zapraszamy do współpracy
Zapraszamy do współpracy
Powieści i opowiadania > Wspomnienia z koszar

Rozdział 7. Młodzi kontra starzy

Część druga. Jednostka Liniowa

Rozdział 6. Młodzi kontra starzy

Rozdział 6. Młodzi kontra starzyNa święta pojechałem do domu, w związku z czym o wyjeździe na Sylwestra mogłem zapomnieć. Gdy wróciłem, cała kompania oczekiwała przyjścia młodych jesionków. Mieli pojawić się lada chwila. Byłem bardzo ciekawy, kto też do nas dołączył. Wyrwałem się trochę wcześniej ze spadochroniarni i udałem się na kompanie. Tam jednak jeszcze ich nie było. W pokoju panował spory rozgardiasz. Suchar golił maszynką Komara, zostawiając mu gdzieniegdzie fragmenty czupryny. Po skończonym strzyżeniu wyglądał zupełnie jak Fanta, którego kiedyś podczas snu, ostrzygli à la Picasso. Po chwili do pokoju wpadł zziajany Maniek z paczką chipsów. Ciekawe komu ją zakosił? W całym pokoju stołki i wozy były powywracane. A niektórzy wyglądali jakby dopiero co zeszli z ringu bokserskiego. Wszystko to zostało obmyślone jako scenografia powitalna dla nowych gości. W chwili ich wejścia większość osób miała się ze sobą bić. A stołki i elementy ponownie spiętrowanych wozów miały latać po pokoju. Muszę przyznać, że ja na coś takiego bym nie wpadł.

Jesiony pojawiły się w południe. Było ich sześciu. Ich przerażone miny, na widok tego, co się dzieje w pokoju, rozweseliły kilka osób. Po chwili całe przedstawienie dobiegło końca. Młodzi ustawili się w szeregu. Zaczęliśmy ich przepytywać: skąd są, jak się nazywają i gdzie mają przydział. Okazało się, że jeden z nich miał służyć na spadochroniarni. Nim podstawowe przesłuchanie dobiegło końca, na kompanii zadzwonił telefon. Dzwonił Spokojny i kazał natychmiast mi wracać na spadochroniarnię, gdyż jest jakaś pilna robota. Cóż było robić, wziąłem „Luisa” ze sobą i udaliśmy się w drogę. Po drodze wypytywałem go o różne rzeczy. Pochodził ze Skierniewic i na pierwszy rzut oka wydawał się dość sympatyczny. Ja z kolei powiedziałem mu o niektórych zwyczajach panujących w jednostce. Dla mnie był członkiem naszej małej grupki ze spadochroniarni, a nie kotem. Oznajmiłem mu, że tak długo jak będzie przebywał poza kompanią, nie musi się niczego obawiać. Będzie miał na spadochroniarni taki sam azyl, jaki i ja miałem. Na kompanii natomiast nie będzie mógł liczyć na moją pomoc, gdyż oszczędzanie jednej osoby wpływałoby demoralizująco na innych. Uprzedziłem go, że na pokaz nie raz będzie przepompowany, i że inne dziadki też dadzą mu się odczuć. Wydawał się wszystko rozumieć.

Po wyjściu ze spadochroniarni i zjedzeniu obiadu. Zabrałem go do miasteczka. Trzeba było się przecież zaopatrzyć w niezbędne płyny na dzisiejszą imprezę. Przy okazji pokazałem mu, gdzie mieszka sierżant, tak na wszelki wypadek. Po zaopatrzeniu się we wszystko co trzeba, ruszyliśmy w drogę powrotną na kompanie. Młodzi szorowali podłogę, latawce chodzili wokół nich jak prawdziwi nadzorcy, a wiosna wraz z siedzącymi już niemal na walizkach zimolami zgromadziła się wokół dwóch wozów ustawionych przy oknie. Gościnnie przyszli również kumple, którzy zostali przeniesieni na drugą techniczną. Tak więc osób było co niemiara.

