Historia

W cieniu płockiej katedry, czyli o książętach, biskupach i mariawitach

Wzgórze Tumskie w Płocku od strony miastaSzeroko rozpowszechniony jest pogląd, że Polska w swych długich i burzliwych dziejach posiadała kolejno trzy stolice: Gniezno, Kraków i Warszawę. Pogląd taki znakomicie oddaje rolę w polskiej tradycji grodu Lecha i świętego Wojciecha, grodu Kraka, Smoka Wawelskiego i świętego Stanisława oraz grodu sympatycznej Syrenki. W rzeczywistości sprawa jest jednak dużo bardziej skomplikowana. Zresztą, także „przenoszenie” stolicy z jednego miejsca na drugie trwało u nas zwykle – bagatela! – przeszło dwieście lat.

I tak po zniszczeniu przez Czechów Gniezna, książę Kazimierz I Odnowiciel za siedzibę obrać sobie musiał Kraków, lecz nowa siedziba monarsza nie zagroziła formalnie znaczeniu odbudowywanej z wolna starej stolicy, gdzie nadal odbywały się królewskie koronacje i (po krótkiej przerwie) nadal rezydował arcybiskup. Dopiero ustawa sukcesyjna Bolesława III Krzywoustego z 1138 r. wskazała oficjalnie Gród Kraka jako siedzibę najwyższych władz polskiej monarchii, choć w kwestii koronacyjnej Gniezno wciąż pozostało lechickim Reims. Dopiero gdy Władysław I Łokietek uzyskał od papieża Jana XXII zgodę na koronację, pod warunkiem, że nie naruszy tym aktem niczyich praw (oczywista aluzja do pretensji władcy Czech Jana I Luksemburczyka), przebiegły Piastowicz dopełnił ceremonii w Krakowie, a w jego ślady poszli i kolejni monarchowie. Gród Kraka skupił zatem w 1320 r. wszystkie funkcje stołeczne (zwłaszcza, że dostojnicy kościelni z Gniezna przestali być w XIV stuleciu jedynymi arcybiskupami Królestwa Polskiego, dzieląc ten zaszczyt z metropolitami Halicza, a później Lwowa, na pocieszenie otrzymując rychło tytuł prymasa).

Sprawa skomplikowała się wraz z powstaniem w 1569 r. Rzeczypospolitej Królestwa Polskiego i Wielkiego Księstwa Litewskiego, z dwoma równorzędnymi stolicami – Krakowem dla Polski (Korony) i Wilnem dla Litwy, skoro wspólny sejm zbierać się miał w Warszawie i Grodnie. Co prawda pozostawanie siedzibą parlamentu – jak to widzimy dziś w całej wyrazistości – żadnemu miastu zaszczytu nie przynosi, ale świeżo włączona do Królestwa Polskiego, za to centralnie położona Warszawa zaznaczyła swoje ambicje, tym bardziej, że w 1572 r. na gruntach leżącej obok wsi Kamień dokonano pierwszej wolnej elekcji, a kolejne odbywały się w podwarszawskiej Woli. Po dramatycznym pożarze Wawelu w 1595 r. Zygmunt III Waza zlecił odbudowę krakowskiego zamku, ale coraz częściej bywał w Warszawie, by w 1611 r. osiąść tam na stałe. A że miasto przypadło do gustu także jego następcom, przeto Gród Syreny stał się tym samym faktyczną stolicą Korony, a nawet całej Rzeczypospolitej, jako główna siedziba monarchy i parlamentu. Formalną nadal pozostawał podupadający Kraków, gdzie wciąż odbywały się koronacje i pogrzeby królewskie. Dopiero w 1705 r. Stanisław I Leszczyński przyjął koronę w warszawskiej katedrze świętego Jana, w wyjątkowych wszakże okolicznościach wojny domowej i dwukrólewia, a nawet braku tradycyjnych insygniów. Był to zatem akt jednorazowy, zaś August III Sas ani myślał wybierać na koronację inne miejsce niż Wawel. Jednak już Stanisław II August poszedł w ślady swojego imiennika, skoro sejm konwokacyjny stwierdził, iż nadpustoszałość zamku królewskiego [wawelskiego] i inne ważne przyczyny nie pozwalają nam podług praw starodawnych iść zwyczajem, toteż korona ozdobiła skronie „króla Stasia” w warszawskiej katedrze. W ten sposób po półtora wieku faktyczna stolica w Warszawie przejmowała i oficjalne stołeczne atrybuty. Czy jednak znów tylko czasowo, czy też na stałe – tego przed rozbiorami rozstrzygnąć już nie zdołano... Jeśli nie liczyć Księstwa Warszawskiego – które miało być formalnie właśnie „warszawskim”, a nie „polskim” – oficjalną i niepodważalną stolicą Polski stała się Warszawa w 1815 r. Wskrzeszone Królestwo Polskie w jej murach skupiało rezydencję króla, jego namiestnika, Naczelnego Wodza i parlamentu oraz wszystkie najważniejsze urzędy, a w 1829 r. odbyła się trzecia warszawska koronacja Mikołaja I. Kraków tymczasem pozostał wolnym miastem, a po włączeniu do Galicji nie mógł w żaden sposób podjąć konkurencji ze stołecznym Lwowem, skupiając się raczej – jak Gniezno – na strzeżeniu pamiątek przeszłości. Stołeczność Warszawy, ustanowiona faktycznie w 1611 r., a zatwierdzona oficjalnie w 1815 r., nie budziła zatem po 1918 r. żadnych wątpliwości.

