Recenzje

„Czysta anarchia” – Woody Allen

Czysta anarchiaWoody Allen i bez swoich opowiadań jest fascynującą postacią. Za sprawą wyreżyserowanych filmów, dzięki wyśmienitemu aktorstwu tudzież manierze grania (a może taki jest i poza planem filmowym?), tak bardzo okraszającej postacie znerwicowaniem, reakcjami neurotycznymi. Zapada w pamięć ten zgarbiony, wątły, niski mężczyzna w olbrzymich okularach, przecierający nerwowo szkła, w swetrze bądź tweedowej czy sztruksowej marynarce. Sprawiający wrażenie jakby nigdy nie kierował się rozwagą w swych ruchach, słowach, wszelkich przedsięwzięciach.

Dzięki temu właśnie odniosłem wrażenie, iż w niektórych z opowiadań zamieszczonych w niniejszym tomie odnalazłem postacie będące alter ego autora. Bez względu na profesję bohatera – marnego, drugoplanowego aktorzyny, niespełnionego pisarza bądź podrzędnego dziennikarza – w każdym z nich widziałem Woody’ego Allena, którego zapamiętałem z filmów. Zatem korzystam z prawa niezbyt doświadczonego czytelnika i miłośnika literatury, żeby taki obraz przekazać. To Woody Allen w czystej postaci, taki, jakiego znamy! Ale dla kontrastu jest także, w opowiadaniu pt. Jakże wyrabia ci się smak, słonko, gdzie mamy odniesienie do chyba Żegnaj, laleczko Chandlera, tęsknota owego neurotyka za twardym, cynicznym, niezniszczalnym bohaterem, w którego i większość z nas chciałaby się wcielić, choć na chwilę.

Na tym jednak nie koniec. Dla niezbyt wyrafinowanego czytelnika owe opowiadania są świetną zabawą. W zasadzie każde z nich wywoływało na mojej twarzy uśmiech. Bawiłem się tytułami (Glory alleluja, sprzedane!, Tako jadał Zaratustra, Disneygate - przełom), groteską sytuacji, komicznymi dialogami. Czasami zatrzymywałem się przy jakimś wyrażeniu czy fragmencie, który należało przez chwilę smakować (nałożymy smalczyku do słoiczków po nutella1, Moja żona też składa się raczej z fal niż cząstek, ale jej fale trochę już zaczynają siadać2, albo przenieśli się do schroniska dla bezdomnych. Spotkali tam wiele rodzin, których dzieci nie dostały się do elitarnych szkół3, czy ulubiony uśmiech kanciarzy pocztowych4).

Zwracają także uwagę wyrazy, które pochodzą z jidish, jak „szajgec”, „myszugene”, „szmondaki”, co nie dziwi u tego autora, przecież amerykańskiego Żyda, a dodają niezwykłego kolorytu tej prozie, bez względu na to, na jaki język zostaje przełożona. Znajdujemy też obcojęzyczne nazwiska, które „się kojarzą”, jak Mengele, Umlaut, Untermensch, bądź angielskie, które w translacji na polski są zabawne i pewnie, dla znających amerykańską kulturę, wiele znaczące.

Zapewne wyrobionemu czytelnikowi, który dobrze zna angielski i który głębiej interesuje się amerykańską literaturą i filmem, łatwiej jest odczytać wiele kpin, skojarzeń i podtekstów, które Woody Allen ukrył w treści opowiadań. Dla mniej wyrobionych pomocne są „Objaśnienia” i „Od tłumacza” na końcu książki. Warto tam zajrzeć przed lekturą, a także zaznaczyć zakładką, żeby sięgać w trakcie czytania.

A co z samą treścią? Cóż, nie można streszczać każdego z opowiadań. To kpina z cywilizacji amerykańskiej, ubrana w groteskę. Autor pokazuje w krzywym zwierciadle Stany Zjednoczone. Od upadku kultury i sztuki, przez idiotyzmy systemu sprawiedliwości, po zwariowane mechanizmy rządzące konsumpcją. Wyśmiewa New Age, produkcję filmów i sposób angażowania aktorów, naciąganie przez producentów-oszustów, pisarskie chałturzenie dla pieniędzy, rządzącą aukcjami modę dla nowobogackich, brak rozsądku w pędzie za szybkim wzbogaceniem, za łatwymi pieniędzmi, za nowymi, większymi posiadłościami, żeby tylko podnieść własne poczucie wartości, wyścig szczurów (sugerując, że trwa on od przedszkola) i wiele, wiele innych fragmentów nie tylko amerykańskiej cywilizacji, z których możemy się pośmiać, dostrzegając tam nas samych.

Wszystko to pisane jest językiem raczej niełatwym, długimi zdaniami, wielokrotnie złożonymi. Czasami trudno jest odnaleźć sens w gmatwaninie różnorodnych znaczeń. Rzeczywiście, jakby na papier przenosił swoje myśli świetny obserwator, ale znerwicowany. Allen swobodnie posługuje się swoją wielką wiedzą miejskiego inteligenta, będącego za pan brat ze sztuką wysoką, momentami sypiąc jak z rękawa tytułami dzieł, nazwiskami autorów i wplatając je bardzo zręcznie w treść opowiadań. Z drugiej strony znajdujemy dialogi jakby wyjęte prosto z sensacyjnym filmów klasy B. Czasami ocierające się o rynsztok. Jednak to nie razi. To przecież Ameryka.

Jerzy Lengauer
  1. Woody Allen, Czysta anarchia, Rebis 2008, przekład Wojsław Brydak, str. 42.

  2. Tamże, str. 137.

  3. Tamże, str. 104.

  4. Tamże, str. 123.

PodróżeKulturaMuzykaHistoriaFelietonyPaństwo, polityka, społeczeństwoPowieści i opowiadaniaKącik poezjiRecenzjeWielkie żarcieKomiks
PrzewodnikiAlbaniaNepalPolskaRumunia
Najpopularniejsze Recenzje„Biały kruk” – Andrzej Stasiuk„Pachnidło” w interpretacji Tomasza Traczyńskiego„Mistycy i narkomani” – Wojciech „Tarzan” Michalewski „Antologia poezji hippisów” – świat, którego już nie ma„Moje drzewko pomarańczowe”, czyli lekcja czułości
Najwyżej oceniane Recenzje„21 wierszy miłosnych” – Adrienne Rich – Miłość jako doświadczenie i instytucja„Wielkie pranie mózgów. Rzecz o polskich mediach” – Piotr Szumlewicz„Siddhartha” – Hermann Hesse„Moje drzewko pomarańczowe”, czyli lekcja czułości„Pat Garrett and Billy the Kid” i „Szczęśliwy T-shirt”
Oceń zamieszczony obok artykuł.
Minister kazał, więc uprzejmie informujemy, że nasze strony wykorzystują pliki cookies (ciasteczka) i inne dziwne technologie m.in. w celach statystycznych. Jeśli Ci to przeszkadza, możesz je zablokować, zmieniając ustawienia swojej przeglądarki. Więcej informacji znajdziesz w artykule: Pliki cookies (ciasteczka) i podobne technologie.