdy mieli już wszystko na sobie, podchodzili do nich instruktorzy i sprawdzali każdy ważniejszy element. Następnie sprawdzony żołnierz szedł na następną linię, gdzie był ponownie sprawdzany. Gdy i tym razem sprawdzający nie miał żadnych zastrzeżeń, delikwent mógł się udać na ostatnią linię. Teraz pozostawało im tylko czekać na chwilę, kiedy będą mogli wejść na pokład śmigłowca lub samolotu.

Po kilku minutach nadleciał śmigłowiec i cała zabawa mogła się zacząć. Jednorazowo do Sokoła wchodziło około pięciu skoczków, po czym wznosili się na pułap czterystu metrów. Jako iż był to ich pierwszy skok byli podczepiani do linki w śmigłowcu. Dzięki temu była niemal stuprocentowa pewność, że po skoku natychmiast i bez żadnego udziału żołnierza czasza się otworzy. Wysokość, z jakiej skakali, pozwalała im na bardzo krótkie opadanie, ale i tak wrażenia mieli ogromne. Wielu z nich zaraz po skoku zapominało o całym świecie. Na nic się zdały szalone krzyki oficerów kierującymi skokami, próbującymi nakłonić skaczących do jakiegokolwiek manewru, czy choćby drobnej zmiany kierunku opadania. Ci byli jak w transie i opadali jak kłody, a niektórzy mieli nawet zamknięte oczy! Osobiście wcale się im nie dziwię, sam pewnie miałbym serce w przełyku. Po około dwóch godzinach wszyscy zgromadzeni oddali swój pierwszy skok. Większość z nich opadła zgodnie z planem na rozległej łące roztaczającej się naokoło lotniska. Niestety kilku chłopakom nie poszło, trzech z nich lądowało na koronach drzew pobliskiego lasku, a dwóch trafiło na płytę lotniska, przez co ich upadek był dosyć bolesny. Na dodatek jeden z nich postanowił momentalnie zejść na trawę, ciągnąc za sobą czaszę. Widząc to przerażony kapitan „Dziki” ruszył pędem w jego kierunku. Nim jednak dotarł do skoczka, czasza miała już kilka dziur. Ilość przekleństw jaka posypała się na biedaka była zaiste imponująca.

Przy odbieraniu sprzętu miałem o wiele więcej pracy niż zwykle. Musiałem uważnie sprawdzać, czy żołnierze zdają kompletne spadochrony. Jak na pierwszy raz nie było źle, brakowało tylko kilku uchwytów wyzwalających. Pracy tego dnia było pod dostatkiem, musieliśmy przewietrzyć wszystkie czasze, powyjmować kawałki gałązek i innych nieporządnych przedmiotów. Gdy stwierdziliśmy, że czasza nie jest w jakiś sposób uszkodzona, wówczas składaliśmy spadochron na sztukę tak, aby tylko zmieścił się do pokrowca. Niektóre spadochrony były tak okropnie poplątane, że potrzebowaliśmy kilkunastu minut na jego rozplątanie i rozwieszenie. Skoki miały trwać bez przerwy przez dwa tygodnie, aż do zaliczenia przez wszystkich żołnierzy pięciu skoków, w tym jednego nocnego. Było to minimum do uzyskania książeczki spadochroniarza i kapy1 skoczka. O wyjeździe do domu tym razem definitywnie musiałem zapomnieć. Pierwszy raz od niepamiętnych czasów weekend miałem spędzić w jednostce.

W sobotę żołnierze mieli oddać swój pierwszy i prawdopodobnie ostatni w tej jednostce nocny skok. Nie byli podczepieni do linki jak podczas swego debiutu. Musieli samodzielnie pociągnąć za uchwyt wyzwalający czaszę. Wszyscy skaczący otrzymali latarki, które miały im pomóc przy lądowaniu i pomagały obserwować skoczków z ziemi. Kolejne rzuty skoczków lądowały bez problemów. Napięcie na twarzach oficerów prowadzących skoki powoli znikało. W powietrzu była już ostatnia grupa skoczków i powoli zbierałem się do powrotu na spadochroniarnię, gdy nieoczekiwanie wydarzyła się mrożąca krew w żyłach scena. Jedno z pięciu światełek, które pojawiły się na czarnym niebie, zaczęło niepokojąco szybko spadać. Pomimo tego, iż pojawiło się jako ostatnie, po chwili znajdowało się już przy ziemi, podczas gdy pozostałe pozostały wysoko nad nim. Już po nim – pomyślałem. Większość obserwatorów natychmiast zaczęła biec w jego kierunku. Na miejscu okazało się, że naprawdę niewiele brakowało, aby był to jego ostatni skok. Tuż po skoku czasza spadochronu głównego nieprawidłowo się otworzyła. W wyniku błędu przy składaniu, przez środek czaszy przechodziły dwie linki, dzieląc ją na dwie części. Stworzył się klasyczny kalafior. Siła hamująca spadochronu dramatycznie się przez to zmniejszyła. Skoczka uratował fakt, że lądował na drzewach, których gałęzie nieco zamortyzowały upadek.

