Podróże małe i duże

W Krainie Wielkich Jezior Mazurskich

Port jachtowy w Rucianem-NidzieTyś jest jezioro moje ja jestem twoje słońce, światłami ciebie stroję, szczęście moje szumiące.K.I. Gałczyński, Kronika olsztyńska

No i „otworzyły” się nam granice. Wiadomo – Unia Europejska, traktat z Schengen... To znaczy „otworzyła” się zachodnia i południowa, podczas gdy północna i wschodnia nie były jeszcze nigdy od rozwiązania się Związku Radzieckiego tak szczelne jak obecnie. Wiadomo – Unia, Schengen... Swoją drogą to smutne, że żyjące obok siebie narody i państwa nie były w stanie same z siebie wzajemnie się na siebie „otworzyć”, a potrzebowały dopiero potężnej i kosztownej machiny biurokratycznej w postaci UE, w dodatku zarządzanej przez mocno zideologizowanych „inteligentnych inaczej”, ażeby powrócić do starej, średniowiecznej tradycji łatwego podróżowania...

W każdym razie granice na Odrze i Nysie Łużyckiej, w Sudetach i Karpatach szczęśliwie nie są już tak uciążliwe dla podróżujących, jak kiedyś. I nasi rodacy mogą dziś wybierać, czy pragną wypocząć w kraju, czy też delektować się urokami zagranicy, mniej już egzotycznej niż ongiś.

A jedno i drugie rozwiązanie posiada przecież ewidentne zalety. Wczasy w obcych krajach pozwalają poznać inne kultury, inny styl życia, wreszcie – inne tradycje architektoniczne, komponujące się z równie odmiennymi pejzażami. Z drugiej strony – jak pisał przed ponad stu laty niestrudzony erudyta, ksiądz Władysław Sarna – cudze sprawy znać, jest rzecz pożyteczna, a swoje, konieczna. Zresztą, Polska nie jest w stanie oczarować chyba tylko ślepca. Wspaniałe bałtyckie plaże, malownicze pojezierza, pachnące żywicą lasy i pradawne puszcze, góry o wszelkich możliwych gabarytach – od Gór Świętokrzyskich po niebotyczne Tatry, skalne skarby Gór Stołowych i Jury Krakowsko-Częstochowskiej, unikalne wędrujące wydmy, bezcenne zabytkowe zespoły starych miast, urokliwe miasteczka o niedzisiejszej atmosferze, zadbane, eleganckie kurorty i senne wioski, romantyczne zamki i bodaj jeszcze bardziej romantyczne ich ruiny, pyszne zespoły pałacowo-parkowe, niezwykłe sanktuaria i krajobrazowe kalwarie... Do tego dodajmy chlubę Krakowa – największy średniowieczny rynek Europy – i największy średniowieczny zamek Europy, jakim chełpi się Malbork, światowej rangi podziemną trasę turystyczną kopalni soli w Wieliczce (i niewiele jej ustępującą, porównywalną atrakcję Bochni), a to przecież dopiero początek... Piękno polskich pejzaży i walory obcych krajów w urlopowych planach równoważą się więc wzajemnie. Ale jest jeden powód, który zdaje się przeważać szalę na rzecz zagranicy – niezawodna zazdrość sąsiadów. Na pani Gieni nasz wypad do Zakopanego nie zrobi pewnie większego wrażenia, ale zobaczyć jej minę na wieść, iż byliśmy na Cyprze... Bezcenne!

Nie czarujmy się – snobizm zawsze odgrywał niebagatelną rolę w planowaniu wypoczynku. Stąd może ludzie, którzy naprawdę chcą poznać obce kraje i ich kulturę, giną niestety zazwyczaj w masie prostaków o parweniuszowskich manierach, którzy koniecznie muszą pochwalić się pobytem w jakichś „tropikach”, nie bardzo nawet wiedząc po co – poza plażą i najbliższym barem – tam jadą i co ciekawego mogłoby ich na miejscu zachwycić. A zazwyczaj może zachwycić całkiem sporo, ku uciesze bardziej świadomych i ambitnych podróżników. Bo gdyby miało chodzić wyłącznie o słońce, wodę i piasek, to równie dobrze można by się zatrudnić przy obsłudze betoniarki...

Nie może absolutnie dziwić, że w warunkach „otwarcia” granic nasi rodacy coraz częściej zamiast w bajeczny świat Tatr i Podtatrza, opromieniony góralskim folklorem i artystycznymi tradycjami, wybierają rozkoszne alpejskie pejzaże. Wszak tego typu wyniosłości nie uświadczy się nigdzie indziej na naszym kontynencie, a tamtejsze lodowce z pewnością robią nie mniejsze wrażenie od przepaścistych grani Orlej Perci. Co prawda pieniński przełom Dunajca należy do największych europejskich atrakcji, ale za to Alpy – to brzmi dumnie! I dalibóg jest to również renoma zasłużona... Nie dziwi też wybór Morza Śródziemnego czy Adriatyku zamiast swojskiego Morza Bałtyckiego. Bo chociaż barwny folklor kaszubski, monumentalne klify, wąska kosa Półwyspu Helskiego (poniekąd też Mierzei Wiślanej), olbrzymie nadmorskie jeziora i słynne ruchome wydmy Wybrzeża Słowińskiego to prawdziwe skarby, ale turkusowe wody mórz południowych i bardziej sprzyjająca zmarzluchom temperatura odmętów to przecież też atuty nie lada. Konsternacja zapada jednak, gdy pragniemy poza Polską odnaleźć jakiś substytut Warmii i Mazur. Bo tego typu skupiska wielkich jezior nie uświadczymy w Europie absolutnie nigdzie, może poza surowymi zakątkami północno-zachodniej Rosji i Skandynawii.