Obok Gniezna, Krakowa i Warszawy miała Polska także tymczasowe „stolice”, które nigdy do takiej roli nie aspirując stały się przecież doraźnie siedzibą jej najwyższych władz. W dobie szwedzkiego „potopu”, kiedy skandynawski najeźdźca mocną ręką pochwycił i Warszawę, i Kraków, powracający do kraju król Jan II Kazimierz rezydował kolejno w Starej Lubowli (trafiły tutaj wcześniej również insygnia koronacyjne i skarbiec koronny) i Lwowie (gdzie złożył słynne śluby), z których wzywał naród do walki z agresorem. W bardziej jeszcze dramatycznych okolicznościach polskie władze udając się w 1939 r. na „przedmoście rumuńskie” zatrzymywały się w wielu miejscach, a z niektórych marszałek Edward Śmigły-Rydz wydawał jeszcze rozkazy. Najważniejszym z nich była bodaj Ołyka – miejsce tygodniowego postoju prezydenta Ignacego Mościckiego, do którego przybywali na narady Wódz Naczelny, premier-generał Felicjan Sławoj-Składkowski i ministrowie. Ostatnią taką przystanią były Kuty. Gdy zaś Warszawa pozostawała nadal w rękach Niemców, Polski Komitet Wyzwolenia Narodowego w 1944 r. na swoją siedzibę wybrał najpierw wyzwolony Chełm, a później Lublin, skąd w 1945 r. trafił do wolnej już Warszawy (w każdym razie wolnej w rozumieniu polityczno-państwowym) jako Rząd Tymczasowy Rzeczypospolitej Polskiej. Stołeczność Starej Lubowli, Lwowa, Ołyki, Kut, Chełma czy Lublina jest wszakże dyskusyjna: stanowiły one tymczasowe siedziby władz niejako zastępczo i tylko do czasu wyparcia wroga, gdy utrwalonej pozycji Warszawy nikt nie zamierzał podważać.

I jeżeli utarty pogląd o trzech stolicach – w Gnieźnie, Krakowie i Warszawie – nie jest do końca prawdziwy, to nie z powodu tymczasowych siedzib władzy. W rzeczywistości Polska na przestrzeni swych dziejów miała aż pięć stolic, a jeśli o dwóch z nich nie pamiętamy, to tylko dlatego, że były nimi stosunkowo krótko. Ale czy godzi się w ten sposób usprawiedliwiać powszechną ignorancję?

