Recenzje

„Fiasko” – Imre Kertész

Fiasko - Imre Kertesz„Fiasko” to pod względem chronologicznym druga wydana w Polsce książka Imre Kertésza, noblisty z 2002 roku. Dla mnie to jedna z ostatnich lektur tego pisarza. I wobec tego jestem nieco zaskoczony. W moim mniemaniu Kertész to twórca, który jest przedstawicielem tzw. literatury holocaustowej. Piszący z pozycji własnego doświadczenia o tragedii europejskich Żydów epoki szalejącego w Europie faszyzmu i niemieckiego nazizmu. Jest jednym z najbardziej sugestywnych i subiektywnych wyrazicieli traumy spowodowanej wydarzeniami tego okresu. Człowiekiem, który w swojej literaturze postanowił dać upust uczuciom niepokoju, smutku, depresji, dla których podstawą było najpierw symboliczne napiętnowanie, jako członka gorszego gatunku człowieka, istoty ludzkiej postawionej poza nawiasem społeczeństwa, następnie skazanej na coś absolutnie gorszego niż średniowieczne getta i oznakowanie żółtym kwadratem, bo biurokratyczno-administracyjne zaliczenie do idących na śmierć, niepotrzebnych w Europie, niepotrzebnych życiu. Kertész, napiętnowany śmiercią, jeden z nielicznych ocalałych, nie może się otrząsnąć z zalegającej w umyśle świadomości przypadkowości ocalenia, co zniewala go już na zawsze. Przez to ma absolutne poczucie fiaska. Ocalały, ale co dalej? Pustka. Rodzinna. Społeczna. Religijna. Kulturalna. Pustka, gdzie, pomimo tej strasznej potrzeby, nie ma, po co i nie ma, do kogo wykrzyczeć żalu!

W „Fiasku” autor skupia się właśnie na tej pustce, węgierskiej pustyni po Żydach, socjalistycznej ziemi nie jego, ale jakiegoś nagle obcego społeczeństwa, gdzie nie ma miejsca dla ocalałego z Holocaustu Żyda, choćby był ateistą i zasymilowanym na Węgrzech intelektualistą.

Powieść składa się z dwóch części. Pozornie. W pierwszej autor zastosował metodę znaną już w literaturze, gdzie na trzecioosobową narrację wprowadza drugą fabułę, z narratorem w pierwszej osobie, tworząc w ten sposób wrażenie „powieści w powieści” i jakby kolejnej części.

Kertésza znajdujemy jako starego pisarza (w roku wydania powieści miał 59 lat!), bo „Stary bowiem pisał książki. Taki miał zawód. To znaczy - gwoli ścisłości - sytuacja tak się ułożyła, że zajęcie to stało się jego zawodem (bo innego zawodu nie miał)”. Z pierwszych kilkunastu stron powieści dowiadujemy się o nim dużo więcej. W zasadzie wszystko, co sam autor uważa za stosowne i ważne przekazać czytelnikowi dla zobrazowania przygnębiającej rzeczywistości żydowskiego intelektualisty w socjalistycznych Węgrzech. Robi to nie malując wielki fresk, gdzie moglibyśmy ogarnąć całą perspektywę, ale pozostaje przy małych scenkach, które co jakiś powtarza, jak ta cytowana wyżej i następne: „O dziesiątej bowiem (mniej więcej) stary zostawał sam w mieszkaniu (co było dla niego podstawowym warunkiem myślenia), jako że jakiś czas temu żona wyruszyła już w długą drogę prowadzącą do bistra na przedmieściu, gdzie w charakterze kelnerki zarabiała na chleb (czasem również dla starego) (jeśli los tak zrządził) (a zrządził tak nie raz)”.

