zapraszamy do współpracy
Zapraszamy do współpracy
Recenzje

„Patrząc z Bretanii: Wiersze w przekładach Kazimierza Brakonieckiego” – Paol Keineg, Jean-Claude Caër, Bruno Geneste

Patrząc z BretaniiPaol Keineg zapewne czytał swoją poezję na jednym ze spotkań autorskich w Polsce. Czy olsztynianie mieli przyjemność usłyszeć z jego ust (zna polski? tłumaczył Kazimierz Brakoniecki?) któryś z trzech utworów zawartych w zbiorze „Patrząc z Bretanii”? Ciekawość ogarnia mnie ogromna, wyobraźnia doskwiera jak sierpniowy rodyjski upał, byle tylko przekonać się jak wersy „Wypraw latem”, albo „Dziennika pieszej podróży zimą wzdłuż południowego wybrzeża rade de Brest”, złożone z co najmniej kilkunastu, a w większości dwudziestu dwóch, trzech sylab brzmią głosem autora, poety, lektora, tłumacza. Jaka jest intonacja, jakiż tembr, gdzie gubi się interpunkcja i gdzie czas na zaczerpnięcie oddechu?

Morze Celtyckie wcale nie stanowi muru, ochronnej granicy, krainy łagodności przed wiatrami Atlantyku, docierającymi do Parc naturel régional d'Armorique. Na wschodniej granicy Parku wśród ruin St-Koñval, a potem gdzieś pod Brestem z niewidocznym stamtąd Lanvéoc, choćby wytężając wzrok w południowego wybrzeża, Keineg buduje namioty z Flaubertem, Proustem, Keithem Waldropem, chociaż tego ostatniego podpierając piórem, bądź tworząc z jego poezji ochronę dla klawiatury laptopa przed wzbijanym wiatrem bretońskim piaskiem, chyba że akurat wznoszę toast czerwonym winem na cześć Yuana Mei1, chińskiego literati i wenrena w Prioldi w kilkunastotysięcznym Lannion. W innym całkiem miejscu, gdzie być może spocznie w grobie z napisem He Loved Potatoes, pod górskimi szczytami, jak sam pisze dla samotnych2, gdzieś tam w gminie Dineol, w departamencie Finistère, tym razem nie z kielichem wina, ale filiżanką kawy w ręku stawiając książkowe namioty z amerykańskimi poetami: nagrodzonym Pulitzerem Georgiem Oppenem i Robertem Creeleyem.

Konstrukcja tych zdawałoby się przydługich zgłoskowców, ledwie mieszczących się na szerokości strony wydania, nie jest nużąca, lecz również nie tworzy poetyckiej fabuły. Zastosowanie interpunkcji przez Keinega jest jego tajemnicą i pozostaje nierozwiązana dla profana. Jednakże ten profan, być może pod wrażeniem wplecionego w tekst jednego z utworów nazwiska literati Mei'a, dostrzega drobiazgi, skrót myśli, ów błysk pomiędzy spojrzeniem – myślą – kilkoma słowami i widzi w tym ukryte bretońskie haiku zamknięte w jednym wersie: W niskich domach nie znajdziesz małych ludzi (Wyprawy latem)3, Na tej skale spoczywa w spokoju czerwona chusteczka (Dziennik pieszej podróży zimą wzdłuż południowego wybrzeża rade de Brest)4. Filozoficzne sentencje, chciałoby się, być może na wyrost, rzec. Ale Keineg patrzy na Bretanię z Bretanii. Wydaje się oczywiste, że nie sprawia mu trudności znalezienie w dwudziesto- i dwudziestopierwszo-wiecznej Bretanii archetypów najgłębszego własnego dzieciństwa, zapamiętanego z lat tuż powojennych. Czy uświęca krainę megalitów? Maluje obraz wsi? Próbuje stworzyć poetycki mit pomiędzy Kerroland a Pen Hir Point, w którym kobieta przynosi chleb, mężczyzna wino5, śpiewa drozd, gruchają turkawki, motyle i pasikoniki, ślimaki i pająki towarzyszą spacerom i czytaniu, podobnie jak psy, koty, a Opis jednej muchy na szybie zająłby co najmniej wiele stron6. Traktor, betoniarka, dźwig, transformatory wcale nie są dowodami na współczesność. Podobnie jak telewizory, które w jakimś sensie wpisują się w koloryt wsi, jak odwieczne ujadanie psa łańcuchowego. Być może dlatego, że poeta, zwraca się do czytelnika słowami Horacego, nie pochwalając perskiego (europejskiego? amerykańskiego? współczesnego?) zbytku. Ganiąc za odwracanie się od poezji, historii, kogutów, kasztanowców i spacerów bretońskim wybrzeżem.