W XIII stuleciu Kraków był oficjalną siedzibą zwierzchnich książąt Polski (ich władza nad krewniakami pozostawała wszakże już czysto honorowa), a Gniezno miastem koronacyjnym, co wobec braku od XI w. władców ozdobionych królewską koroną nie mogło mieć znaczenia innego nad symboliczne. Ostatnia dekada stulecia wiele jednak zmieniła. W Krakowie panował Wacław I z czeskiego rodu Przemyślidów (w Czechach znany jest jako Wacław II, u nas musi być nazywany inaczej, nie miał bowiem nad Wisłą poprzednika o tym imieniu), kiedy niespodziewanie w katedrze gnieźnieńskiej najprawdziwsza korona spoczęła na skroniach księcia wielkopolskiego i pomorskiego Przemysła II. Arcybiskup Jakub Świnka namaścił króla Przemysła I... Nie miało już znaczenia, kto pozostaje księciem krakowskim – liczyło się tylko wątłe terytorialnie (podobnie zresztą jak po 1320 czy 1815 r.), bo ograniczone do Wielkopolski i Pomorza Gdańskiego, ale posiadające kolebkę państwa i dynastii oraz dostęp do morza, ozdobione koroną Bolesławów Królestwo Polskie. Z szacunkiem odnosił się nowy król do pradawnego Gniezna, w którym wciąż dokonywać się miały uroczyste wyniesienia na tron, ale swoją główną siedzibą uczynił zamek w Poznaniu. W ten sposób stare Gniezno i „nowy” Poznań przypominać miały późniejszy układ, którego ogniskami miały być od czasów Zygmunta III Wazy Kraków i Warszawa. Z tym że królewskie pogrzeby doby monarchii Przemysła I odbywać się miały w poznańskiej, a nie gnieźnieńskiej katedrze. Zaiste, trudno zaprzeczyć, że w 1295 r. Poznań stał się faktyczną stolicą Polski. Niestety, niedługo mógł się tą rangą nacieszyć – śmierć króla Przemysła I z rąk brandenburskich napastników zakończyła losy jego monarchii już w następnym roku... Wszystko powróciło do dawnego stanu dzielnicowego rozbicia z symbolicznym zwierzchnictwem księcia krakowskiego Wacława I. Ten, pojąwszy za żonę córkę Przemysła I, sam przyjmie w 1300 r. koronę w Gnieźnie z rąk tego samego Jakuba Świnki. Poczciwy arcybiskup był bowiem do tego stopnia apostołem zjednoczenia Polski, że obojętną mu była dynastia, która miała owego dzieła dokonać. Królestwo Polskie Wacława I i Wacława II (zapominany ów polski monarcha w Czechach panował naturalnie jako Wacław III) większym było od poprzedniego, obejmowało bowiem Małopolskę, ziemię łęczycko-sieradzką, Wielkopolskę i Pomorze Gdańskie. Ale, że obaj władcy rezydowali w Pradze – ostatecznego wyboru pomiędzy Gnieznem, Krakowem i Poznaniem nie dokonano. I znów sztylet, który zakończył życie drugiego i ostatniego króla Czech i Polski, przyniósł powrót dzielnicowego rozdrobnienia. Zakończy je trzecia próba w wykonaniu Władysława I Łokietka, choć nowe Królestwo Polskie będzie pod względem terytorialnym regresem wobec władztwa Przemyślidów, obejmując tylko Małopolskę, Wielkopolskę i ziemię łęczycko-sieradzką, bez zagarniętego wiarołomnie przez Krzyżaków Pomorza Gdańskiego. Będzie to jednak nareszcie dzieło trwałe, zaś o powiększenie terytorium państwa skutecznie zadbają następcy dzielnego króla. A jak Władysław I Łokietek rozstrzygnął kwestię stolicy małej, ale zjednoczonej monarchii – pamiętamy. Pamiętajmy więc i o Poznaniu jako stolicy Polski Przemysła I...

Podobne rzeczy jak w Wielkopolsce działy się i na Mazowszu. W obu tych krainach pierwotnie najważniejszy z grodów – odpowiednio Gniezno i Płock – został z czasem zdominowany przez szybciej rozwijającego się konkurenta – Poznań i Warszawę. Tyle, że o ile Poznań – choć długo ustępował znaczeniem Gnieznu – posiadał równie dawną co ono metrykę, o tyle Warszawa była miastem stosunkowo młodym (nie sięgającym w każdym razie zarania polskich dziejów), które nim wydarło Krakowowi atrybuty stolicy, najpierw zdystansować musiało pradawną mazowiecką metropolię – Płock. A warto przypomnieć, że równe pół tysiąclecia przed Zygmuntem III Wazą, owa pradawna mazowiecka metropolia także pozostawała faktyczną stolicą Polski...