Tym razem pilnowałem się, by nie przeholować i po jakimś czasie co drugą kolejkę opuszczałem. W międzyczasie jesiony były intensywnie przepytywane w kwestiach falowych. Początkowo nie potrafili załapać sedna sprawy, co okupili znaczną ilością pompek. Z czasem szło im już dużo lepiej. Przed capstrzykiem każdy z nich musiał się wypowiedzieć, jaką drogę wybiera. Zostali oczywiście wcześniej rzetelnie poinformowani o tym, co się za daną opcją kryje. Wszyscy wybrali drogę falową. Aby tradycji stało się za dość, ścielenie wozów nie zajęło im zbyt wiele czasu. Jakież mieli nieszczęśliwe miny, gdy kładli się na sprężynach. Ze względu na zimową porę okna były zamknięte i mogli spać w dresach. Dla nich pewnie była to marna pociecha.

Przez następne dni głównym zmartwieniem jesionów było to czy pojadą do domu na Sylwestra. Wszystko jednak wskazywało na to, że nie. Młodzi przez te pierwsze dni mieli mocno nietęgie miny. Często zbierali się w grupki i o czymś zaciekle dyskutowali. „Luis” miał zupełnie inne nastawienie niż pozostali. Można było powiedzieć, że był moim agentem. Relacjonował mi wszystko, o czym tam między sobą szepcą. Po pewnym czasie na jego widok milkli lub zmieniali temat rozmowy. Młodzi byli mocno doceniani podczas rejonów, nie brakowało ni piany, ni piachu (choć był grudzień). Po rejonach zaliczali kursy do miasteczka, trenowali sprawność fizyczną i przynosili posiłki. Ja jednak w większości przypadków wolałem osobiście zjawić się na stołówce. Nigdy nie wiadomo, co młodzi mogą domieszać do surówki czy zupy. To, co nasza fala dodawała, było raczej mało apetyczne. Poza standardowymi czynnościami trenowali również jazdę na starze, gaśnicy, czy materacu. Mieli też kilka alarmów nietoperza. Każdorazowo, gdy wychodzili na miasto, musieli się pytać o zgodę. W międzyczasie przyswajali sobie również wierszyki.

W przeddzień Sylwestra dowiedziałem się, że ostatniego dnia roku będę podoficerem dyżurnym. Nadto miałem być jedynym przedstawicielem wiosny na kompanii w tym i następnym dniu. „Luis” zaczął przynosić niepokojące wieści. Podobno koty miały bardzo mocne plecy i planowali napuścić na naszą kompanię jakąś kontrolę. Ponadto planowali poskarżyć się dowódcy, że są źle traktowani. Nie gorzej niż my czy latawce – pomyślałem.

Przyszedł Sylwester. O odpowiedniej godzinie wyszedłem na apel. Oficer dyżurny stwierdził, że z powodu wyjątkowość dnia, w którym przyszło nam pełnić służbę, musimy zachować szczególna rozwagę. Przestrzegł przed nadmiernym spożywaniem alkoholu. Po apelu pozostało mi tylko wypełnić kompanijną książkę i oczekiwać na przyjazd „Junkersa”, który miał przywieźć z Tomaszowa Mazowieckiego zapasy szampana i wina. Na kompanii mieliśmy już zabunkrowany standardowy alkohol. Młodzi mieli wyjątkowo pewne miny. Przeczuwałem, że w powietrzu coś wisi. Mimo to zarządziłem rejony w pełnej skali z pianą.