Miałem okazję przyjrzeć się mu następnego dnia. Poza siniakami i sporymi zadrapaniami nic poważniejszego się mu nie stało. Było to naprawdę niesamowite, gdy uwzględnimy fakt, iż spadał kilka razy szybciej, niż powinien. Najdziwniejsze było to, iż niezbyt przejmował się tym, że mógł zginąć. Martwił się natomiast mocno zniszczonym spadochronem.

Przy zdawaniu sprzętu po nocnych skokach zapanował chaos. Każdy rzucał spadochron, gdzie popadnie i chciał wychodzić. Dowódca również zachowywał się wyniośle i nie zamierzał zwrócić uwagi swoim podkomendnym. Dopiero groźba, iż nie podpiszę odbioru sprzętu, zadecydowała o zawołaniu wszystkich z powrotem, i zmuszeniem ich do przygotowania poszczególnych elementów do sprawdzenia. Tym razem braki były dużo bardziej dotkliwe, niż zazwyczaj. Nawet numery spadochronów nie pasowały, istny koszmar. Najgorzej sytuacja wyglądała wśród uchwytów wyzwalających. Brakowało co drugiego. Przy skoku emocje są tak wielkie, że zamiast po pociągnięciu za rączkę uchwytu trzymać go nadal w dłoni, machinalnie był wyrzucany. Do końca skoków zdążyłem zapisać dwa zeszyty i z wielką radością przyjąłem wiadomość o ich zakończeniu.

W dzień zakończenia skoków od razu urwałem się do domu na lewiznę. Wypróbowaną trasą zmierzałem w kierunku dziury w płocie, gdy zupełnie nieoczekiwanie zaczął biec w moim kierunku jakiś przepojeniec z pododdziału alarmowego. Najwyraźniej miał zamiar mnie zatrzymać. Nie zastanawiając się długo, zacząłem uciekać w kierunku wyjścia awaryjnego. Po dobiegnięciu na miejsce stwierdziłem z przerażeniem, że ktoś zaklajstrował to wyjście. Przepojeniec zbliżał się coraz bardziej, nie miałem więc innego wyboru jak przejść ponad ogrodzeniem, nad którym znajdował się drut kolczasty. Przy zeskakiwaniu na moje nieszczęście tyłkiem zawadziłem o drut i nieco rozdarłem spodnie. Kawałek materiału został na płocie. Z rozprutymi spodniami biegłem dalej w kierunku drogi. Dzikus zatrzymał się przy płocie i zadowalając się zdobyczą, w postaci kawałka materiału z moich spodni zaprzestał pościgu.

Gdy dojeżdżałem do domu, zorientowałem się, że w kieszeni mam klucze od magazynu ze spadochronami. No to klops. Miałem tylko nadzieję, że nikt nie będzie ich potrzebował. Oficjalnie byłem na stałce w Tomaszowie Mazowieckim, miałem więc jakieś alibi, ale gdyby komuś zależało, to mógłby sprawdzić, czy wróciłem w niedzielę wieczorem.

Tym razem jednak mi się upiekło. Nikt nie wnikał, gdzie jestem, nawet sierżant nie zadawał męczących pytań. Na kompanii czas płynął coraz przyjemniej. Dziadkom z trudem przychodziło wykonywanie wszystkich czynności, od których zdążyli już odwyknąć. Często przynosiliśmy im jedzenie i bimber, lecz już nie na zasadzie rozkazu, a prośby. Cały czas trzeba było mieć świadomość, że na trzy dni przed wyjściem do cywila odzyskają wszystkie falowe uprawnienia. Popijawy były już wspólne, panowała atmosfera koleżeńskości. Sprzątali też za nas już latawce, więc śmiało mogłem powiedzieć, że najgorszy okres udało mi się ściemnić. Fala na technicznej była wielka, ale mi szczęśliwie udawało się serfować po jej szczycie. Luzacką atmosferę zakłócały krzyki za ścianą, nocne alarmy i inne wynalazki, którymi zimole raczyli swoich młodych. Większość z nich zaczynała wyglądać jak kulturyści. Ilość pompek, które robili była naprawdę imponująca.