Wisła u stóp Wzgórza Tumskiego w PłockuPłocki odwach

Pierwsze przyłączenie Mazowsza do państwa Piastów, którego drogą podboju dokonali zapewne przodkowie Mieszka I (może Leszek I?), nie wygasiło miejscowego separatyzmu, który doszedł do głosu wraz z załamaniem się polskiej monarchii w latach 30. XI stulecia. Niezależne księstwo mazowieckie Miecława na nowo przyłączył jej wskrzesiciel – Kazimierz I Odnowiciel, ale przecież z jakichś przyczyn osadzono w Płocku juniora dynastii – Władysława Hermana. A kiedy kolejna możnowładcza rewolucja obaliła w 1079 r. królestwo Bolesława II Szczodrego i wyniosła na książęcy już tylko tron polski owego beniaminka, Władysław I Herman nieszczególnie kwapił się do prastarego Gniezna, ani do „nowego” Krakowa, ale wciąż najchętniej rezydował w Płocku. Tym samym Gród Lecha pozostał oficjalną stolicą, ale faktyczna przeniosła się niczym fale Wisły z Małopolski na Mazowsze. Nawet zmuszony do wydzielenia dzielnic swym synom, oddał im książę we władanie Wielkopolskę, Małopolskę i Śląsk – fakt, że bez samego Gniezna, Krakowa, Wrocławia i Sandomierza – ale sprawując nad nimi zwierzchnictwo, zachował dla siebie Mazowsze jako dzielnicę senioralną z płocką stolicą. Po śmierci w 1102 r. Władysława I Hermana bracia przejęli cztery główne grody swych dzielnic, a Zbigniew I jako starszy wiekiem i może rangą (princeps?) zajął Mazowsze i nadal rządził Polską z Płocka. Bolesław III Krzywousty pokonał go, zjednoczył kraj, powiększył jego granice i... wciąż rezydował głównie w Płocku. Dopiero pod koniec życia powrócił do koncepcji Kazimierza I Odnowiciela i Bolesława II Szczodrego, po raz pierwszy oficjalnie wskazując Kraków jako stolicę – siedzibę księcia zwierzchniego w myśl swojej ustawy sukcesyjnej. Niemniej Płock pozostawał w przeciągu panowania trzech władców faktyczną stolicą Polski, pełniąc tę rolę przez niemal sześć dekad, jakie dzielą rok 1079 od 1138. O roli tej przypominają szczątki Władysława I Hermana i Bolesława III Krzywoustego, spoczywające w płockiej katedrze, której Kaplica Królewska stanowi tym samym jedną z nekropolii polskich władców.

Także w okresie rozbicia dzielnicowego pozostawał Płock w naturalny sposób niekwestionowaną stolicą księstwa mazowieckiego do czasu, aż zaczęło się ono dzielić i wraz z nowymi dzielnicami kreować nowe książęce siedziby. Na przełomie XIII i XIV stulecia, w dużej mierze dzięki księciu Januszowi I Starszemu, rozpoczęła się niezwykła kariera Warszawy, która z czasem zdystansować miała nobliwą płocką metropolię, tym bardziej, gdy Kazimierz III Wielki włączył Płock do Królestwa Polskiego, pozostawiając Warszawę głównym grodem Piastów mazowieckich. A ta, anektowana do Królestwa Polskiego przez Zygmunta I Starego, rychło rywalizować zaczęła skutecznie z samym Krakowem. To wszystko już wiemy. Ale czy pamiętamy, że to już druga stolica Polski położona na Mazowszu? Że Zygmunt III Waza poszedł w ślady Władysława I Hermana? Że Płockowi – tak jak i Poznaniowi – należy się splendor równy Gnieznu, Krakowowi i Warszawie? Dodajmy też, że już w drugiej połowie XI stulecia Płock stał się siedzibą biskupstwa, co było nie lada wyróżnieniem.

Serce prastarego Płocka, Płocka stołecznego, Płocka książąt i biskupów bije na Wzgórzu Tumskim. I jeśli ozdobione blokami i bezstylową, nowoczesną zabudową ulice, które istotnie nie robią najlepszego wrażenia, nie zdołają przekonać nas o urodzie miasta – zrobi to bez wątpienia jego historyczne centrum. Już reprezentacyjna ulica Tumska z fenomenalnym Muzeum Mazowieckim w secesyjnej kamienicy Stanisława Górnickiego i nie pozbawiony uroku Stary Rynek ukażą nam czarowne oblicze grodu, a plac Gabriela Narutowicza godnie otworzy najwspanialszy zakątek miasta. Wzgórze Tumskie, przeglądające się w szeroko rozlanej w dole Wiśle, ozdobionej intrygującym molo i przystanią łódek, to bowiem najprawdziwszy płocki Wawel, gdzie u korzeni piastowskiego grodu, w dawnej siedzibie władzy książęcej i biskupiej zaklęte zostało tchnienie dawnych wieków. W cieniu niewielkiego, lecz nastrojowego parku, u stóp którego dostojnie rozlewa się królewska Wisła, wyrosły dwa niezwykłe pomniki dziejów Polski. Pierwszym z nich jest dzwonnica, która wraz z przyległymi zabudowaniami stanowi relikt dawnego zamku książęcego (po 1351 r. królewskiego), albowiem najpiękniejsza jego część runęła w 1532 r. z wyniosłej skarpy wzgórza w wiślane fale. Drugi to wspaniała romańsko-gotycka katedra, wzniesiona w 1144 r. przez biskupa Aleksandra z Malonne, wielokrotnie przebudowywana i remontowana w kolejnych wiekach. Jako ciekawostkę dodajmy, że gdy w latach 1901–1903 dokonywano jej romanizacji, zacny Stefan Szyller nie miał świadomości, iż renesansowi budowniczowie – Bernardyn (Bernardino) de Gianotis i Jan (Giovanni) Cini – przesunęli na południe oś świątyni, która teraz otrzymać miała rzekomo kształt najbardziej zbliżony do pierwotnego. Do katedry prowadzą słynne Drzwi Płockie (a obecnie ich kopia), zamówione w 1154 r. w Magdeburgu, które nieprzypadkowo wywołują skojarzenia z Drzwiami Gnieźnieńskimi. Pod północną wieżą znajduje się zaś Kaplica Królewska, gdzie wiecznym snem spoczywają Władysław I Herman i Bolesław III Krzywousty, którzy ze Wzgórza Tumskiego sprawowali swe rządy nad całą Polską. Jest to w każdym razie trzecia – po katedrach krakowskiej i poznańskiej – nekropolia jej władców. Kaplicę Królewską ostatecznie urządzono w 1825 r., a piękny sarkofag dla dwóch naszych książąt, którzy szczególnie gród ukochali, wykonał Zygmunt Vogel. Znaczenie płockiej katedry dla dziejów Polski znakomicie oddał twórca polichromii z początku XX stulecia – Władysław Drapiewski, śmiało łącząc motywy religijne i narodowe.