W trzecim i ostatnim swoim wierszu z tomiku Patrząc z Bretanii Keineg powraca. Znowu przeplata pierwszoosobowy podmiot liryczny z drugą osobą liczby pojedynczej. Wszakże w Powrocie do Bretanii odnosi się wrażenie, że poeta zwraca się sam do siebie. Ten utwór przybiera formę podobną nieco do poematu. Składa się z oddzielonych od siebie części po cztery strofy, z których każda jest cztero-wersowa. Ewidentnie artystę dopada nostalgia, smutek, pewien rodzaj żalu. Raczej nie jest związany ze zmianami cywilizacyjnymi, chociaż pisze:

Weźcie pod uwagę, że rewolucję w rolnictwie ocenia się wielkością tutejszych odorów,7

Bardziej rzecz w dostrzeganiu starości, śmierci i to nie tylko ludzi, ale również przyrody. Tutaj o Creeleyu i Hawksie Keineg pisze, że już nie tylko ich czyta. Teraz wspomina, że nie żyją. Trzecia część utworu poświęcona jest pamięci poetce bretońskiej Anjeli Duval. W czterech strofach pojawia się strach, stara kobieta, znikanie i śmierć... W kolejnych fragmentach Powrotu do Bretanii więcej jest szczurów, cmentarzy, martwoty, umarłych, zagazowanych Żydów, zysku, wygnania niż zachwytu przyrodą. Nawet krowy sikają bez wiejskiego wdzięku, a jagnięta nie skaczą radośnie po łące.

Poeta przypomina sobie dziecięce pytania zadawane w wieku siedmiu lat. Twierdzi, że nie jest filozofem, maluje tylko obrazy, jest chory, ma sześćdziesiąt sześć lat i spędził całe życie w książkach zamiast... W istocie nie wiadomo, bo on sam zaledwie pojmuje, że śmierć naprawdę istnieje.8

Jean-Claude Caër jest równolatkiem tłumacza Kazimierza Brakonieckiego. Rocznik pięćdziesiąty drugi, tyle że marzec, a nie grudzień. Podróżnik. Jak pisze w notce biograficznej tłumacz, Caër uprawia tak zwany reportaż poetycki. Intrygująca to rzecz, jeśli tego gatunku przykładem jest W drodze do Haida Gwaii. Autor wyjaśnia tę nazwę następująco: dosłownie Wyspa Ludu; dawniej Queen Charlotte Islands, Wyspy Królowej Charlotty9. Czternastostronicowy utwór ma wydźwięk nieco antropologiczny, etnologiczny, kulturowy. Wpisuje się w poczucie winy Amerykanów i Europejczyków, którzy po okresie przerażającego wyzysku kolonizacyjnego i zniszczenia rdzennych populacji (zwyczaje, obrzędy, języki, architektura, sztuka użytkowa i artystyczna, wierzenia) próbują na gruncie kultury (literatury, filmu i jak widać poezji) nie tyle zrekompensować zniszczenia, ale, mam dziwne wrażenie któryś raz z kolei, pokazać równowagę świata, umniejszyć trochę rolę tak zwanej cywilizacji, której jednym z najokropniejszych przedstawicieli – symboli był Kurtz, bohater Jądra ciemności, powieści Jospeha Conrada dziejącej się w Kongu Belgijskim. Brak mi porównania poetyckiego do utworu Caëra. Ale taką smutną i jednocześnie zatrważającą poetykę odnajduję chociażby w książce Ishi: Człowiek dwóch światów Theodore Kroeber, z filmów zaś w okrutnym przecież Człowieku zwanym koniem. Być może wpisuje się w podobny schemat książka Johna G. Neihardta Czarny Łoś: Opowieść indiańskiego szamana. Wszystkie z podanych przykładów pozbawione są patosu i bezrefleksyjnego etosu przedstawicieli ludów, których albo nie ma, bądź pozbawione zostały (brakuje słów) – wszystkiego. Poniekąd nic dziwnego, autorami są etnografowie i antropolodzy, w przedziwnym sensie tacy Thoreau, lecz żyjący nie samotnie w lesie, ale wśród artefaktów kultur z naszego punktu widzenia prymitywnych.