Pojezierze Mazurskie wraz ze zrośniętym z nim w turystyczną całość Pojezierzem Iławskim (poniekąd tożsamym z historyczną Pogezanią i Pomezanią, czyli Powiślem) to fenomen na europejską skalę. Czyż może nie zachwycić kraina falujących wzgórz, pokrytych łąkami i polami, kraina pradawnych puszcz i niezliczonych, olbrzymich jezior? Nie na darmo nazwane „mazurskim morzem” Śniardwy (113,84 km²) oraz ozdobione licznymi wyspami Mamry (104,4 km²) królują w naszym kraju niepodzielnie, a i w Europie stosunkowo niewielu odnajdują konkurentów... Także wydłużona tafla władającego Pojezierzem Iławskim Jezioraka (34,6 km²) i rozległy mazurski owal Niegocina (26,04 km²) to ścisła polska czołówka błękitnych rekordzistów. Ale obok wyjątkowo tu licznych modrych gigantów, odnajdziemy również wiele średnich i całkiem niewielkich jezior, malowniczo połyskujących w słonecznych promieniach, których piękno w niczym nie ustępuje większym i sławniejszym akwenom. Nie na darmo nazywa się więc Mazury Krainą Tysiąca Jezior, choć lazurowe atrakcje znacznie tu przekraczają ową symboliczną liczbę. Pojezierze Mazurskie to także olbrzymi system szlaków żeglarskich, z powodzeniem wykorzystujących unikalne walory regionu, aby zafundować swoim fascynatom niespotykaną gdzie indziej wielotygodniową przygodę pod żaglami, aby zafundować swoim fascynatom smak niepowtarzalnej przygody, okraszonej blaskiem wieczornych ognisk, a w portach smażoną rybką, „męskimi” trunkami i rozbrzmiewającymi do późnych godzin szantami...

Nic dziwnego, że rozwinęło się tu tak wiele popularnych i gwarnych miejscowości letniskowych, ukochanych i przez żeglarzy, i przez żądnych krajoznawczych doznań, wypoczynku lub nocnych szaleństw turystów. Stoiska z „mazurskimi” pamiątkami, smażalnie ze świeżo wyłowionymi z jezior rybkami, knajpki, szantowe koncerty – oto letnia codzienność i „conocność” Węgorzewa, Giżycka, Mikołajek, Rucianego-Nidy czy Mrągowa, które obok wielbicieli żeglarskich klimatów, przyciąga od lat i „kowbojów”, a obok szant nietrudno usłyszeć ponad falami jeziora Czos i country. Nieopodal imprezowych centrów turystycznych bez problemu odnajdziemy na Mazurach i Warmii także ciche wioski, leniwie rozłożone na skraju jezior, lasów i pól, w których nierzadko więcej ujrzeć można klekocących boćków niż ludzi (na samym kościele w warmińskim Lwowcu rozlokowało się 10 bocianich gniazd!!!). Ową dwoistość Krainy Tysiąca Jezior najlepiej chyba oddaje położenie nieomal po sąsiedzku gwarnych Mikołajek z ich słynną Wioską Żeglarską spokojnej toni jeziora Łuknajno – docenionej przez UNESCO światowej rangi ostoi wodnego ptactwa – na którego dzikiej tafli niejeden szczęśliwiec miał okazję podziwiać naraz dwa tysiące (!!!) łabędzi i osiemnaście tysięcy (!!!) łysek.

Szła kokoszka sadem, Kurczęta za nią śladem, A jastrzómb siod na wziśni Ło tyj kokoszce myśli. I wzioł on ci jó wpoły, Zaniósł kele stodoły, I wzioł ci on jó cudnie, Tym łebkiam na południe, Łogonkiam do punocy, Sam na nió sia potoczuł.1

Ale Pojezierze Mazurskie i Iławskie to nie tylko jeziora i przyroda. To także wspaniałe świątynie ze słynnym sanktuarium w Świętej Lipce – „perłą baroku” na czele, olśniewające zamki biskupów warmińskich (Lidzbark!), zachwycające gotyckie warownie krzyżackie z położoną na skraju Pojezierza Iławskiego i Żuław monumentalną siedzibą wielkich mistrzów w Malborku (niem. Marienburg), który nasi – nawet nie tak odlegli – przodkowie nazywali Malborgiem, na czele i niezwykłe rezydencje arystokracji pruskiej (żeby wspomnieć tylko neogotycki skarb architektury w Sorkwitach, wznoszący się ponad wody Jeziora Lampackiego) oraz polskiej (dość podobny do sorkwickiego pałac Narzymskich w Jabłonowie Pomorskim, położony po sąsiedzku, na Pojezierzu Brodnickim), a także zabytki Olsztyna i Iławy. Czyli wykwintne dzieła rąk ludzkich wspaniale wkomponowane w unikalne pejzaże Pojezierza Iławskiego i Brodnickiego, Warmii i Mazur, zaświadczające o historycznym bogactwie Krainy Tysiąca Jezior...

Świat Wielkich Jezior Mazurskich był bowiem zawsze światem wielokulturowym. Co prawda zwrot „wielokulturowość” przekształca się niestety powoli w wyświechtany slogan, pod jaki próbuje podpiąć się wszystko, co tylko możliwe, ale miejmy nadzieję, że nie zdegeneruje się tak, jak inne piękne słowo – „tolerancja”, które ze szlachetnego hasła stało się ostatnio orężem zideologizowanych ćwierćinteligentów, nie bardzo rozumiejących jego słownikowe znaczenie...