Po godzinie niespodziewanie na kompanię wpadł porucznik „Zły”. Wykorzystał moment, w którym „Chrobrego” nie było w pobliżu. Momentalnie kazał zwołać zbiórkę na korytarzu. Po odliczeniu stanu przystąpił do rewizji pokoju. Po paru minutach z dumnie podniesioną głową wyszedł na korytarz z trzema butelkami wódki. Po chwili zadał pytanie, do kogo one należą. Okazało się, że owe butelki nie miały właściciela i nikt nie miał zielonego pojęcia jak się tam dostały. „Zły” uznał to za złą odpowiedź i w nagrodę ja, jako podoficer dostałem następną nadplanową służbę ekstra. Niestety na tym się nie skończyło. Gdy porucznik miał już końcu się oddalić, na kompanie dumnym krokiem wkroczył „Junkers” z całą torbą trunków. Śledztwo zaczęło się od nowa. Dociekał, dla kogo owe trunki były przeznaczone, kto sponsorował itd. Wyraźnie chciał usłyszeć coś obciążającego moją osobę. Wytłumaczenie, że są to szampany kupione za pieniądze wszystkich tu zgromadzonych i przeznaczone do wspólnego wypicia, rozwścieczyło go jeszcze bardziej. Był naprawdę wyjątkowo agresywnie nastawiony. Zarekwirował wszystkie butelki i kazał mi iść razem z nim do pobliskiego wysypiska. Tam, co do jednej wytłukłem pod jego nadzorem wszystkie nasze zapasy. Po powrocie na kompanię ponownie musiałem zarządzić zbiórkę. Decyzją „Złego” jesiony miały poprawić jakość porządków w pokoju, a latawce, wraz ze mną miały za zadanie obiegnąć dwadzieścia razy plac apelowy. Po powrocie na kompanie byłem wściekły. Wiedziałem, że to wszystko jest dziełem młodych. Postanowiłem, że capstrzyk odbędzie się zgodnie ze sztuką i o dziesiątej zgasiłem im światło i zapowiedziałem, że dla nich żadnego sylwestra już nie będzie. Kazałem „Łosiowi” pilnować biurka i wraz z grupką latawców udałem się na drugą techniczną. Tam na szczęście nie mieli rewizji i mogliśmy w spokoju świętować nowy rok.

Następnego dnia przeżyłem dwa naloty porucznika i jeden oficera dyżurnego. Młodzi wypowiedzieli starym otwartą wojnę.

Po nowym roku zaczęli ściągać kumple, których informowałem, co się święci. Postanowiliśmy przystąpić do kontrataku. Nie można było pozwolić, aby koty dyktowały warunki. W mig cała jednostka dowiedziała się, że mamy na kompanii kilku grzbietów. „Mój” młody traktowany był oddzielnie. Jako jedyny na nic się nie skarżył. Na efekty nie trzeba było długo czekać. Gdziekolwiek się pojawili, byli traktowani łagodnie mówiąc nieprzychylnie. Kilka razy musieli ratować się natychmiastową ucieczką, by nie zebrać twarzowego. Raz musiałem ratować „Luisa”, którego goniła grupka dziesięciu kabuzów, z wyraźnie złymi zamiarami. Młodzi zaczęli notorycznie i z żelazną konsekwencją na nas donosić. Skargi, które składali u „Chrobrego” nie były dla nas jednak większym zagrożeniem. Koty postanowiły odwiedzać więc oficera dyżurnego. Byli u niego kilka razy dziennie. Nasz człowiek w sztabie powiedział nam, że zdążyli donieść o tym, że musieli spać na sprężynach, dzielić się jednym obiadem na dwóch, nadmiernym wykorzystywaniem przy porządkach. Opowiadali ponadto o kursach do sierżanta, alarmach i wielu innych rzeczach. Część zarzutów było absurdalnych, ale dla nich nie miało to już znaczenia. „Maniek” został na przykład oskarżony o to, że dziwnie się na nich patrzy. Sytuacja zaczęła się robić naprawdę napięta.