Na chwilę zatrzymam się przy tych cytatach. Po pierwsze zwróciłem uwagę na charakterystyczne dla tej części powieści częste wtrącenia ujęte w nawiasach i kolejne wtrącenia do tychże w kolejnych nawiasach, następujące bezpośrednio po sobie. Bardzo źle się czyta tak skonstruowany tekst. Mam jednak świadomość, że czemuś to musi służyć. Podkreśleniu ważności? Zwróceniu uwagi na idiotyczność systemu, w którym żył autor? Być może, bo w takiej konstrukcji jest przecież to o wiele bardziej widoczne niż w zdaniu podrzędnie złożonym. Po drugie, skąd ów „stary”? Od razu pomyślałem o charakterystycznym polskim określeniu małżonka (i małżonki), wyniesionym pewnie z PRL-u? Dotąd słyszy się dość często, nie tylko wśród 50-60-latków, jak w ten sposób mówią o sobie małżonkowie. Kolejne, niby nic nieznaczące, podkreślenie przez Kertésza czasu i miejsca? Kolejne małe scenki z socrealizmu to mieszkanie i ulica, o której pisze tak: „Parów Kłamstwa – jak ją stary nazywał”. A oto jeden z kilku obrazków mieszkania, przypominających polskiemu czytelnikowi PRL-owskie nagromadzenie wielkiej ilości sprzętu na niewielkiej powierzchni mieszkania w budynku z wielkiej płyty lat 70. lub wybudowanych w latach 50. i 60. ceglanych czynszówek: „Otóż sekretarzyk stał tuż za narożną biblioteczką, której dwa skrzydła zajmowały południowo-zachodni kąt pokoju od ulicy wychodzącego na zachód, a dokładniej, sięgały od południowej krawędzi okna wzdłuż osi północ-południe aż do rogu pokoju, i od komody stojącej przy ścianie wzdłuż osi wschód-zachód również do rogu, obok szerokiego na około 120 centymetrów występu ściany, którego przeznaczenia nikomu nigdy nie udało się ustalić, a który to występ pokrywała, przylepiona do niego (robiąca wrażenie części biblioteczki) drewniana płyta (nieco wstydliwie przylepiona) (i rażąco nieudolnie), która nie sięgała wprawdzie do samego sufitu, ale była tak samo wysoka jak biblioteczka, czyli miała dobre 2 metry wysokości”. Jak w Polsce, Węgry tamtego czasu, tylko „robiły wrażenie”, wszystko było „rażąco nieudolne”. Jednak czasami zdarzało się coś prawdziwego” jak „stół (a ściślej stół, jedyny w mieszkaniu stół z prawdziwego zdarzenia)”… Jakie to smutne…

Zatem w tym pejzażu małego, załadowanego meblami mieszkania, żony pracującej w barze na starego, pisarz czasami tłumaczy „z niemieckiego (ponieważ spośród języków obcych, którymi nie włada, stosunkowo najlepiej nie włada niemieckim – zwykł mówić stary)”, ale w głównej mierze rozmyśla, spaceruje, przygotowując się do napisania kolejnej książki, żeby nie zapomniano jego nazwiska. Odnajduje notatki, cofa się do pierwszej połowy lat 70. I nagle z tych notatek dochodzi do nas głos pisarza zmagającego się z ocaleniem. Pisarza, który w socjalistycznym państwie nie ma szans na wydanie książki o Holocauście. Stary przeżywa na nowo traumę. Traumę podwójną. Odżywają wszystkie uczucia, które towarzyszyły mu przy pisaniu pierwszego dzieła. Odżywa zniechęcenie związane z odrzuceniem przez wydawnictwo powieści. Jednak wyciąga maszynę do pisania i zastanawiając się, gdzie wyląduje Kőves, zaczyna wystukiwać tekst, klnąc na sąsiadkę: „«Żeby cię, ty parchato kobyło, ktoś wreszcie zaruchał…»”.

Część druga składa się dziewięciu zatytułowanych rozdziałów, które posiadają również zatytułowane podrozdziały. Żadnych niespodzianek w konstrukcji treści. Za to niezwykle kafkowska fabuła. Bezwolny bohater, uzależniony od szeregu wydarzeń, na które nie ma absolutnie żadnego wpływu. Miota się w metaforycznych ciemnościach i szarościach niewiedzy, ale także realnych przygnębiających barwach urzędów, fabryk, knajp mieszkań.

Nie wiemy kim jest bohater. Wiemy tylko, że opuścił „inne miasto – Budapeszt” podobne do tego, do którego się zbliża. Wszystko oparte jest na domysłach, niejasnych wskazówkach. Takie wrażenie potęguje samotność, oczekiwanie na jakieś wydarzenie, przypadkowość zdarzeń, spotkań. Jakby ślepy Kőves obijał się o ściany, ludzi, a głos dający mu jakieś wskazówki był tylko nikłym światełkiem w zalegających wszędzie ciemnościach: „Na próżno jednak czekał; nikt po niego nie wyszedł, było ciemno i wszystko wyglądało na zupełnie opuszczone. (…) Promień światła nagle zgasł; widocznie byli u celu; Kőves zobaczył teraz oświetlone wejście i jakiegoś człowieka naprzeciw siebie. A ściślej, kontury jakiejś postaci – parę stopni powyżej miejsca, gdzie stał – bo światło przy wejściu znowu padało w taki sposób, że Kőves, oślepiony, i tym razem nic nie widział”.

Przybywszy na miejsce bohater jest przesłuchiwany przez celnika, która to postać może być personifikacją Losu, który kieruje Kővesem, a jednocześnie symbolem aparatu zniewalającego obywatela państwa totalitarnego. Samo słowo „celnik” urasta do czegoś, co kojarzone jest z wielkim strachem, co może nagle zmienić egzystencję człowieka. Bohater się tłumaczy:”- Przyjechałem odwiedzić przyjaciela (…). – Co to za przyjaciel? (…) – Niejaki Sziklai (…), znany w świecie autor komedii i scenariuszy”.