W przepiękne mazurskie krajobrazy szczególnie wpisały się dzieje i kultura trzech narodów: Prusów, Polaków i Niemców. Dawni Prusowie rączo przemykali na swych wierzchowcach przez prastare puszcze, dając się jednocześnie łupieżczymi najazdami mocno we znaki sąsiadom. Stąd feralne decyzje księcia Konrada I Mazowieckiego o nadaniach na niespokojnym pograniczu na rzecz Krzyżaków były w gruncie rzeczy dość racjonalne, chociaż wyszło jak zwykle... Trudno też nie uznać, że zagłada jaka spotkała z niemieckich rąk pruskie plemiona – po części efekt planowej, a po części spontanicznej germanizacji zainteresowanych – była zbyt surową karą za buńczuczność niesfornych Bałtów...

Z kolei Niemcy przynieśli w te strony zdobycze europejskiej kultury oraz rozwój gospodarczy i cywilizacyjny. To oni „odkryli” także Krainę Tysiąca Jezior dla turystyki. Cena za ich siedmiowiekowe „wczasy” na Mazurach była jednak wysoka. Zapłacili ją starci z powierzchni ziemi Prusowie, gnębieni przez stulecia Polacy oraz litewscy, a później rosyjscy sąsiedzi. Tu także wykuwały się dwukrotnie złowrogie potęgi germańskie – krzyżacka i pruska. Obie mogły uformować się dzięki łaskawości polskich władców i obie dotkliwie karmiącą ich rękę pokąsały... Obie powstały też na fundamencie agresji, zbrodni i wiarołomstwa. Ale jakżeby wyglądały Mazury bez czerwonych murów krzyżackich zamków...?

Polacy, chociaż ciążyli ku tym ziemiom od czasów Bolesława I Chrobrego i świętego Wojciecha, pojawili się w Prusach „dopiero” jako osadnicy w dobie rządów Zakonu. Rolnicy z przeludnionego Mazowsza przynieśli tu ze sobą nazwę własną Mazurów (czyli właśnie mieszkańców mazowieckich równin), która po kilku stuleciach z kimkolwiek innym przestała się już kojarzyć. Żyjąc pod niemiecką władzą, kontynuowali przyniesione ze sobą polskie tradycje, jednocześnie wzbogacając się o kolejne, związane już ściśle z tutejszą ziemią. Nowe środowisko, w którym dominowały puszcze i jeziora oraz wieki rozłąki z mazowieckimi pobratymcami, wykształciły dwie charakterystyczne grupy etnograficzne: Mazurów, a na północnym zachodzie Warmiaków (których specyfikę spotęgowała przynależność od drugiego pokoju toruńskiego z 1466 r. do I rozbioru z 1772 r. do Królestwa Polskiego, a w jego ramach do samorządnego księstwa biskupiego). Odrębność mazurskiej gwary, obyczajów i wyznania (ale nie u Warmiaków!) od pozostałych ziem lechickich zadecydowała o oryginalności polskich mieszkańców Prus Wschodnich.

Należy także przypomnieć o mazurskich polach, na których rozegrała się wielka bitwa grunwaldzka, absolutnie kluczowa dla zrozumienia polskiej tradycji, a mająca i poczesne miejsce w wyobrażeniach ogólnosłowiańskich, gdzie jako błyskotliwy triumf nad agresywnym żywiołem germańskim przyćmiła nawet wiktorie Aleksandra Newskiego.

Dawny klasztor staroobrzędowców w WojnowiePośród licznych pomniejszych narodów warto wspomnieć o rosyjskich staroobrzędowcach, uchodzących ongiś pod władzę Prus przed prawosławnym prozelityzmem. Wszak do dziś Wojnowo to oaza niezwykłej kultury Wielkorusów, rozbrzmiewająca cerkiewnymi pieśniami.

Zupełnie inaczej wygląda sprawa z rejonem kaliningradzkim, także częścią historycznych Prus. Ziemie te, z dumnym kantowskim Królewcem (niem. Königsberg) – w XVI w. najprężniejszym ośrodkiem polskiego drukarstwa, przypaść miały po II wojnie światowej odrodzonej Rzeczypospolitej, razem z całymi Prusami Wschodnimi. Polskie siły polityczne traktowały ten postulat jako rekompensatę za niemiecką agresję i koszmar okupacji. Z czasem okazało się, że Polska istotnie otrzyma rekompensatę, ale za... zagrabioną przez Sowietów wschodnią połowę kraju (!!!). Jednak i Kresów za mało było „postępowemu” umysłowi Józefa Stalina, który – wbrew wcześniejszym ustaleniom – położył swoją zachłanną rękę i na Królewcu (teraz Kaliningradzie) wraz z północnymi Prusami. W przeciwieństwie do wojnowskich raskolników, Rosjanie w tej części krzyżackiego dziedzictwa są więc elementem sztucznie „introdukowanym” i całkowicie egzotycznym.

Koniecznie też wspomnieć trzeba o Olędrach. Fascynujący przybysze z północnych Niderlandów i Nadrenii, mający wprawę w gospodarowaniu na podmokłych terenach, odcisnęli piętno na obliczu północnej części ziem polskich. Zakładający swe domostwa na niewielkich wzniesieniach, tam gdzie nie sięgały zachłanne fale roztopów, odróżniający się od okolicznych chłopów etnosem, własnym prawem, mennonickim wyznaniem i względną zamożnością, długo zachowali intrygującą odrębność tradycji i obyczaju, mimo postępującej polonizacji (spotęgowanej faktem oderwania się z czasem prawa olęderskiego od narodowych konotacji). Warto dodać, że Pasłęk w pewnych okresach znany był pod oficjalną nazwą Preussisch Holland...