Płocka dzwonnica – pozostałość zamku królewskiegoDzwonnica na Wzgórzu Tumskim w PłockuTablica pamiątkowa w Płocku

Tak znaczące patriotyczne akcenty jak pamięć o dawnej stołeczności oraz prochy dwóch władców z rodu „przyrodzonych panów Królestwa”, później zaś liczne ślady Fryderyka Szopena, pozostawały dla piastowskiego grodu nieustannym zobowiązaniem. A zobowiązanie to Płock zawsze wypełniał wzorowo. W 1831 r. tutaj znajdowała się ostatnia siedziba Rządu Narodowego, a w czasie wojny z Rosją i bitwy warszawskiej w 1920 r. miasto zapisało najwspanialszą bojową kartę, kluczową dla przebiegu zmagań z bolszewikami. I gdy Józef Piłsudski odznaczał za boje lat 1918–1920 Lwów orderem Virtuti Militari, Płock otrzymał od niego Krzyż Walecznych i zaszczytny a zasłużony tytuł „miasta-bohatera”...

W kraju, którego dzieje i kultura na dobre i na złe związały się z Kościołem katolickim do tego stopnia, że prymas stawał się tymczasową głową państwa – rodzajem prezydenta – na czas bezkrólewia, w oczywisty sposób z tradycjami patriotycznymi łączyły się i religijne, czego istnienie w Płocku jednego z najstarszych polskich biskupstw jest najlepszym dowodem. Nieprzypadkowo też pradawne serce grodu bije w ozdobionej książęcymi pochówkami katedrze. Ale obok wspaniałych rzymskokatolickich tradycji, Płock stał się także kolebką i głównym ośrodkiem intrygującego ruchu mariawickiego, a później samodzielnego Kościoła mariawitów – drugiego obok Kościoła polskokatolickiego oryginalnego polskiego wyznania chrześcijańskiego.

O ukochany klasztorku nasz szary, Każdy twój kącik sercu taki drogi, Tu miłosierdzia hojnie śle Pan dary, Sercom ubogich sług Swoich daje pokój błogi.

Oto w sierpniu 1893 r. klaryska Maria Franciszka (właściwie Feliksa) Kozłowska, rodem z Wielicznej pod Węgrowem, doznać miała w Płocku objawienia, w którym Chrystus nakazał jej utworzenie nowego zgromadzenia, mającego przywrócić dyscyplinę wśród katolickich kapłanów, głosić pokorę, miłość i wstrzemięźliwość oraz orędzie... Bożego Miłosierdzia, bardzo podobne do tego, jakie znacznie później otrzymać miała siostra Faustyna Kowalska. Nazwa zakonu pochodzić miała od samego Zbawiciela, który zalecał Mateczce Kozłowskiej, aby jego członkowie naśladowali Mariae vitam. Mateczka zebrała treść objawień w Dziele Wielkiego Miłosierdzia, a jego gorliwym akolitą stał się z czasem spowiednik siostry Marii Franciszki – ksiądz Jan Maria Kowalski. O płockiej wspólnocie, która połączyła tradycje franciszkańskie i honorackie z nowym przesłaniem, rychło stało się głośno. Zgromadzenie Kapłanów Mariawitów zasłynęło prędko ze znanego protestantom połączenia otwartości na wiernych i pokory z surowością obyczajów, albowiem skupieni wokół Mateczki i księdza Kowalskiego duchowni wystrzegali się m.in. gry w karty, bogactwa, dogadzania podniebieniu i picia alkoholu. Ten despekt względem rodzimej tradycji nadrobili natomiast odprawianiem mszy w języku polskim. Zrozumiała dla wiernych liturgia i darmowe posługi religijne przyniosły im prędko rozgłos, szacunek i popularność.

