zapraszamy do współpracy
Zapraszamy do współpracy
Muzycznie - czyli co nam w duszy gra

Introspekcja (nie) kontrolowana, czyli koncert The Residents

The ResidentsTo była ich czwarta wizyta w Polsce. Po raz pierwszy wystąpili 9 września 2001 roku w Warszawie na trasie promującej album Icky Flix. Tym razem przyjechali promować swój najnowszy album The Talking Light w krakowskiej Łaźni Nowej oraz we wrocławskim Teatrze Impart. Z tych dwóch miejsc wybrałam intuicyjnie Wrocław, miasto przeze mnie bardzo często odwiedzane. Sala we wrocławskim Imparcie wypełniona była po brzegi. Natomiast publiczność była niezbyt zhomogenizowana, zarówno pod względem wiekowym, jak i sposobu reakcji wobec tego, co działo się na scenie. Ale o tym może później.

Niewątpliwie elektryzująco oddziaływała scena stylizowana na living room. I tak wystarczyły dwa fotele, lampa w stylu retro, kanapa, kominek z imitacją płomienia by stworzyć niepowtarzalny i intrygujący klimat. I można by pomyśleć, że przed publicznością będzie prezentować się starsza pani i zacznie opowiadać... bajki. Skądże! Wszyscy, którzy mają we krwi nieprzystosowanie i chęć głębokiej analizy rzeczywistości, spodziewali się, że to tylko przykrywka dla czegoś, co nastąpi wraz z wejściem muzyków na scenę. Czegoś totalnego. I pomimo muzyki w tle (ponoć była to kompilacja wybrana przez muzyków) i średniego natężenia rozmów, na sali odczuwalny był ten specyficzny stan wyczekiwania w skupieniu. Być może metaforą tej zmiany był rozstrojony telewizor. W końcu publiczność aplauzem zaczęła dopominać się wejścia muzyków na scenę. I stało się! Najpierw klawiszowiec Chuck, potem gitarzysta Bob, obaj ubrani byli w czerwone upstrzone cekinami fraki, w nieodłącznych maskach jak z filmów science fiction - coś na kształt noktowizora z wystającymi, gumowymi dredami. I jako ostatni wyszedł wokalista Randy - główna postać tego wieczoru. Chuck rozpoczął show jednym zgrabnym ruchem naciskając guzik z psychodelicznym, transowym, niepokojącym podkładem. Reakcje publiczności były często nader spontaniczne i wrzaskliwe. Co też było zrozumiałe, zwłaszcza, że niektórzy czekali na ten koncert kilka lat, a może nawet dłużej...

The ResidentsThe Residents

Na scenie zawieszono trzy okręgi tzw. blendy (powierzchnie służące do odbijania światła na planie fotograficznym lub filmowym - przyp. red.) Na nich to właśnie wyświetlano wizualizacje podczas show. Owe wizualizacje - mówiące postaci, była to chyba najmniej entuzjastycznie przyjęta część koncertu. Prawdą jest, że koncepcja ta była trudna w odbiorze. Nawet dla tych, którzy znali materiał z płyty Voice of Midnight – uchodzącą za jedną z trudniejszych płyt w ich dorobku.

Postacie mówiły niewyraźnie, w amerykańskim akcencie, dodatkowo ich zniekształcone twarze z punktu widzenia estety powodowały nieprzyjemnie doznania wizualne. Wśród publiczności można było odczuć czasami zniecierpliwienie i znużenie tą formą wypowiedzi artystów.