Nie negując w najmniejszym stopniu olęderskiego, rosyjskiego, a tym bardziej niemieckiego – jakże przecież twórczego i wszechstronnego – wkładu w historyczne i współczesne oblicze dawnej ojczyzny Bałtów, trudno wszakże nie zwrócić uwagi na fakt, że spośród kilku narodów zamieszkujących w różnym czasie Krainę Tysiąca Jezior jedynie dwa z nich – Prusowie i Polacy (Mazurzy) – zaznaczyły się w jej dziejach na tyle wyraziście, aby dać jej obowiązujące w różnym czasie nazwy Prus i Mazur. Tyle że Prusów pamiętają już tylko błękitne tafle jezior i mazurskie puszcze...

Warmiacy i właściwi Mazurzy pędzili pośród pradawnych puszcz i niezliczonych jezior swój żywot spokojnie i zgodnie. Owoce uprawianej w pocie czoła roli, uzupełniane łowionymi w rzekach i jeziorach rybami, zaspokajały ich niewyszukane potrzeby. Z czasem zasłynęli także z wyrobu cenionych tkanin, oryginalnej ceramiki, drewnianych mebli i piecowych kafli. Z podziwu godną wytrwałością kultywowali też mowę przodków i prastare obrzędy. I chyba właśnie dawne rytuały i stare pieśni – mazurskie fraski i warmińskie kurlanki – pozwoliły im przetrwać najtrudniejsze chwile germanizacyjnego naporu.

Dzywczino mniła, naucz sia robzicz, Bo cia nie weźnie żodem królewicz, Walca rajlender. Weźmnie cia tilo szewczik łubogi, Bandziesz mu nosić skóry do wodi, Walca rajlender.

Trwać przy polskości łatwiej było naturalnie Warmiakom. Wszak ich siedziby, które w XV stuleciu znalazły się pod władzą Kazimierza IV Jagiellończyka, należały do Królestwa Polskiego od późnego średniowiecza aż po rozbiory, podczas gdy ludność znad błękitnych wód Śniardw i Jezioraka tego typu tradycji łączności z pozostałymi ziemiami polskimi mieć nie mogła. Katolicką Warmię, pielgrzymującą chętnie do Świętej Lipki, wiele łączyło z Polakami z pozostałych zaborów również w sensie duchowym, co pogłębiło się jeszcze za sprawą... cudu, gdy w 1877 r. młodym Warmiankom w podolsztyńskim Gietrzwałdzie (Dietrichswalde) ukazać się miała przemawiająca doń po polsku Matka Boska.

Takich więzi z poddanymi królów pruskich z Pomorza Gdańskiego i Wielkopolski nie mogli mieć dziewiętnastowieczni Mazurzy właściwi, którzy nie dość, że pod bezpośrednią polską władzą nigdy się wcześniej nie znajdowali, to jeszcze wyznawali luteranizm, „niemiecką wiarę”, co poważnie rozluźniało wzajemne związki, nie na tyle na szczęście, aby rodacy z innych stron – mimo pewnych religijnych uprzedzeń, wynikających z germańskich konotacji wyznań reformowanych – nie przejmowali się ich losem. Rzecz ciekawa, że o ile na Pomorzu postępy protestantyzmu wśród Słowińców przyśpieszyły wyraźnie germanizację (której uniknęli katoliccy Kaszubi Wschodni), o tyle tutaj propagowana przez luterańskich pastorów „moda” na języki narodowe sprzyjała właśnie zachowaniu mazurskiego narzecza, chociaż z tożsamością narodową bywało już różnie, co przecież w społeczności chłopskiej XIX w. nie było żadnym wyjątkiem.

Siydzi dudek na kościele, Robzi psiwo na wesele, A co trocha to przepsije, W domu potam bziołka bzije.

Miały jednak szczęście Mazury do niezwykłych „budzicieli świadomości”, działaczy narodowych, oświatowych i społecznych, w niczym nieustępujących „grasującemu” po Kaszubach Florianowi Ceynowie ani śląskiemu Józefowi Lompie. Koniecznie wspomnieć trzeba nazwiska tej miary, co luterański pastor Krzysztof Celestyn Mrongowiusz (1764–1855) – znakomity pedagog rodem z Olsztynka (Hohenstein), autor słów głoszących, że mowa polska jest piękniejsza i cudniejsza niż język francuski i niemiecki, Gustaw Gizewiusz (1810–1848) z Lecu (Lötzen) – zbierający pieśni Mazurów nieprzejednany wróg germanizacji, nawołujący do uczenia się miejscowego języka przez pruskich urzędników oraz historyk Wojciech Kętrzyński (1838–1918), urodzony w tym samym mieście jako Adalbert von Winkler – „odkrywca” swoich mazurskich korzeni, uczestnik powstania styczniowego (Moje serce zawsze polskie pozostanie!), dyrektor lwowskiego Ossolineum i inicjator powołania w Poznaniu Komitetu Niesienia Pomocy Mazurom. Dzięki ich działalności oraz przywiązaniu do dawnych tradycji Mazurzy oparli się germanizacji, a co więcej – wielu mieszkańców Krainy Tysiąca Jezior odkryło w sobie przynależność do dawno odłączonej gałęzi narodu polskiego.

A Mazury lecą z góry, Kapela iam grała, Tańcyli tak pronkiem pręk Do samego ranka.