Katedra w PłockuKorpus katedry w Płocku

W 1906 r. spadł jednak na zgromadzenie dotkliwy cios: oto władze kościelne zakwestionowały orędzie Miłosierdzia Bożego (notabene, święta siostra Faustyna także w swoim czasie spotka się z oporem hierarchów, nim zdoła go w końcu przełamać) i prawdziwość objawień Kozłowskiej. Biskupi polscy nakazali mariawitom zawiesić czasowo działalność, a papież Pius X obłożył założycieli i członków ruchu klątwą. Pewną rolę w owych decyzjach – obok treści przesłania i nowatorskich poczynań zgromadzenia – odegrały bez wątpienia nie całkiem pewne pogłoski o intymnym związku pomiędzy natchnioną zakonnicą a jej spowiednikiem. Atoli przekonani o swojej racji i pełni poczucia krzywdy mariawici odpowiedzieli rokoszem przeciw władzom kościelnym, które Kozłowska i Kowalski oskarżyli o sprzeniewierzenie się ideałom Chrystusa. Wedle swych zwolenników poszli za głosem samego świętego Piotra, pierwszego poprzednika Piusa X, iż trzeba bardziej słuchać Boga niż ludzi, wedle krytyków – wystąpili nie tylko przeciw dyscyplinie, ale też uczynili wbrew duchowi pokory, którego tak ochoczo głosili. Nie uzurpując sobie w żaden sposób prawa do oceniania tych decyzji (co zakrawałoby na bezczelność), zwróćmy wszakże uwagę z jednej strony na zadziwiającą podejrzliwość rzymskokatolickiej hierarchii względem samego Bożego Miłosierdzia (w nieco innej formie właściwą rangę nada mu dopiero polski papież Jan Paweł II), z drugiej – na niezaprzeczalnie wybujałe ambicje księdza Kowalskiego, z jednej strony na niekwestionowane prawo Stolicy Apostolskiej do ostatecznego wyrokowania o katolickiej doktrynie (wbrew tezom o „niezmienności” tejże, nieograniczona władza Piotrowa zdobyła się przecież onegdaj nawet na... zniesienie drugiego przykazania Bożego, jasno wyrażonego w Księdze Wyjścia – Wj 20,4-6), z drugiej – na zrozumiałe rozgoryczenie mariawitów. W każdym razie w czasach biskupa Apolinarego Wnukowskiego (późniejszego arcybiskupa Mohylewa) dokonała się w Płocku schizma, która dała początek Kościołowi mariawickiemu.

O przecudna Perło polskiej ziemi, Wychowana pośród leśnych cieni, Zstąpiłaś z nieba do naszej niedoli Pocieszyć wszystkich, których serce boli.

Wobec jednoczesnego fermentu rewolucyjno-powstańczego w Królestwie Polskim (a właściwie już Kraju Przywiślańskim), rychło do głosu doszły emocje polskiego społeczeństwa. Chluby nie przynoszą mu powtarzające się coraz częściej napady na mariawickich „heretyków”, poniżenia, pobicia czy zdzieranie im przemocą sutann przez tłuszczę. W oczywisty sposób atakowanych bronić musiały rosyjskie służby porządkowe, co w dobie owego najdziwniejszego z powstań dodatkowo wzbudzało agresję wobec nowego wyznania. Paradoksalnie, za szukającymi wsparcia rosyjskiej władzy mariawitami ujmowali się często socjaliści, stanowiący awangardę antycarskich wystąpień, gdy napastnicy utożsamiali się chętnie z narodową demokracją, reprezentującą postawę prorosyjską (!). Tzw. hece antymariawickie, czyli wystąpienia fanatycznego motłochu, mającego czelność nazywać się katolikami, trwały także po odzyskaniu niepodległości (ignorantom przypominam, że miało to miejsce w 1918, a nie w 1989 r.), choć na przykład ksiądz Stefan Wyszyński stawiał swym braciom w kapłaństwie nowe wyznanie poniekąd za wzór ubóstwa. Dzięki sanacyjnym rządom silnej ręki nierzadko udawało się poskromić oburzające wystąpienia ludu, czyniąc na przekór endeckiej tłuszczy. Jednocześnie jednak zrodzone z pryncypialnego ducha walki o wolność władze Wolnej Polski nie zapomniały mariawitom niegdysiejszego szukania opieki u zaborczej administracji, a nawiązując do narodowej tradycji wspierania katolicyzmu rzymskiego, uznawały płocki ruch religijny za sektę, poddaną szczególnemu nadzorowi tej samej policji, która chroniła Kościół mariawicki przed aktami bezpośredniej przemocy...

