zapraszamy do współpracy
Zapraszamy do współpracy
Felietony > Tipy z pipy – czyli pamiętnik idealnego pana domu

Życie na stoperanie

2.10 – #Wyzwanie30dni

Wyzwanie 30 dni!Next month, next czelendż (no dobra, przyznaję się – we wrześniu żyłem „bez celu”). Tym razem podejmuję #Wyzwanie30dni.

W ramach wyzwania każdy wybiera sobie jakąś czynność bądź rzecz, nad którą będzie systematycznie pracował przez następne 30 dni. Niekoniecznie muszą to być ćwiczenia fizyczne. Można popracować nad językiem (tylko żadne tam „minetu”, o obcy język chodzi), czytać, uczyć się czegoś nowego itd.

Ćwiczymy systematyczność. I nie ma, że boli, że nie chce mi się, że od poniedziałku.

Ja wybrałem 30 minut biegu every single day. Po 1 000 km na rowerze w 35 dni to powinna być pestka. Skoro wtedy nogi mi nie odpadły, to tym razem też powinno mi się udać zatrzymać je przy dupie.

Kasia, dzięki za namówienie – zaszczepiłaś mi ten pomysł w czwartek. Kiełkował 4 dni (potęga podświadomości!).

Specjalnie na start wybrałem niedzielę, żeby potem nie było że „od poniedziałku”. Pierwsze 30 minut już poszło.

Who's next?

Link do wyzwania

http://www.marekczuma.pl/2016/09/17/potega-dlugofalowej-pracy-rozpoczynam-eksperyment-wyzwanie30dni/

4.10 – Bezczelny IVR

Bezczelny IVRTeż tak macie, że jak coś zamówicie to kurier, używając swojego „szóstego kurierskiego zmysłu” (tego nawet sprzęt AGD łirpul nie ma), przyjedzie dokładnie wtedy, kiedy Was w domu nie ma? Oczywiście ktoś powie, że można sobie zamówić do roboty. No można!

Do niedawna miałem przed tym pewne opory. W sumie nie wiem czemu. Wyzbyłem się ich totalnie gdy pewnego pięknego razu zobaczyłem u siebie w firmie, jak kurier wręcza zdziwionej dziewczynie na frontdesku zawiniętą w strecz... deskę do prasowania. Szok. Od tamtego czasu wszystko zamawiam do roboty. No może z wyjątkiem erotycznych akcesoriów (wyobrażacie sobie takiego pejcza albo lalkę zawiniętą w strecz?).

Tym razem paczka była jednak zza pisonaldu (w grę wchodziło ewentualne cło/vat), więc zamówiłem sobie na wioskę. Oczywiście kurier, idealnie dobierając moment, zastał tylko średnio zadowolonego psa. Zakładam, że faktycznie się pojawił, a nie wbił na pałę że „adresata nie zastano”. Pies w każdym razie nie donosił, że ktoś był.

Przyszedł elegancko SMS i przekierowałem sobie paczuchę do punktu odbioru. Nie będę ponownie ryzykować. Następnego dnia dzwonię na ichniejszą infolinię, bo informacji zero czy paczucha zajechała i się nudzi, czy może jeszcze się gdzieś włóczy. A więc kręcę numer.

Oczywiście zgłasza się automat – wybierz 1 to cuśtam, 2 inne cuśtam itd. Wbiłem swoje i przeżyłem szok. Bezduszny automat do mnie kobiecym głosem: „Podyktuj po jednej cyfrze numer swojej paczki”. Aż mnie wryło, bo ja już przygotowany z dialerem byłem na tonowe wbijanie. A tu taki szał i laswegas.

Dyktuję więc numer, powoli i pojedynczo, jak automat sobie zażyczył. Ufff... Skończyłem. Automat powtarza. Oczywiście z błędem. Mam co prawda wadę wymowy – takie tuskowe „rrrr” (zatrzymałem się na etapie „lowela”, czaicie) – ale akurat „cztery” to automat bez problemu rozpoznał... Podyktował mi numer i kobiecym głosem pyta: „Czy dobrze zrozumiałam?”. Kolejny szok!

Mówię: „nie”. Cisza. Po chwili kolejne: „Czy dobrze zrozumiałam?”. Lekko poirytowany mówię: „nie, źle!”. Znowu cisza. Tamta dalej ciągnie swoje i idzie w zaparte, że nie słyszy: „Czy dobrze zrozumiałam?”.

Qwa, trafił mi się głuchoniemy, kobiecy automat czekający tylko na to, aby mu przyznać rację! Ja już mocno $%@# wypalam mimochodem: „Kurwa...” a ta momentalnie: „Przepraszam! System nie rozpoznał numeru paczki. Łączę z konsultantem...”.

Jeszcze system podpieprzyła, rozumiecie.

Do tej pory zastanawiam się czy to „kurwa” uratowała dzień, czy jednak po trzeciej próbie ten automat ma tak z automatu. W każdym razie, od żywej już konsultantki (nie ejwonu) dowiedziałem się, że i tak kręcę nie na tę infolinię: „Bo to krajowe, a nie zagramaniczne proszę pana!”, i przełączyć mnie ni **ja nie może.