W środę do cywila wychodziły zimole. Byli oni podwójnie szczęśliwi. Nie dość, że byli już wolni, to opuszczali jednostkę w chwili coraz ostrzej zarysowującego się konfliktu i upadku falowego systemu. Tego dnia na kompanii zjawili się wszyscy przedstawiciele wiosny. Na popijawę wpadł również szefo. Po kilku kieliszkach w stronę jesionów popłynęły ostre słowa kumpli z drugiej technicznej. My już woleliśmy się nie odzywać. W pewnym momencie nagle do ubikacji musiał iść jeden z jesionów. Moim zdaniem ich przywódca (mieszkał w miasteczku wojskowym obok jednostki!). Po jego wyjściu przestaliśmy zwracać na niego uwagę. Za niecały kwadrans dostaliśmy przeciek, że młody poleciał nas zakapować, że pijemy na kompanii i w dodatku towarzyszy nam szef. Ponadto lada chwila można było się spodziewać wizyty oficera dyżurnego i wyjazdu na badanie alkometrem. Na kompanii zapanowała konsternacja. „Spirytus” nie namyślając się długo, wyjął szpoczka z octem i pociągnął dwa duże łyki. Po chwili pojawił się porucznik i rozkazał, by za pięć minut szef kompanii wraz z pięcioma żołnierzami, stawili się przed budynkiem. „Homara” (jesiona przedłużacza) z nim na szczęście nie było. Dzięki temu mogliśmy na szybko zwerbować pięciu trzeźwych żołnierzy z innych kompanii, którzy pojechali razem z chorążym. Po trzydziestu minutach byli z powrotem. Żołnierze dostali za udzieloną pomoc flaszkę. Chorąży triumfalnie wkroczył na kompanie z dwiema butelkami wody święconej. Na alkometrze nic mu nie wykazało. Numer z octem się więc powiódł. Do późnych godzin wieczornych, żaden kot już z pokoju nie wyszedł. „Luis” stojący przy biurku miał alarmować nas, gdy tylko ktoś niepożądany by się zbliżał. Akcja była bardzo zaskakująca. Szef zobaczył na własne oczy, o co tu chodzi. Sytuacji tej nie można było już ani chwili dłużej tolerować. „Luisowi” udało się dowiedzieć, że młodzi planują jeszcze bardziej zmasowany atak. Za ich pewną postawą stała mocna pozycja ich rodziców w armii. Uznali, że po co mają się przemęczać, skoro tatuś generał może sprawić, że nie będą musieli nic robić i w każdej chwili może pośpieszyć synkowi z pomocą.

Następnego dnia na zbiórce kompanii dowiedzieliśmy się, że wprowadza się od zaraz dwudziestocztero godzinny nadzór kadry nad kompanią. Oznaczało to, że razem z nami mieli spać również, zmieniający się codziennie żołnierze zawodowi. Kadra była bardzo nieszczęśliwa z tej decyzji, ale nic nie mogła zrobić. Po dwóch dniach takiego wspólnego przebywania nadszedł moment, w którym powiedzieliśmy stop! Naszą odpowiedzią była próba pozbycia się jesionów z jednostki. „Chrobry” i inni oficerowie również mieli ich już serdecznie dość. Młodzi zatruwali życie nie tylko nam. Porucznik wystarał się więc o przeniesienie ich do jednostki w L.W. Decyzję potwierdził oficer sztabowi kapitan „Rambo”. Teraz przyszła kolej na szefa, który pierwszy raz, od kiedy go znam, wykazał się ogromna wolą pracy i załatwił obiegówki, zaprowiantowanie i wszelkie inne niezbędne do przeniesienia rzeczy w kilka godzin! Normalnie robiłby to ze dwa dni. Cała kadra była po naszej stronie. Gdy w piątek po południu piątka jesionów opuszczała jednostkę całą kompanie opanowała euforia. Trzeba to było oczywiście oblać. Zwycięstwo wydawało się całkowite. Z młodych pozostał jedynie „Luis”, który jednak oświadczył, że to wszystko, co mówili tamci, było wyolbrzymione i w większości nieprawdziwe. Oznajmił też, że nie czuje się zagrożony. Nadzór został więc ku radości kadry odwołany.