Los mariawitów – walka cudna, A cel nasz jest odnowić świat. Los mariawitów – praca żmudna, A życie – piękny szczęścia kwiat. My, wierni mariawici, oddamy swoje życie, Rzucimy je na stos, bo taki mariawicki los. Idziemy z hasłem: Prawda, praca, Miłością serca płoną nam. Z tęsknotą każdy oczy zwraca, Gdzie Pan świątynnych strzeże bram. My, wierni mariawici... Idziemy w bój o przyszłość świata, O nowy ład i cierpień kres, Gdzie lud się rychło cały zbrata I przyjdzie koniec walk i łez. My, wierni mariawici...

Jednocześnie Kościół mariawicki z wolna umacniał swoją pozycję niezależnego wyznania. Włączony został do unii utrechckiej, zrzeszającej Kościoły starokatolickie, nie uznające reform soboru watykańskiego I, zaś ambitny ksiądz Jan Maria Kowalski właśnie z tego źródła otrzymał upragnioną godność arcybiskupią. Pełną władzę nad wspólnotą dała mu śmierć Mateczki Kozłowskiej, która zakończyła swój żywot w Płocku w 1921 r. jako otoczona kultem święta prorokini.

Hej, ty lesie, ty węgrowska ziemio, Szumem swoim zanoś dzięki za Nią, Wszak na twych polach wzrosła ta dziewica, Wybranka Boża i oblubienica.

W wielkich bólach ostatecznych kształtów nabierała też mariawicka doktryna. Nabożeństwa w języku narodowym oraz surowość obyczajów czyniły ją bliską protestantyzmowi, podczas gdy oparcie zasad wiary na Biblii oraz dogmatach niepodzielonego jeszcze Kościoła i ustaleniach pierwszych soborów nawiązywało wyraźnie do zasad prawosławia. Odmówiono również Stolicy Apostolskiej prawa do ustanawiania nowych dogmatów w podzielonym Kościele, nie mówiąc już o uznaniu papieskiej nieomylności. Mariawityzm był jednak mimo wszystko dzieckiem rzymskiego katolicyzmu i podzielał z nim przekonanie o szczególnym znaczeniu Eucharystii oraz orędownictwa Matki Bożej, zachował także charakterystyczne dla łacinników elementy liturgii i architektoniczne tradycje, o czym znakomicie zaświadczają neogotyckie świątynie w Długiej Kościelnej, Łowiczu, czy Strykowie. Dopełnieniem nauki płynącej z biblijnego kanonu i wykładni pierwszych soborów jest dla mariawitów Dzieło Wielkiego Miłosierdzia. Niepokalane Poczęcie i Wniebowzięcie nie są oczywiście uznawane za bezwzględne dogmaty, lecz funkcjonują jako otaczane szacunkiem prawdy wiary. Pięknymi przejawami mariawickiej duchowości pozostaje bezpłatne pełnienie wszelkich posług (w myśl ewangelicznej zasady Darmo otrzymaliście, darmo dawajcie!) oraz zasada gościnnego udzielania sakramentów wszystkim chrześcijanom.

Korpus płockiej katedryTympanon płockiej katedry

Niestety, już w okresie międzywojennym Kościołem mariawickim wstrząsnęły gorszące praktyki i spory. Arcybiskup Kowalski, uważany powszechnie za hierarchę co najmniej apodyktycznego, rozpoczął szerzenie we wspólnocie rozlicznych nowinek: w 1924 r. zniósł celibat księży, w 1928 r. zlikwidował spowiedź i posty, a w 1929 r. wyświęcił pierwsze kapłanki. Problem w tym, że posunął się jeszcze dalej. Dając upust swemu temperamentowi, zarządził... małżeństwa pomiędzy mariawickim duchowieństwem, utrzymując nawet, że dzieci stanowiące owoce związków pomiędzy księżmi i zakonnicami pozbawione są grzechu pierworodnego(!). Bulwersujące „nowinki” i liczne ekscesy arcybiskupa przyniosły zakwestionowanie chrześcijańskiej prawowierności mariawitów ze strony unii starokatolickiej w Utechcie oraz rozłam w samym Kościele. W 1935 r. zbuntowani duchowni mariawiccy odcięli się od gorszących praktyk Kowalskiego i powołali nową hierarchię z głównym ośrodkiem w Płocku, podczas gdy arcybiskup z garstką swoich zwolenników osiadł w dawnym majątku Mateczki w Felicjanowie, podobno zapisanym mu testamentem Marii Franciszki. W ten sposób Felicjanów stał się głównym centrum ekscentrycznego Katolickiego Kościoła mariawitów, a Płock – umiarkowanego Starokatolickiego Kościoła mariawitów, na którego czele decyzją Kapituły Generalnej stanął Klemens Feldman. Oddać należy jednak krnąbrnemu arcybiskupowi Kowalskiemu, który wielokrotnie stawał przed polskimi sądami za bigamię, groźby, a nawet pobicia, że zakończył swoje burzliwe życie jako prawdziwy męczennik, zagazowany przez hitlerowskich wrogów całego chrześcijaństwa w obozie w Dachau...