Niestety, Wolnej Polsce – II Rzeczypospolitej – nie udało się ani odzyskać przedrozbiorowego stanu posiadania na Warmii, ani też upomnieć o mazurskich pobratymców. Jaśnie oświecone mocarstwa zachodnie zgodziły się wyłącznie na określający przyszłość tych ziem plebiscyt, który pod niemiecką władzą uczciwy być nie mógł... Wiedzieli o tym doskonale Ślązacy, którzy przeciw sposobowi przeprowadzania podobnego referendum wystąpili zbrojnie właśnie gorącym latem 1920 r. Także mieszkańcy Krainy Tysiąca Jezior rychło przekonali się o skuteczności niemieckich bojówek...

W długotrwałą kampanię plebiscytową zaangażowała się spora część polskiego społeczeństwa. Mieczysław Orłowicz spieszył się (nieskutecznie zresztą, bo „poślizg” i tak nastąpił) z oddaniem do druku Ilustrowanego przewodnika po Mazurach Pruskich i Warmii, ale szczególną energią wykazywał się Feliks Nowowiejski, urodzony w Wartemborku (Wartenburg) wychowanek klasztornej szkoły muzycznej w Świętej Lipce (Heiligelinde), który „opuścił Warmię jako Niemiec, a wrócił jako Polak”. Wrócił, aby w rozgrzanej atmosferze tamtych dni zaprezentować Hymn Warmiński:

O Warmjo, moja miła, rodzinna ziemio ma, Tyś mnie do snu tuliła, miłością pieśń ma drga. Zdradziecko byłaś wzięta, bo chytry był nasz wróg. Niewoli srogiej pęta rozerwał dziś sam Bóg! Niewoli srogiej pęta rozerwał dziś sam Bóg! My Warmji wierne dzieci kochamy ten nasz kraj, Po latach burz, zamieci, niech błyśnie szczęścia raj! Olsztyński zamek stary Krzyżactwa mieścił ród. Dziś polskie tam sztandary i odrodzenia cud. Dziś polskie tam sztandary i odrodzenia cud.

Nie był to zresztą jedyny region, któremu głośny kompozytor swoją twórczością przywracał dawno zapomniane związki z polskością. Podobnie było na Pomorzu Zachodnim, dawnej dziedzinie Gryfitów, której już nawet Orłowicz nie był uprzejmy uwzględnić w Przewodniku po ziemiach dawnej Polski, Litwy i Rusi, gdzie w Świnoujściu (Swinemünde), nad wodami spinającej Wolin z Uznamem Świny muzyk pisał Legendę Bałtyku. Ale to rodzinna, biskupia Warmia i ziemie dawno odłączonych od reszty polskiego narodu Mazurów były prawdziwym „oczkiem w głowie” wirtuoza, także gdy trzeba było organizować przedplebiscytowe wiece, okraszane Hymnem Warmińskim.

Mazurski pejzażŁodzie na Jeziorze Nidzkim

W końcu latem 1920 r. mieszkańcy Krainy Tysiąca Jezior ruszyli do urn. Termin był fatalny – bolszewickie hordy ze wschodu zbliżały się do Warszawy, niosąc na zakrwawionych bagnetach hasła „wolności”, „równości” i „postępu”. Rozważny Mazur nie mógł więc nie zastanawiać się, czy polskie państwo, na które chce głosować, ma przed sobą jakąkolwiek przyszłość... Gdyby plebiscyt odbył się już po warszawskiej batalii! A Niemcy, jak to Niemcy – gdy chwilowo brak siły (choć bojówki spisywały się nieźle!), trzeba użyć podstępu... Nie dość, że zwodzili tutejszych działaczy ludowych mglistymi wizjami koncesji na rzecz miejscowego języka, to jeszcze skwapliwie wykorzystali feralną decyzję Komisji Alianckiej, która koniec końców kazała wybierać ludności nie pomiędzy Rzeszą Niemiecką a Rzecząpospolitą Polską, ale między widniejącą na jednej stronie wyborczej karty Polską – Polen a Ostpreussen – Prusami Wschodnimi (!). Czyli: bliskiemu językiem, ale nieznanemu i o niepewnej wówczas przyszłości krajowi przeciwstawiono nie ciemiężące tutejszą ludność państwo niemieckie, a prowincję, z którą mimo wszystko się utożsamiano! W tych warunkach, wykutych przez aliancką ignorancję, tradycyjny niemiecki spryt i kłamliwe obietnice, wsparte „argumentami” bojówek oraz radziecką ofensywą, rozmiar polsko-mazurskiej klęski referendalnej był przytłaczający, chociaż wyniki nie oddawały prawdziwych nastrojów ludności, jakie obecne były przed i rosyjskim marszem na zachód i po nim. Wzywany przez Nowowiejskiego szczęścia raj jeszcze nie „błysnął”. Do Rzeczypospolitej przyłączono ledwie skrawki objętej plebiscytem ziemi w rejonie Janowa i Napromka – drogie polskiemu sercu, ale jednak tylko okruchy z mazurskiego stołu. Do owego stołu zasiadł na dobre Niemiec, który prędko zapomniał o przedplebiscytowych deklaracjach, a zwłaszcza po zwycięskich dla narodowych socjalistów wyborach pokazał, o ile mądrzejszy od swoich warmińsko-mazurskich rodaków był chłop spod Janowa. Nie czas tu i miejsce przypominać o zbrodniach socjalistów – zwłaszcza narodowych – w tej części Europy, ani o ludobójczej polityce gabinetu Adolfa Hitlera. Chcąc jednak uniknąć posądzenia o „szowinizm”, „polski nacjonalizm” i „antyniemieckie kołtuństwo”, wspomnijmy tylko dyplomatycznie, że Trzecia Rzesza Żydów, Serbołużyczan, Romów i Polaków, a więc także Mazurów i Warmiaków, nie miała w zwyczaju faworyzować...