Postać wokalisty - to na niej skupiła się uwaga publiczności podczas tego wieczoru. Randy, niczym emeryt w bardzo zaawansowanym wieku, stąpał nieco ociężałym krokiem, chwiejąc się na boki. Całości komizmu sytuacji dodawały jego białe, stylizowane na buty klauna. Wystąpił z nieodłączną maską, tym razem przypominającą facjatę starca. Ubrany był w szlafrok, koszulę, bokserki i nieproporcjonalnie duży krawat w grochy. Zaczęli od agresywnych dźwięków, bazujących na elektronicznych podkładach muzycznych, arytmicznej, zgrzytliwej gitarze i spreparowanych ścieżek wokali. Wejście mieli naprawdę imponujące i tak już pozostało przez kolejne 30 minut. Niewątpliwie elektryzującym utworem tego wieczoru był Sleepwalker z albumu o wiele znaczącym tytule Demons dance alone wydanej w 2002 roku. Wywołał on niemałe poruszenie wśród publiczności. Rezydenci po dwóch utworach, które to były swego rodzaju pokazem możliwości dźwiękowych, zmienili nieco tempo i sposób narracji. I pewnie obyłoby się bez niespodzianek, bo zapewne większość zgromadzonych na sali słuchaczy wiedziała, iż the Residents stanowi kwartet od ponad 40 lat, a nie trio. A jednak Randy ze sceny poinformował, że jednego z członków zespołu - niejakiego Carlosa - przestało bawić rockandrollowe życie w rozjazdach i postanowił przejść na emeryturę. I pewnie gdzieś siedzi w Meksyku opiekując się matką... Jednak to przetasowanie wewnątrz zespołu nie spowodowało drastycznego uszczerbku w brzmieniu zespołu. A może duch Carlosa unosił się nad sceną? Całkiem możliwe, że tak było. W końcu miał swój znaczny wkład w (s)tworzenie muzyki The Residents...

The ResidentsWokalista zaczął od krótkiej historyjki by wprowadzić słuchaczy w klimat "przytulnego" klimatu salonu... oraz do wysłuchania opowieści, które określił pokrótce jako "ghost stories”. I znowu było głośno, intrygująco i niezbyt optymistycznie. Randy jako narrator opowiadał o głównym bohaterze i jego przeżyciach z niejakimi Mirror People, czyli "lustrzanymi ludźmi", którzy są jego wrogami i czają się na niego, w konsekwencji chcąc przejąć całkowitą kontrolę nad nim. Na koniec opowiastki Randy spogląda w lusterko i nagle stamtąd oślepia go promień światła i upada na ziemię. A publiczność zostaje niemalże porażona natężeniem agresywnych dźwięków i grą świateł stroboskopów. Po tym Randy wstaje i innym głosem ponownie przedstawia zespół, klnąc przy tym na brakującego członka zespołu - niejakiego Carlosa.

To była istna kakofonia dźwięków, doznań, myśli. Razem z bohaterami opowieści zagłębialiśmy się w najskrytszych zakamarkach nas samych. I pomyśleć, że to wszystko na własne życzenie... Strach przemieszał się z ciekawością, sprzeciwem, fascynacją i wzruszeniem. The Residents pod pozorem zabawnego image'u i cyrkowej formuły nie pieści przecież podejmowaną tematyką. W awangardowej (czytaj: wymykającej się jednoznacznym definicjom) konwencji muzycznej utwory traktują o strachu przed śmiercią, starzeniem się (w samotności), walką z demonami (wewnątrz nas), izolacji i odrzuceniu przez społeczeństwo...

The Residents korzystają z halloweenowej maniery, zabawy w przebierańców, freaków, z którymi większość ludzi nie chce/nie chciałaby się identyfikować. I tu tkwi sedno. Począwszy od indywidualnie wypracowanego stylu muzycznego, formy, przy zachowaniu kompletnej anonimowości - co jest niemalże fenomenem w kulturze popularnej. Ale The Residents to nie tylko muzyka, to działalność w rzeczy samej. Operująca zgrabnym wykorzystaniem pomysłów jak funkcjonować w przestrzeni medialnej i zarabiać. Muzycy pierwotnie działali tworząc sztuki wizualne, potem zajęli się na szerszą skalę filmem.