Z wszechogarniającej ciemności-szarości wyłaniają się postacie. One w jakiś sposób, oczywiście przypadkowy, wpływają na fabułę, bo ich los odzwierciedla życie w stalinowskim państwie. Te postacie jakby wypełzają z socrealnej mgły, odrywają się na chwilę od zbitego, zniewolonego tłumu i przylepiają na jakiś czas do Kővesa. Jedynym, który jest swoistym przewodnikiem dla bohatera, jest wspomniany Sziklai. On wie, jak się poruszać w tej przypadkowości. On symbolizuje cwaniaka, swoistego „załatwiacza”, który na pozór bezproblemowo żył w totalitarnych warunkach. Kertész pisze o Kővesu, że jest on o słabej konstrukcji psychicznej. Tak jak reszta podupadłych psychicznie postaci. Sziklai taki nie jest. On o wszystkich wie wszystko. O wszystkich tych, których imiona i pseudonimy potęgują absurdalność minionych już czasów, jak chociażby wujek André, Chloroformiarz, czy tych, których imion lub nazwisk autor nie wymienia, jak pan z pieskiem, czy kelnerka Aliz, albo jej utrzymanek Berg. Każda z tych postaci jest w jakiś nieuchwytny dla czytelnika sposób ułomna. Reprezentuje osobiste fiasko. Odzwierciedla fiasko całego systemu. Tacy są nie tylko bywalcy czy raczej „mieszkańcy” „Mórz Południowych”. Owo życiowe fiasko dotyczy prawie każdego. Od gospodyni domowej i robotnika w fabryce po redaktora naczelnego reżimowej gazety i wysokiego ministerialnego urzędnika.

Nie wiadomo, czy to bardziej sprawił wszechmocny celnik, czy cwany Sziklai, ale Kőves niczym Odyseusz staje się igraszką w rękach stalinowskich mocy. Uosabiając pozorność, głupotę miejsca i czasu, przemierza jedno z totalitarnych państw, gdzie intelektualistę spotyka jedynie fiasko. Wyrzucany z pracy, awansowany, zmuszany do pracy fizycznej, brodzi po szyję w gównie dyktatury proletariatu. Tak żyjąc nie jest zdolny do związania się z kobietą. Przygodne miłości, przypadkowy seks jest dla jego partnerek chwilowym wyskokiem poza nawias stalinizmu. On, z tym przygnębiającym poczuciem fiaska każdego ze swoich czynów, nie jest w stanie spojrzeć w przyszłość dalej niż na parę godzin do przodu. O dziwo, ale tę pełną napięcia atmosferę uspokaja spotkanie z Bergiem, który przywołuje u Kővesa wspomnienia z Holocaustu. To jedyne w tej części powieści odniesienie Kertésza do żydostwa i związanych z tym traum. Jaki może płynąć wniosek ze spotkania kata i ofiary? Czy pisarz myślał o tym, że komunistyczna dyktatura, kolejny totalitaryzm także oprawcę i okaleczonego emocjonalnie węgierskiego Żyda postawi na równi ze sobą? Zatem kolejne fiasko?

Czytając „Fiasko” nie wiem co jest złym snem Kővesa, a co rzeczywistością. Praca w więziennictwie totalitarnego systemu, czy pisanie absurdalnych artykułów na temat spóźniania się pociągów? Przefarbowany Sziklai, gdy powiał wiatr wolności, czy dziwny, żałosny patriotyzm Kővesa, kiedy naprawdę żył, bo teraz po latach jedynie „przeniknie go bolesna tęsknota, z gorzką nostalgią będzie bezustannie smakował słodkie wspomnienie swojej porażki”?

Jerzy Lengauer
PodróżeKulturaMuzykaHistoriaFelietonyPaństwo, polityka, społeczeństwoPowieści i opowiadaniaKącik poezjiRecenzjeWielkie żarcieKomiks
PrzewodnikiAlbaniaNepalPolskaRumunia
Najpopularniejsze Recenzje„Biały kruk” – Andrzej Stasiuk„Pachnidło” w interpretacji Tomasza Traczyńskiego„Mistycy i narkomani” – Wojciech „Tarzan” Michalewski „Antologia poezji hippisów” – świat, którego już nie ma„Moje drzewko pomarańczowe”, czyli lekcja czułości
Najwyżej oceniane Recenzje„21 wierszy miłosnych” – Adrienne Rich – Miłość jako doświadczenie i instytucja„Wielkie pranie mózgów. Rzecz o polskich mediach” – Piotr Szumlewicz„Siddhartha” – Hermann Hesse„Moje drzewko pomarańczowe”, czyli lekcja czułości„Pat Garrett and Billy the Kid” i „Szczęśliwy T-shirt”
Oceń zamieszczony obok artykuł.
Minister kazał, więc uprzejmie informujemy, że nasze strony wykorzystują pliki cookies (ciasteczka) i inne dziwne technologie m.in. w celach statystycznych. Jeśli Ci to przeszkadza, możesz je zablokować, zmieniając ustawienia swojej przeglądarki. Więcej informacji znajdziesz w artykule: Pliki cookies (ciasteczka) i podobne technologie.