W tym okresie wzajemne związki Polski z Mazurami, Warmią i Powiślem wyraźnie osłabły, a sam Wincenty Witos – trzykrotny premier, a w dobie rządów piłsudczyków lider opozycji demokratycznej, uważany za ludowego trybuna – z zaskakującym lekceważeniem wyrażał się o mazurskich chłopach. Sumieniami wstrząsnęła dopiero głośna książka Melchiora Wańkowicza Na tropach Smętka, epatująca bez zbędnego retuszu ponurą wizją opuszczonego i dręczonego przez Niemców szczepu Polaków.

Koniecznie trzeba jednak wspomnieć o rejonie Działdowa – skrawku mazurskiej krainy, który uniknął niesławnego plebiscytu, należąc niemal od momentu odzyskania niepodległości do II Rzeczypospolitej. Tutaj, pod władzą sanacyjnej Polski, ruch mazurski mógł rozwijać się bez niemieckich prześladowań. I rozwijał się, rychło awansując na najprężniejszy ośrodek mazurskości, także dzięki napływowi uchodźców z Prus Wschodnich. Muzeum Mazurskie, pisane gwarą pisma i kultywowanie ludowych obrzędów stało się na Działdowszczyźnie prawdziwym społecznym fenomenem, nad którym czuwał zwłaszcza Karol Małłek, nie na darmo nazywany „królem Mazurów”.

Osłabła za to społeczna aktywność mieszkańców Pojezierza Mazurskiego i Iławskiego, chociaż wspomnieć trzeba o działalności proboszcza z Brąswałdu (Braunswalde) – księdza Walentego Barczewskiego i urodzonej w tej samej miejscowości poetki Marii Zientary-Malewskiej oraz o fascynacie mazurskości, słynnym poecie i ludoznawcy Michale Kajce. Tymczasem władze tyleż sztucznie, ileż nachalnie zniemczały tradycyjne polskie nazwy miejscowe, jednocześnie ostro gnębiąc warmińsko-mazurskie narzecza. Język, w którym zachowała się wspaniała barokowa składnia dawnej polszczyzny, język, który sami Mazurzy nazywali polskim (a rozumiejąc stale lingwistyczną wspólnotę siebie jako Polaków, definiowali często, choć nie zawsze), uznawany był przez Niemców za prymitywną mowę dzikusów, a sami mieszkańcy jeziornej krainy – za dziwolągi drugorzędnej narodowości lub głupich Polaczków. Świat tak sugestywnie opisany w słynnej książce Wańkowicza był więc światem nad wyraz smutnym. A w dobie wojennej zawieruchy ludność Krainy Tysiąca Jezior, złączona z resztą narodu polskiego doświadczeniem terroru i cierpienia, trafiała w szeregi Batalionów Chłopskich, co stanowiło swoiste preludium zjednoczenia.

Przyszedł wreszcie pamiętny rok 1945. Rok, w którym istotnie niewoli srogiej pęta rozerwał sam Bóg. Rok powrotu po niemal dwustu latach Warmii do „Macierzy”. I chyba tak samo jak ówcześni Warmiacy musieli czuć się ich przodkowie, gdy król Kazimierz IV Jagiellończyk dyktował pokonanemu wielkiemu mistrzowi Ludwikowi von Erlichshausenowi warunki drugiego pokoju toruńskiego. Rok, w którym Mazury i Mazurzy po długotrwałym oczekiwaniu stawali się wreszcie częścią Polski. Rok, w którym siedemset lat niemieckiej władzy i siedemset lat germanizacji tych ziem odeszło na dobre w przeszłość.

Tak na płaszczyźnie symbolicznej ów rok wyglądał, jednak w wielu wioskach Warmii i Mazur wyglądał zupełnie inaczej. Powitał bowiem Mazurów i Warmiaków falą radzieckich gwałtów, grabieży i rozbojów, a wyczekiwany przez pokolenia upadek niemieckiej władzy okazał się kolejnym dramatem. Straszliwy los potrafili też zgotować miejscowej ludności przedstawiciele nowej, polskiej władzy oraz napływający do królestwa Śniardw rodacy. Do dawnych niemieckich represji doszły wszak nowe zbrodnie, najpierw radzieckie, a później polskie, albowiem w interesie poniżanych Mazurów nikt stanąć nie zamierzał, skoro – wbrew oficjalnym deklaracjom – mało kto uważał ich naprawdę za „swoich”. I gdy bolesna fala nieprawości już się przetoczyła, pewnie w wielu wioskach spłynęły do jezior nowe łzy rozpaczy, podczas gdy w innych, mniej udręczonych powojenną zawieruchą, po latach germańskiej buty i rozłąki z Polską zapewne niejeden Mazur na widok polskiego żołnierza, polskiego milicjanta, polskiego urzędnika otarł z twarzy łzę wzruszenia lub zanucił jakąś wesołą fraskę...

A weź mnie do tanecka Abo mnie daj komu, Bo jo, bziedna dziewczynecka, Jiśc nusa do domu. Som ciebzie nie wezma I nie dom nikomu, A kam nocka chodziułaś, Z tam jidź do domu.