Stosując się do falowego zwyczaju, skrzyżowałem swoje bojówki w pozycji dolnej. Była to kolejna oznaka, że jednak kiedyś służba się skończy. Co prawda „Wąż” ze śmiechem stwierdził, że właściwie to nie powinienem nosić bojówek, gdyż na kompanię wpadam tylko po to, by się najeść i wyspać i, że nic innego mnie nie interesuje. Oczywiście przyznałem mu rację.

Prawdziwe oblicze ukazał również nowy szef kompanii, którego interesowało wyłącznie zagadnienie „czy dzisiaj da się coś wypić”? Często pojawiał się wieczorem na kompanii. Pewnego razu, co było zresztą nieuniknione, wpadł w sam środek imprezy. Popatrzyliśmy się ma niego i oczekiwaliśmy na jego reakcję. Początkowo chciał zarekwirować alkohol, robił groźne pozy i palnął mowę na temat trzeźwości.

– O co chodzi? Nie odpowiada panu towarzystwo? Sam pan chce to wszystko wypić? –Przerwał mu przemowę „A.A”. „Maniek” przynieś stołek dla pana chorążego, co będzie tak stał.

Po bardzo krótkiej i wyjątkowo słabej obronie dołączył do nas. Od tamtej pory bywał na imprezach dosyć częstym gościem. Potrafił puścić przelewem całą wypłatę, z czego korzystała cała kompania. Pewnego razu po wyjątkowo hucznej i obficie zakrapianej popijawie biedaczysko obudziło się w samych kalesonach na jednym z wozów. Buty, mundur, beret i pas wyparowały. Chorąży wytężał pamięć z całych sił, ale nie był w stanie sobie niczego z dnia poprzedniego przypomnieć. Wziął sobie jakiś mundur z magazynu i ewakuował się do domu. Tak się akurat złożyło, że tego dnia przypadła mi służba dyżurnego, a reszta kompanii miała służbę w pododdziale alarmowym. Kiedy przyszła pora na wydanie sprzętu nie miał kto tego zrobić, gdyż szef po wyjściu z kompanii zapadł się pod ziemię. Przyszedł porucznik „Chrobry”, który mocno niepocieszony zniknięciem chorążego zdecydował się na wyważenie drzwi. Otrzymałem polecenie pilnowania magazynu, dopóki nie sprowadzi kogoś, kto te drzwi z powrotem wstawi. Mimochodem spytał się mnie, czy jestem nowy, bo widzi mnie pierwszy raz (!), potwierdziłem. Do czasu, gdy drzwi zostały na nowo wstawione, chłopaki zdążyli się solidnie zaopiekować magazynem. Miałem w końcu okazję, by skompletować nieco mój plecak, ale towar był już tak przebrany, że za bardzo nie miałem co do niego włożyć. Szefo pojawił się po trzech dniach z jakimś tajemniczym zwolnieniem lekarskim. Jakież było jego zdziwienie, gdy spotkał na korytarzu, wracającego z lewizny „Komara” w stroju chorążego. Oczywiście ten obrócił to wszystko w żart i w ramach przeprosin poprosił go na półkę. Ten tylko jakby na to czekał. Trzeba przyznać, że takiej łajzy w wojsku jeszcze nie widziałem. Przynajmniej był nieszkodliwy.

Dariusz Maryan
  1. Odznaka mówiąca, że dany żołnierz oddał minimum pięć skoków.

Najpopularniejsze Powieści i opowiadania3. Gwałt27. Opowiadanie erotyczneNestor - Powieść minionych lat (rozdz. 1-7)1. Seks w pociągu pospiesznym2. Seks w pociągu osobowym
Najwyżej oceniane Powieści i opowiadaniaList do Ani z Zielonego WzgórzaHistoria pewnego zerwaniaGdzieś w ostatecznej krainie, część 39Rozdział 1. Witajcie kotySkąd wzięły się kolory na ziemi, czyli historia jak najbardziej prawdziwa
PrzewodnikiAlbaniaNepalPolskaRumunia
Najpopularniejsze zdjęcie w dzialePlaża w Ksamil (Albania)Najwyżej oceniane:Narodziny
Oceń zamieszczony obok artykuł.(Uwaga! Warto wcześniej się zalogować ponieważ głosy zarejestrowanych czytelników mają większą wagę.)
Login (jak do forum): Hasło (jak do forum): zapamiętaj mnie
Minister kazał, więc uprzejmie informujemy, że nasze strony wykorzystują pliki cookies (ciasteczka) i inne dziwne technologie m.in. w celach statystycznych. Jeśli Ci to przeszkadza, możesz je zablokować, zmieniając ustawienia swojej przeglądarki. Więcej informacji znajdziesz w artykule: Pliki cookies (ciasteczka) i podobne technologie.