Ishiemu (bodajże jego imię znaczy Człowiek zapewniono mieszkanie w muzeum. Jean-Claude Caër wybrał się w podróż na Wyspę Ludów. Już nie francuską, ale kanadyjską. Przemierzał swoiste muzeum totemów i słyszał języki dwóch indiańskich plemion, którymi posługuje się obecnie jedynie około dwustu i dwóch tysięcy mieszkańców. I proszę bardzo, najpierw, po tytule całej wystawy dotyczącej plemion Haida i Kwakiutl, mamy krótki opis części pierwszej noszącej nazwę Duchy widzialne. Jedynie 16 linijek tekstu, lecz w nich mnóstwo informacji, nazwisk i nazw. Na końcu, chociaż i tak całość brzmi jak epitafium na grobie umarłego świata, poeta-podróżnik pyta się siebie, dlaczego właśnie kazanie, requiem? Przeżywa obrazy śmierci w każdym kolejnym epitafium, choć robi to za pomocą wyliczenia. Dopada go wrażenie starzenia, pewnie żalu i opuszczenia. Moc, która pozwala na dalsze zwiedzanie, to świadomość, że czeka nań w Paryżu ona (matka? żona? kochanka?). Z jednej strony poeta CHCE! być tutaj, zobaczyć, ujrzeć, być w drodze. Z drugiej, pisze o smutku, gdyby ona nie czuwała.

Totem poles, pole totemów, sala totemów, totemowisko – przez nie płynie poeta z przygnębiającymi co kilka wersów frazami. Kruk powraca już nie jako obiektywnie literacki symbol śmierci, pustkowia, grozy opuszczenia; jest imieniem Tego, Który Odszedł, ale wciąż odczuwa się tutaj Jego moc, duchowość, prawie że fizyczną obecność. Podobnie jak delikatny plusk wioseł indiańskich kanoe. Wszędzie, gdzie był, co oglądał Caër w tej części, pada deszcz. Nie można pozbyć się wrażenia obrazu, w którym to mniej lub bardziej rzęsisty deszcz i całodniowy półmrok zastąpiły symbolikę czarnego zwiastuna śmierci i rozpadu. Tyle że całość zamyka się w jakimś nieprawdopodobnym poetyckim audiendi sensus. Mimo mnogości obrazów, przesuwających się postaci, tytułów dzieł literackich i poetyckich, kanoe i statek wielorybniczy płyną cichuteńko, a każdy odgłos jest w tej zawiesinie deszczu i mgły (wilgoci? oparów?) wybuchem. Nie skąpi ich poeta. Jego zmysł jest wyczulony i na odgłosy przyrody, i na współczesnej cywilizacji. Od krzyków mew po warkot aut. Nieprawdopodobny smutek zawarty w Totem poles podpiera wspomnieniem Pod wulkanem Lowry'ego. Jednej z najbardziej depresyjnych powieści brytyjskich. Sam Caër własne zgnębienie kończy wybuchem samotności i tęsknoty:

zgrzyt kluczy w drzwiach hotelu, tak blisko i daleko zarazem, kiedy ty wstajesz, ja właśnie zasypiam10.

Kruk i pierwsi mężczyźni Reida, artysty Indian Haida pracującego w wielu dziedzinach sztuki, jest przewodnim tematem części ostatniej utworu Caëra. Sama rzeźba na zdjęciach z Wikipedii wydaje się olbrzymia, sprawia wrażenie górującego symbolu nad całą Kanadą jak kamienne budowle Majów, Azteków, Inków. W rzeczywistości w muzeum w Vancouverze nie prezentuje się megalitycznie. Ale, ale! Czyżby Caër nie doszukiwał się właśnie porównań z Reidem, indiańskim artystą, przedstawicielem prawie wymarłego plemienia?

Przybyłem tutaj z Finistère Nord, znad wybrzeża i plaż Keremma i Mèan, syn rodów Caër, Mazè, Palaud, Maguèrez i Paugam, mówiący językiem, który i tak zaniknie;11

Zatem z krainy, która odejdzie, z wybrzeża, o którym będzie się mówiło kiedyś, jak pisze poeta o miejscu, w którym właśnie się znajduje:

Jutro pójdę na plażę, do której docierają wały fal aż z Japonii12.