Cokolwiek by mówić o władzy Polskiej Partii Robotniczej, o rękach czerwonych od krwi nie tylko niemieckich okupantów, lecz także od krwi bratniej, władzy, która frymarczyła polską ziemią na wschodzie (a nawet rejon Królewca oddała Sowietom w duchu pokory), to właśnie ona osiągnęła to, co nie udało się II Rzeczypospolitej – odzyskanie Warmii i przygarnięcie Mazur. Pewnie zrobiłaby to w podobnych okolicznościach każda polska władza (z większymi z pewnością skrupułami wobec zagłady Kresów!), ale tak się złożyło, że realnie ów sukces zapełnia akurat konto gabinetu Edwarda Osóbki-Morawskiego, skądinąd PPS-owca.

Warmińsko-mazurskie tradycje zajęły należne im miejsce w kulturze polskiej, wraz z legendarnym Królem Sielaw, „więzionym” do dziś w Mikołajkach. W szczególny sposób uhonorowano dziewiętnastowiecznych „budzicieli świadomości”. I tak ku czci Gizewiusza Lec przemianowano na Giżycko, Mrongowiusz stał się patronem Ządzborka (Sensburg) – teraz Mrągowa, duch Wojciecha Kętrzyńskiego miał odtąd unosić się nad Rastemborkiem vel Rastenburgiem, nazwanym oficjalnie Kętrzynem, a ksiądz Barczewski został ojcem-eponimem Wartemborku, czyli Barczewa. Odbudowywano kraj z wojennych zniszczeń, a rychło raz jeszcze „odkryto” Krainę Tysiąca Jezior dla turystyki, tym razem polskiej...

Jednak już wkrótce rządzący „obóz lewicy rewolucyjnej” – komuniści i ich sojusznicy – pokazał swoje prawdziwe oblicze. Oblicze władzy, która w imię „modernizacji” zwalcza dawne tradycje, a w imię „postępu” okazuje pogardę regionalnym, „zaściankowym” odrębnościom i wszelkim odrębnościom w ogóle. „Światli” lewicowcy wkrótce pokazali pobożnym, katolickim Warmiakom, jak chcą postępować z przedstawicielami „klerykalnego” „Ciemnogrodu”. Z drugiej strony, rządzący internacjonaliści i kosmopolici, używający dla uwiarygodnienia się haseł patriotycznych i narodowych, z właściwą kiepskiemu aktorowi, nie umiejącemu dobrze wczuć się w odgrywaną rolę topornością (czyż to nie nadal aktualne?), uznali rychło wyznających „niemiecką wiarę” Mazurów za politycznie podejrzanych. Upragniony tak niedawno lud dawnych Prus Wschodnich (a także rejonu Działdowa!), potraktowany został wkrótce jak niczym nie imponująca brzydka panna bez posagu. A przecież wniósł on Polsce w wianie tak wiele – niesamowitą Krainę Tysiąca Jezior...

Kedy bułam młodó dziewczyneczkó, Zaglóndali do mnie chłopcy łod klucza dureczkó, A tero nie chodzo, bo sia zestorzała, Ludzie na ma poziadajó, zem chłopców kochała.

Ktokolwiek by jednak nie rządził, obciąża to całą Rzeczpospolitą Polską. Zresztą i Polacy z innych stron kraju nie stanęli na wysokości zadania. Mazurzy poznali rodaków głównie jako napływających zewsząd szabrowników, a także brutali i gwałcicieli, których tolerowali przedstawiciele nowej, polskiej władzy. Ich władzy... Władzy tak bezwzględnej w innych częściach kraju, a na Ziemiach Odzyskanych jakoś dziwnie bezradnej wobec grabieży... Z kolei nowi osadnicy z utraconych Kresów i bardziej dotkniętych wojną regionów byli po tragicznych doświadczeniach okupacyjnego terroru wyraźnie – choć w sposób zrozumiały! – uprzedzeni do wszystkiego co „poniemieckie”, a więc także do ludności żyjącej pośród zabudowań z pruskiego muru, czytającej książki pisane szwabachą (któż się w nie wczytywał, aby odkryć pod pseudogotycką czcionką piękną polszczyznę?) i często wyznających „niemiecką wiarę”...

Grabieże, jakich dopuszczały się polskie władze i sami Polacy, szykany ze strony komunistycznego państwa, zwalczającego stare obyczaje, religię i wszelkie odrębności, napływ niechętnej im ludności – to wszystko sprawiło, że Warmiacy i właściwi Mazurzy bardzo szybko zniechęcili się do Polski. Do Polski, która była marzeniem tak wielu ich przodków... Wytrwawszy niemieckie naciski, propagandę i terror w imię przywiązania do swoich tradycji i polskiej mowy, teraz poczuli się przez odrodzoną Rzeczpospolitą potraktowani niczym wojenny łup, a nie jak – mimo pewnych czysto symbolicznych gestów – mile widziani krewni... Albowiem ciężkie winy i zbrodnie wobec Mazurów obciążają jednako wiele pokoleń pełnych dlań pogardy Niemców (niezależnie od zmieniających się w Prusach i Rzeszy ustrojów), brutalnych Sowietów z Armii Czerwonej oraz Polaków – zarówno przedstawicieli władzy, jak i społeczeństwa – za co winniśmy wciąż bić się w piersi...