Po raz pierwszy od kilku dni odzyskałem dobry humor. Niestety następnego dnia nastąpiła rzecz straszna. W jednostce pojawiły się ponownie nasze jesiony! Okazało się, że mieli na tyle mocne plecy, że nawet połączone siły naszej kadry były niewystarczające, by się ich pozbyć. Tego dnia na spadochroniarni sierżant wysłuchawszy na jakiejś zbiórce złych rzeczy na mój temat, postanowił nie podpisywać mi przez miesiąc żadnej przepustki. Niestety na tym się nie skończyło, skargi na nasz pobór zaczęły się notorycznie powtarzać. Młodzi poczuli się na tyle mocni, że postanowili rozbić naszą kompanie. Spali w osobnym pokoju. „Luis” poczuł się, jakby przebywał na wrogim terytorium. Ze sztabu dochodziły przecieki, że została sporządzona lista z zarzutami pod naszym adresem.

W końcu zostaliśmy wezwani (cały wiosenny pobór), wraz z porucznikiem przed oblicze samego generała. Rozmowa była dość jednostajna. Przeważał oskarżający monolog dowódcy jednostki. Porucznik zachował się w porządku, próbował nas bronić. Na niewiele się to jednak zdało i wszyscy otrzymaliśmy nagany z zapowiedzią, że stosowne kroki zostaną dopiero powzięte. Z takimi przeciwnikami nie można było walczyć. Ponownie całą parą ruszyły poranne zaprawy, które prowadzili żołnierze nadterminowi. Musieliśmy w nich uczestniczyć wszyscy, bez wyjątku.

Całodobowy nadzór nad kompanią został odwołany. Kadra miała jednak polecenie bardzo częstego kontrolowania żołnierzy. Atmosfera stawała się powoli nie do zniesienia. Zarówno na spadochroniarni, jak i na kompanii.

Wieczorem chwilę rozrywki zapewniło wyświetlenie pierwszego odcinka „Kawalerii Powietrznej”. Nie ma co, ubawiliśmy się serdecznie. Po pierwszym odcinku rozgorzała wielka publiczna dyskusja, na temat rygoru w wojsku. Ludzie odkryli Amerykę. Krytyka była tak wielka, że planowano nawet zawieszenie dalszej emisji. Opinia publiczna była oburzona, na słownictwo pojawiające się w filmie i na sposób traktowania szeregowych przez kaprali. Przypuszczam, że gdyby nakręcili kilka odcinków pod tytułem: „Zajęcia po godzinach na kompanii Technicznej”, to panika byłaby dużo większa (hi, hi).

Nazajutrz po rozmowie z generałem zaczęły dochodzić do mnie informacje o moim ewentualnym przeniesieniu do innej jednostki. Dla pozostałych też szykowali niespodzianki.

Na spadochroniarnię powrócił po półrocznym szkoleniu językowym porucznik Z. Składałem właśnie spadochron, gdy wbiegł zdyszany sierżant. Znowu musieli mu coś naopowiadać na zbiórce, gdyż był mocno nieprzychylnie do mnie nastawiony. Gdy zobaczył siedzącego porucznika, powiedział, że zamierza mnie wykluczyć ze służby wysokościowo-ratowniczej. Osobiście, aż tak tym się nie przejąłem, gdyż przeniesienie wisiało w powietrzu.

Następnego dnia nastąpił sądny dzień. Zaraz po śniadaniu dotarła do mnie informacja, żebym zgłosił się do szefa kompanii, w sprawie przeniesienia do jednostki w L.W. Obrzuciwszy zabójczym spojrzeniem sierżanta, udałem się na kompanie. Szef potwierdził tę informację. Był nieco przybity, że to ja, a nie jesiony opuszczam jednostkę. Jednak tym razem przygotowywał wszystkie niezbędne formalności w tempie żółwia. Po obiedzie stało się jasne, że tego dnia nie zdążę opuścić jednostki. Szef skutecznie się o to postarał. Dzięki temu pomimo groźby nalotu można było urządzić pożegnalną popijawę. W niczym ona jednak nie przypominała wcześniejszych. Humor miałem raczej kiepski, a i reszta kolegów nie miała zbyt wielkich powodów do radości. Oznajmiono im bowiem, że od następnego tygodnia będą razem z latawcami regularnie co dwadzieścia cztery godziny na przemian z kabuzami pełnić warty.