Do plaż Bretanii też docierają jakieś fale. W lasach, chyba jednak nie deszczowych, również chce się dotykać mchu, artyści zaś, którzy odeszli jak Reid, choć nie zapamiętani z imienia, przydomku czy rodu, zostawili symbole początku bretońskiego świata: menhiry. Poeta widzi w Kruku indiański, prekanadyjski, przedkolonizacyjny menhir? A może tych kilkanaście strof jest pytaniem o przyszłość Bretanii? Jakieś nieskonkretyzowana obawa o odchodzącą kulturę, która rozproszona jest po lasach, łąkach, polach, miasteczkach, plażach? Gdzieś przewija się pytanie o rolę muzeum? Poszukiwanie nie tyle własnej etniczności, lecz człowieka-artysty-symbolu jakim dla indiańskiej Kanady jest Bill Reid i jego „Kruk” w Muzeum Antropologicznym na Uniwersytecie w Vancouverze w Kolumbii Brytyjskiej? Jest delikatna, prawie niedostrzegalna nić w tym zbyt łatwo przechodzącym wierszowaniu od Kanady do Bretanii. Bo w ostatniej części Caër nieco już zapomina o Paryżu. Owo A propos z podtytułu to bez wątpienia odniesienie, związek, przyczynek co do antropologii Bretanii. Tutaj wyjaśnia się w końcu miejsce poety w zbiorze Patrząc z Bretanii, jego miejsce pośród poetów piszących o Bretanii bezpośrednio. Keineg i Geneste znajdują się w na miejscu, piszą z plaż, miasteczek, wsi, przy biurkach wrośniętych w piętnastowieczne księstwo Bretanii. Caër patrzy i z Bretanii, i na Bretanię, z duszą rozdartą czternastoma godzinami lotu samolotem. (...) po co szukam tych zaginionych totemów, ocalonych na biało-czarnych zdjęciach13, dziedzictwa, ojca czytającego gazetę po niemiecku, walijskiego Taliesina? Nie odpowiada. Porzuca wyprawę na wydmy, skąd widać Alaskę i wraca do niej, do matki.

Niecałe siedem lat temu Bruno Geneste był na Warmii i Mazurach. Tak pisze w notatce o nim Kazimierz Brakoniecki. Dodaje, że Geneste sięga do geopoetyki, nomadyzmu kulturowego jako punktu spotkań idei z celtycką przestrzenią. Czytając siedem przedstawionych w zbiorze wierszy widać, że i tematyka, i sposób formowania utworów, a także wiele odniesień potwierdza słowa tłumacza. Dla laika i profana owe odniesienia to przede wszystkim nazwiska poetów, którymi to Geneste potwierdza podjęty temat geograficzny wiersza. Wydaje się, że i budowa utworu niedoświadczonemu czytelnikowi, odbiorcy, który nie ma większego pojęcia o poetyce i wersyfikacji, ale urzeka go jasność i łatwość formowania myśli przez Geneste, przywiedzie na myśl porównanie do poezji orientalnej. Bretoński pisarz nie jest specjalnie przywiązany do klasycznego podziału strof i wersów. Nie utrzymuje doskonałości liczb w linijce zwrotki. Zdaje się, że po prostu podąża za własną refleksją, ideą, wręcz iskrą. Jego koncept to istota, temat i wątek, oraz nawiązanie. W Lesie dźwięczącej kory nie ma chyba dziesięciosylabowej linijki. Zwrotki są rozstrzelone, czasami jedna linijka, jakby ku podkreśleniu, czy może zwróceniu uwagi odbiorcy, żeby przystanął i odważył się rozwinąć myśl, tworzy strofkę. Wolna przestrzeń między nimi to być może oderwanie się, swojego rodzaju przystanek od krajobrazów zwykłych, znanych, codziennych, choćby i ładnych, nawet urzekających, ale nie dających poetyckiego sacrum:

Niewidzialne porusza światy w jednym milczeniu paproci o zmierzchu14.

Ponieważ milcząca paproć, pomimo personifikacji czy raczej delikatniej antropomorfizacji, jest poetycką cudownością dopiero o zmierzchu. A o tej porze dnia wszakże się nie goni, nie biegnie. To spowolnienie, szukanie uspokojenia, łagodzący spacer z przystankami i rozglądaniem się w poszukiwaniu tajemnicy i umiejętności wniknięcia w przyrodę. Pomimo ideowego chaosu Antonina Artauda, którego Geneste przywołuje na dowód (?) okrucieństwa i przemocy natury, jakiejś mocy wszechświata mającej uderzać w człowieka, to nie jest to niepokojące, jeśli nie opanowuje nas fobia, strach i przerażenie przed czymś, co staje się o zmierzchu nieznane. Przecież

W najciemniejszym lesie jesteśmy jak na otwartym morzu tak pisze Tomas Tranströmer o Bałtyku15.