Już tyle lat, Mateczko ma, Jak długi świat, trwa przemoc zła. Zmień, Matko, noc w słoneczny czas, Skrusz piekieł moc, już wyzwól nas.

Podział pomiędzy mariawitami utrzymał się do dziś. Warto jednak oba Kościoły wywodzące się z tradycji niedoszłych reformatorów katolicyzmu rzymskiego i pielęgnujące kult Bożego Miłosierdzia docenić. Nadały one bowiem barwności polskiemu chrześcijaństwu, ożywiły je duchem charyzmatycznym i wyszły naprzeciw oczekiwaniom prostego ludu, aby ubóstwo nie wzbraniało mu dostępu do sakramentów. Nade wszystko zaś zaświadczyły o żywotności i różnorodności chrześcijańskich tradycji w Polsce oraz zapewniły nadwiślańskim dziedzinom miejsce na mapie oryginalnych myśli religijnych.

Fasada płockiej katedryKościół mariawicki w Łowiczu

To jedne z wielu tradycji Płocka. Miasta rzymskokatolickiego i mariawickiego jednocześnie, miasta o bogatej przeszłości, miasta walecznego, miasta dumnego niczym piastowscy książęta i dostojni biskupi. Zapomnianej stolicy Polski, gdzie ze Wzgórza Tumskiego Władysław I Herman, Zbigniew I i Bolesław III Krzywousty sprawowali rządy nad lechicką ziemią...

Tam, gdzie szumią Wisły fale, U podnóża góry tej, Wznosi klasztor się wspaniale, Swe kontury kąpiąc w niej. Stoi dumny na wyżynie, Zda podziwiać grę tych fal. Płynie Wisła, szemrząc płynie, Płynie hen, w nieznaną dal. Z wieży często biją dzwony, Wydzwaniając swoją pieśń, Płyną Bogu tkliwe tony, Potem milkną, cichną gdzieś. Ten przybytek obrał Sobie Stwórca i zamieszkał w nim. Tam codziennie, w każdej dobie Brzmi Mu wciąż miłości hymn.

Bartłomiej Grzegorz Sala

Źródła:

  1. Teksty pieśni mariawickich przytoczono za: www.mariawita.waw.pl/spiewnik_mariawickie.php.

PodróżeKulturaMuzykaHistoriaFelietonyPaństwo, polityka, społeczeństwoPowieści i opowiadaniaKącik poezjiRecenzjeWielkie żarcieKomiks
PrzewodnikiAlbaniaNepalPolskaRumunia
Najpopularniejsze HistoriaJanusz i Bogusław Radziwiłłowie: zdrajcy czy pragmatycy?Życie codzienne „Króla Słońce”Ruch oporu w Łodzi w latach II Wojny Światowej, cz. 2Pierwsza lekcja – Najazd Hodona i bitwa pod Cedynią (24 czerwca 972 r.)Awantura dwóch cesarzy, czyli krótka historia Cesarstwa Meksyku (1864-1867)
Najwyżej oceniane HistoriaParafia zgierska w II połowie XVIII wieku w świetle wizytacji dekanalnej z 1759 rokuTatarski zewPułkownik Ryszard Kukliński – bohater czy zdrajca?August III Sas i Jan Sebastian BachSacco di Roma – historia zapomniana
Oceń zamieszczony obok artykuł.
Minister kazał, więc uprzejmie informujemy, że nasze strony wykorzystują pliki cookies (ciasteczka) i inne dziwne technologie m.in. w celach statystycznych. Jeśli Ci to przeszkadza, możesz je zablokować, zmieniając ustawienia swojej przeglądarki. Więcej informacji znajdziesz w artykule: Pliki cookies (ciasteczka) i podobne technologie.