Repertuar

Po pierwsze: dla znawców ten koncert mógł się okazać lekko nużący. Dobór utworów nie był zbyt reprezentatywny, nie pojawiły się utwory, które są sztandarowe dla tego zespołu, jak chociażby Third Reich Rock'n'roll czy Constantiopole. Dla tych, co mniej więcej orientują się w jakże przepastnej ich dyskografii (zespół wydał bagatela! ponad 60 albumów), kiedy wybrzmiał utwór Semolina z (Duck Stab) czy Wormood (They Are the meat), oba zabrzmiały po prostu świetnie. Niestety nie zagrali nic z Commercial Album - w czym niektórzy upatrują swój niedosyt. Jednak z punktu widzenia słuchacza, który po raz pierwszy zetknął się z muzykami tego formatu, była to niewątpliwie podróż wewnątrz siebie. O ile można z subiektywnego punktu widzenia roztrząsać kwestię zaprezentowanej listy utworów to fakt, iż widziałam ich po raz pierwszy, był dla mnie bardzo istotny. Zgadzam się z niektórymi krytycznymi opiniami, koncert miejscami nużył - bo melodeklamacje trzech zdeformowanych postaci wyświetlanych z rzutnika mówiły za szybko i w trudnym amerykańskim akcencie. I ten, kto był na bakier z angielskim, miał niestety problemy ze zrozumieniem jakże ważnej (może kluczowej dla całości) formy przekazu artystów. Bo tu muzyka jest dodatkiem. Rezydenci rzucali co lepsze kąski, kiedy po utworze Death In Barstow, podczas przewidzianego, ale i wyproszonego zarazem bisu Randy wyszedł na scenę w białym futrze, z wpiętymi światełkami i podgrzał dodatkowo atmosferę w utworze Bury Me Not z albumu Old Woman.

Trudno o lepsze zakończenie tego niezwykłego wieczoru i jak tylko znowu pojawią się w Polsce, zapewne stawię się na ich koncercie. Z niekłamaną przyjemnością.

A oto pełna track lista podczas światowego tournee albumu The Talking Light: Demons Dance Alone, Sleepwalker, Story: The Talking Light, Six More Miles, Mirror People 1 (not in Santa Cruz), They Are The Meat, He Also Serves (only shows Boston and after), Mirror People 2 (not in Santa Cruz), Story: (see individual shows), Semolina, My Window, Death In Barstow, Mirror People 3 (not in Santa Cruz), Story: The Unseen Sister, Mirror People 4 (not in Santa Cruz), The Old Woman, Lille, Bury Me Not, Die-Stay-Go.

http://www.residents.com/

Roksana Łosin
Najpopularniejsze Muzycznie - czyli co nam w duszy graLeśna Rawa Anno Domini 2009Ósmy Koncert Świąteczny, Leśniczówka 2009Koncert urodzinowy zespołu Es Flores, Kraków, Listopad 2009Koncert zespołu Betty Be, Mikołów 2009X Tyski Festiwal Muzyczny im. Ryśka Riedla
Najwyżej oceniane Muzycznie - czyli co nam w duszy graPiętnasty Koncert Świąteczny, Leśniczówka 2016Sepultura – trzy dekady legendyTrzynasty Koncert Świąteczny, Leśniczówka 20144 Szmery na 20. urodzinach CreeHistoria koncertem pisana - pomarańczowa trasa Kultu
PrzewodnikiAlbaniaNepalPolskaRumunia
Najpopularniejsze zdjęcie w dzialeMartyna JakubowiczNajwyżej oceniane:Lady Pank
Oceń zamieszczony obok artykuł.(Uwaga! Warto wcześniej się zalogować ponieważ głosy zarejestrowanych czytelników mają większą wagę.)
Login (jak do forum): Hasło (jak do forum): zapamiętaj mnie
Minister kazał, więc uprzejmie informujemy, że nasze strony wykorzystują pliki cookies (ciasteczka) i inne dziwne technologie m.in. w celach statystycznych. Jeśli Ci to przeszkadza, możesz je zablokować, zmieniając ustawienia swojej przeglądarki. Więcej informacji znajdziesz w artykule: Pliki cookies (ciasteczka) i podobne technologie.