Dla Geneste zatrzymuje się czas. W buddyjskich koanach, japońskich haiku, taoistycznym kole dao, gdzie Han-Shan Zimna Góra łączy taoizm z buddyzmem w sŏn, zen i thiền w drewnianej chatce gdzieś na piaszczystej plaży. Na wybrzeżach Morza Celtyckiego? Bałtyckiego? Choć może to być gdziekolwiek indziej na obrzeżach Oceanu Atlantyckiego, byle miejsce łączyło w sobie kulturowo-filozoficzne doświadczenia dwudziestu kilku stuleci i dwadzieścia godzin lotem przez Ocean Spokojny od chińskiego Henan Mistrza Zhuanga, żyjącego na przełomie czwartego i trzeciego stulecia przed naszą erą, do lasów w Massachusetts, gdzie w dziewiętnastym wieku mieszkał nad stawem Walden Henry Thoreau.

Tylko dlaczego ten zatrzymany czas i to doświadczenie ludzkości jest takie puste, zimne, białe, skaliste, wilgotne, lodowe, zimne, otoczone czarną wodą? Gdzie nawet słońce jest białe... Jak mewy. Jak czaple. Gdzieś Geneste widzi zieloną wyspę, ale zaraz pojawiają się czarne kruki. Stamtąd się odchodzi. To strefa odlotów. Tutaj lampa rozbłyskuje półmrokiem, a atrament nie jest niebieski, lecz jedynie zimny.

Jerzy Lengauer
  1. Wyprawy latem, Paol Keineg w: Patrząc z Bretanii: Wiersze w przekładach Kazimierza Brakonieckiego, Paol Keineg, Jean-Claude Caër, Bruno Geneste, Centrum Polsko-Francuskie Côtes d'Armor - Warmia i Mazury w Olsztynie, 2014, str. 11

  2. Tamże, str. 13-14

  3. Tamże, str. 7

  4. Tamże, str. 11

  5. Tamże, str. 5

  6. Tamże, str. 7

  7. Powrót do Bretanii, tamże, str. 16

  8. Tamże, str. 25

  9. Tamże, tamże, str. 41

  10. W drodze do Haida Gwaii, tamże, str. 33

  11. Tamże, str. 35

  12. Tamże, str. 36

  13. Totem poles, tamże, str. 33

  14. La dźwięczącej kory, tamże, str. 43

  15. Tamże, str. 46

Najpopularniejsze Recenzje„Biały kruk” – Andrzej Stasiuk„Pachnidło” w interpretacji Tomasza Traczyńskiego„Mistycy i narkomani” – Wojciech „Tarzan” Michalewski „Antologia poezji hippisów” - świat, którego już nie ma„Moje drzewko pomarańczowe”, czyli lekcja czułości
Najwyżej oceniane Recenzje„Wiersze II” – Tadeusz Żurawek„Zegar szronu i inne wiersze” – Joachim Sartorius„Dziewczyna o sarnich oczach” – Ryszard Mierzejewski„Z jesienią pod rękę” – Grażyna Wójcik„Wielkie pranie mózgów. Rzecz o polskich mediach” – Piotr Szumlewicz
PrzewodnikiAlbaniaNepalPolskaRumunia
Najpopularniejsze zdjęcie w dzialeDwudziesta Żona – Indu SundaresanNajwyżej oceniane:Adele. Dziewczyna, która rozkochała w sobie świat
Oceń zamieszczony obok artykuł.(Uwaga! Warto wcześniej się zalogować ponieważ głosy zarejestrowanych czytelników mają większą wagę.)
Login (jak do forum): Hasło (jak do forum): zapamiętaj mnie
Minister kazał, więc uprzejmie informujemy, że nasze strony wykorzystują pliki cookies (ciasteczka) i inne dziwne technologie m.in. w celach statystycznych. Jeśli Ci to przeszkadza, możesz je zablokować, zmieniając ustawienia swojej przeglądarki. Więcej informacji znajdziesz w artykule: Pliki cookies (ciasteczka) i podobne technologie.