Chyba jednak ten kobiecy automat jej nakablował.

Na szczęście na kolejnej infolinii wszystko załatwiłem i pognałem paczkę odebrać. Ale to już inna historia.

P.S. Mamy takiego jednego modela z innej firmy, który jak nikogo nie zastanie, to wrzuca paczkę za płot i pisze sms: „Nikogo nie zastałem, paczka w ogrodzie”. Jak zamawiam coś tamtą firmą, to modlę się tylko żeby nie padało.

5.10 – #DaszRadę!

DaszRadęPo „Życiu na pełnej petardzie” i „Gruncie pod nogami”, ostatnią książkę Jana („Dasz radę. Ostatnia rozmowa”) zamówiłem w ciemno, w preorderze. Wczoraj dotarła. Pochłaniam. Tchem jednym.

„Ta książka to pożegnanie, ale nie ostatni rozdział. Następny napiszesz Ty.”

Opis z okładki

„Ostatnia rozmowa z księdzem Janem Kaczkowskim

Był inspiracją dla milionów ludzi – wierzących i niewierzących. Każdy, kto go słuchał, czuł: on mnie rozumie. Ksiądz Jan nie oferował tanich rad ani łatwych pocieszeń. Swoim życiem mówił: nie odpuszczaj sobie, a dasz radę, wstaniesz.

Do końca żył na pełnej petardzie. Ostatnie tygodnie spędził odpowiadając na pytania o sprawy najtrudniejsze i najważniejsze. Wraz z Joanną Podsadecką zaprosił do rozmowy swoich Czytelników. Wasze pytania były bardzo osobiste, odważne, szczere aż do bólu. Ksiądz Jan każdego chciał wysłuchać, zrozumieć, każdemu dać coś z siebie. Odpowiadał w swoim stylu, błyskotliwie i z dozą ironii (nie chciał mówić jedynie o tym, co denerwuje go w księżach: Nie wystarczyłoby miejsca w książce...”

12.10 – Pluszowy malkontent

Pluszowy malkontentPodejrzewałem, że siedzi w środku mnie taki mały, pluszowy malkontent. Dzisiaj jednak wyrzygał mi to nawet candy maszin.

Trzeba nad tym popracować.

P.S. Rodzinka Minionków nieustannie się powiększa. Magia 500+.

12.10 – Idealny versus „Jeżdżąca Melina”

Idealny vs Jeżdżąca MelinaToday temat z cyklu „sam naprawiam”. Nie od dziś wiadomo, że jestem strasznym Januszem w temacie motoryzacji. Do samochodów podchodzę strasznie pragmatycznie. Jest to po prostu narzędzie, środek lokomocji, który ma mnie przeteleportować z punktu A do punktu B – ot, taki „zmieniacz destynacji”. Nothing else.

Dla mnie samochód składa się z czterech kół i auta właściwego. No, może jeszcze z silnika, o czym przypomina mi od czasu do czasu żółta ikonka helikopterka paląca się na desce rozdzielczej. Czasami tam potworowi jeszcze uzupełnię jakieś płyny ustrojowe. That's all. Szczyt moich umiejętności w tej materii.

W pisolandzie jest to raczej nie do pomyślenia, bo tu każdy jest mechanikiem, trenerem, informatykiem, doktorem, politologiem itd. Generalnie all in one, „wosz end goł”. Po prostu 38 milionów autorytetów – Leonardów Dawinczów. Ja niestety tak nie mam. Na wszystkim się nie znam, ale wiem gdzie szukać.

Nie rajcuje mnie pucowanie, mycie, woskowanie, tuningowanie, nie mówiąc już o jakiś paskach, wałach, rozrządach itd. Do niedawna nie wiedziałem nawet, że mam alufelgi, a znaczek opla notorycznie kojarzy mi się z Zorro.

Ale, wracając do rzeczy. Ostatnio przemieszczając się nocami zauważyłem, że jest coś nie tak, strasznie ciemno jakoś. Kiedyś było widniej. Seriusly! Okazało się, że na krótkich światłach żarówka mi się skończyła. Mój guru samochodowy powiedział: „kup se H7”. Myślę: easy! Akurat skończyła mi się w kinkiecie żarówka G9, to sobie za jednym zamachem też H7 kupię. Dwie pieczenie, czaicie.

Grzeję więc szczęśliwy do swojej ulubionej hurtowni oświetlenia. Od progu drę się: „dwie żarówki G9 i jedną H7”. Tę na G starsza ekspedientka od razu znalazła, ale H7 nie kojarzy – sprawdza w systemie, brak. To tyle jeśli chodzi o „hurtownię oświetlenia”. Krótka konsultacja na zapleczu. Wraca i ciśnie z bananem na ustach: „H7 to Pan w motoryzacyjnym tylko dostaniesz! My nie mamy! Nie wiedział Pan?!”. Myślę sobie: qwa przed chwilą sama też przecież nie wiedziałaś...