„Pielgrzymujący” do przedstawicieli władzy „ludowej” mazurski lud usłyszał wkrótce z ich ust, że... Mazurzy nie sprawdzili się jako bracia Polacy (!!!). Groźnie brzmiąca deklaracja stała się smutnym mottem wdrażanej stopniowo wobec mieszkańców Krainy Tysiąca Jezior polityki „integracji”. Polityki polegającej na dosłownym wypychaniu Warmiaków i Mazurów do... Republiki Federalnej Niemiec. Smutny był to widok, gdy tysiące uchodźców znad Śniardw i Mamrów nieomal zmuszone zostały przez polską władzę do ponurego exodusu śladem dawnych niemieckich prześladowców... Drugą metodą „integracji społeczeństwa” było zachęcanie do osiedlania się w krainie borów i jezior przybyszów z innych części kraju. Przybyszów, którzy ową krainę szczerze pokochali, ale o pradawnych mazurskich tradycjach pojęcia mieć nie mogli. Żyjąca od wieków nad błękitnymi zwierciadłami Wielkich Jezior Mazurskich ludność, osłabiana liczebnie przez odpływ rzesz pobratymców do RFN, roztapiała się coraz bardziej w morzu nowych mieszkańców. Jeśli dodać do tego postawę ludzi młodych, wstydzących się „wieśniackiej” gwary rodziców i dziadków, ukaże nam się w pełni obraz postępującej zagłady uroczego mazurskiego „zaścianka”. Miejscowe narzecza zamilkły w tej Polsce, o której marzyły pokolenia...2

Tradycyjna mazurska chata w KlonieZabudowania mazurskie w Klonie

Co pozostało? Unikalny zespół tradycyjnych zabudowań w Klonie, parę dawnych językowych nawyków u ludzi starszych, trochę spisanych pieśni i garść legend, przypominanych już niemal wyłącznie przez propagatorów turystyki, skanseny, muzea i zespoły folklorystyczne, które udatnie przenoszą nas w świat urokliwej dawności, ale tylko w formie przedstawienia, inscenizacji, a nie ilustracji dzisiejszego oblicza Krainy Tysiąca Jezior... Spontaniczny czar tradycji zachowali już więc nie tyle Mazurzy, ile raczej wojnowscy filipponi...

Od 1969 r. codziennie w samo południe rozlega się w Olsztynie hejnał, płynący z ratuszowej wieży – melodia dostojnego Hymnu Warmińskiego. Dwadzieścia lat po tej dacie zainaugurowano Świętolipskie Wieczory Muzyczne, w czasie których każdy wykonawca zagrać musi choć jeden utwór Feliksa Nowowiejskiego. Zachował się pielgrzymkowy charakter Gietrzwałdu i właśnie Świętej Lipki. Każdy chyba pamięta też sympatyczną piosenkę o córce rybaka, Mazura z Mazur i nastrojowe Goniąc kormorany (regionalizm to trochę wątpliwy, ale zawsze). Dużo to czy mało? Chyba nie za wiele...

Pozostały niesamowite pejzaże Wielkich Jezior Mazurskich i smak żeglarskiej przygody. Pozostały wspaniałe zabytki polskiej i niemieckiej architektury. Ciche, senne wioski i gwarne turystyczne centra, gdzie dla odmiany o sen niełatwo. I niczym nieskrępowana wolność w rytm szantowych szlagierów, jakimi rozbrzmiewają Giżycko, Mikołajki, Ruciane-Nida, Węgorzewo i niezliczona ilość biwaków, wyrastających na odludziach ponad ciemną taflą bezkresnych jezior, w których księżyc przegląda się na równi z blaskiem ognisk. Także w rytm mrągowskiego country... Ale już bez mazurskich frasek i warmińskich kurlanek...

Bartłomiej Grzegorz Sala
  1. Teksty pieśni ludowych za: www.prusa.strefa.pl/forum/viewtopic.php?t=294 oraz www.prusa.strefa.pl/forum/viewtopic,php?t=299.

  2. O historii Prus Wschodnich, mazurskich tradycjach i losach Mazurów zob. więcej w: E. Kruk, Warmia i Mazury, Wrocław 2004. Warto też polecić dzieła przytoczonych w tekście twórców, z Melchiorem Wańkowiczem na czele oraz wzmiankowaną przedwojenną pozycję Mieczysława Orłowicza Ilustrowany przewodnik po Mazurach Pruskich i Warmii, Lwów-Warszawa 1922.

Najpopularniejsze Podróże małe i dużeAlbania, najczęściej zadawane pytania – przewodnikKsamil / Εξαμίλια (Albania) – Raj na ziemi – przewodnikPalenica Białczańska – Wodogrzmoty Mickiewicza – Morskie Oko (Tatry) – przewodnikKłodzko i Kotlina KłodzkaWisła Czarne – Kaskady Rodła – Barania Góra – Przysłop – Wisła Czarne (Beskid Śląski) – przewodnik
Najwyżej oceniane Podróże małe i dużeKrzywy zaolziański Kościół św. Piotra z Alkantary, Karwina (Czechy)Palenica Białczańska – Morskie Oko – Szpiglasowy Wierch – Dolina Pięciu Stawów Polskich – przewodnik (Tatry)Łysa Góra (Góry Świętokrzyskie)Karnawał w OsloŚwiątynia Lotosu (Delhi)
PrzewodnikiAlbaniaNepalPolskaRumunia
Najpopularniejsze zdjęcie w dzialePlaża w Ksamil (Albania)Najwyżej oceniane:Kościół św. Andrzeja, Kraków
Oceń zamieszczony obok artykuł.
Minister kazał, więc uprzejmie informujemy, że nasze strony wykorzystują pliki cookies (ciasteczka) i inne dziwne technologie m.in. w celach statystycznych. Jeśli Ci to przeszkadza, możesz je zablokować, zmieniając ustawienia swojej przeglądarki. Więcej informacji znajdziesz w artykule: Pliki cookies (ciasteczka) i podobne technologie.