Następnego dnia, już od samego rana ruszyły dalsze przygotowania. Największym problemem było wyposażenie mojego plecaka, który poza szelkami zawierał jedynie powietrze. Szef zamknął mnie w magazynie na dziesięć minut, bym jakoś skompletował, co mi potrzeba. Jednak po wyjściu zimoli nie było to takie proste. Na kilkanaście osób na kompanii w szatni znajdowała się tylko jedna peleryna! Ostatecznie udało mi się jednak pozbierać wszystkie niezbędne rzeczy. Następnie udałem się po raz ostatni na spadochroniarnię po ubrania cywilne i kilka drobiazgów. Obciążony tymi tobołami poszedłem z sierżantem do magazynu po prowiant na drogę. Tam wręczono mi bochenek chleba, kilka konserw i trochę owoców. Dodali również dwa soki. Upchałem to wszystko do plecaka i skierowałem się po raz ostatni na kompanie. Tam pożegnałem się z kolegami i po otrzymaniu rozkazu wyjazdu, udałem się w kierunku biura przepustek. Plecak z sortami mundurowymi, rzeczy cywilne i prowiant ważyły chyba z tonę.

Po chwili byłem już po drugiej stronie bramy bez możliwości powrotu. No pięknie, co teraz? Miałem tylko mgliste pojęcie, gdzie owa jednostka się znajduje. Najprecyzyjniejsze wskazówki mówiły: „Kieruj się na Łęczyce, a dalej to ci już powiedzą”. Wszystko fajnie, ale była godzina druga po południu, spory mróz, a ja przed północą miałem się zameldować w tamtejszym biurze przepustek.

Zawsze wyobrażałem sobie moment, w którym będę opuszczał tę jednostkę na stałe. Ale ani razu do głowy mi nie przyszło, że odbędzie się to tak szybko i w takich okolicznościach. Rozmyślania przerwał mi hałas nadjeżdżającego autobusu. Czas w drogę, a co będzie, zobaczymy!

Dariusz Maryan
Najpopularniejsze Powieści i opowiadania3. Gwałt27. Opowiadanie erotyczneNestor - Powieść minionych lat (rozdz. 1-7)1. Seks w pociągu pospiesznym2. Seks w pociągu osobowym
Najwyżej oceniane Powieści i opowiadaniaList do Ani z Zielonego WzgórzaHistoria pewnego zerwaniaGdzieś w ostatecznej krainie, część 39Rozdział 1. Witajcie kotySkąd wzięły się kolory na ziemi, czyli historia jak najbardziej prawdziwa
PrzewodnikiAlbaniaNepalPolskaRumunia
Najpopularniejsze zdjęcie w dzialePlaża w Ksamil (Albania)Najwyżej oceniane:Narodziny
Oceń zamieszczony obok artykuł.(Uwaga! Warto wcześniej się zalogować ponieważ głosy zarejestrowanych czytelników mają większą wagę.)
Login (jak do forum): Hasło (jak do forum): zapamiętaj mnie
Minister kazał, więc uprzejmie informujemy, że nasze strony wykorzystują pliki cookies (ciasteczka) i inne dziwne technologie m.in. w celach statystycznych. Jeśli Ci to przeszkadza, możesz je zablokować, zmieniając ustawienia swojej przeglądarki. Więcej informacji znajdziesz w artykule: Pliki cookies (ciasteczka) i podobne technologie.