Nie mam jednocześnie czasu ani pojęcia gdzie jest jakiś „motoryzacyjny”. Zamówię sobie na Allegro. Będzie szybciej. Do tego czasu najwyżej ograniczę jazdę po ciemku. Znalazłem. Koszt 3,50 zł/sztuka. Biorę osiem. Zaraz pewnie spali mi się w innym miejscu... Zamówiłem, dotarły. Przy odbiorze trafiłem jeszcze qwa na reboot paczkomatu. Podnosił się dziad chyba z 15 minut. Wrr...

Wymieniam sobie na wiosce.

Maska up! (to umiem)

Widzę jakieś śrubki przy reflektorze. Wyglądają na mocujące, to walczę z nimi. Prawie cały odkręciłem. Ale zaraz mi coś zaświtało. To przecież nie może być aż tak skomplikowane, jak sobie tyle człowieków z tym radzi!

Maska down! (to umiem też).

Lecę zrobić szybki risercz na youtube. Uff... Okazało się, że tam z tyłu się odkręca zaślepkę, odpina dwa kabelki, ciach-ciach, wyciąga starą, wkłada nową i powtarza wszystkie kroki tyle że w odwrotnej kolejności. Montuję. Na końcu szybka kontrola jakości. Świeci? Świeci! Dumny, zadowolony...

Ale pacze, qwa, taką małą (chyba postojówkę) też trafiło, wrrr...

P.S. Dość mocno się zdziwiłem – myślałem, że sobie obskoczę tymi ośmioma sztukami wszystko co tam z przodu mam. Guzik! Tam każda żarówka inna! Jakby nie mogły być takie same! Muszę zrobić obczajkę symboli i też pozamawiać po 8 sztuk... Wystarczą mi do momentu złomowania.

14.10 – Lek na lęk wysokości

Lek na lęk wysokościCity Break: Zator i Energylandia. Walczę ze swoim patologicznym lękiem wysokości – od środy jestem na Stoperanie Forte (2 x dziennie, nie ma Stoperanu Forte na noc)...

P.S. Nie chcę umierać!




25.10 – Mityczny Achilles

Mityczny AchillesNiestety mój czelendż zakończył się dla mnie dość szybko. Po 5 dniach biegania w deszczu i megapiździawicy (z bananem na ustach) nastąpiła awaria kończyny. Lewej dolnej przedniej (tylną mogło by trafić!).

Jeżeli do tej pory Achilles kojarzył się wam tylko i wyłącznie z mitologią grecką, to witajcie w klubie!

Jeśli jest się takim sportowym Januszem jak ja i próbuje biegać po 30 minut, bez rozgrzewki (sic!), na dodatek „every single day”, to należy się z urazem liczyć.

Niestety, przy ręcznym przemieszczaniu się strasznie kończyna bolała, ale dało się to rozchodzić. Przy tym samochodowym o dziwo nie. Doktor Google i schemat „typowej ludzkiej stopy” wprawił mnie w osłupienie. Tam, gdzie mnie rwało, nic nie było! Dosłownie goła kość. Qwa, mam dziwną anatomię. Nie miało co boleć, ale bolało. Chyba znalazłem swój Punkt G.

Z braku laku zgoniłem na Achillesa (bo był najbliżej i było najwięcej wyników. Dalej już było „ból nogi amputacja...”) –i o bólu zapomniałem, przestało jak ręką odjął.

Nawet do prawdziwego doktorka nie musiałem się pofatygować.

Warto w tym miejscu przytoczyć słowa Łukasza Jakóbiaka, zasłyszane na jednym z jego wykładów motywacyjnych:

„Na porażkę musisz zasłużyć, bo jeśli siedzisz w domu przed telewizorem, porażka cię raczej nie spotka...”

Także głowa do góry, cycki do przodu, pełen wzwód i cała naprzód! World waiting! Idealny leci dalej!

Kamil Piotrkowski
Najpopularniejsze FelietonyPowrót z trzeciego świataZ poradnika ogrodnika, czyli jak dbać o storczykiMaj… kwiaty… flirt… mężczyźni… ech…Pliki cookies (tzw. ciasteczka) i podobne technologieKoniec (gorszy) świata
Najwyżej oceniane FelietonyZazdrośćAfera srajtaśmowaDzień jak co dzieńCichoWolność słowa
PrzewodnikiAlbaniaNepalPolskaRumunia
Najpopularniejsze zdjęcie w dzialeJeremi i Rekin 2Najwyżej oceniane:Uchodźcy
Oceń zamieszczony obok artykuł.(Uwaga! Warto wcześniej się zalogować ponieważ głosy zarejestrowanych czytelników mają większą wagę.)
Login (jak do forum): Hasło (jak do forum): zapamiętaj mnie
Minister kazał, więc uprzejmie informujemy, że nasze strony wykorzystują pliki cookies (ciasteczka) i inne dziwne technologie m.in. w celach statystycznych. Jeśli Ci to przeszkadza, możesz je zablokować, zmieniając ustawienia swojej przeglądarki. Więcej informacji znajdziesz w artykule: Pliki cookies (ciasteczka) i podobne technologie.