zapraszamy do współpracy
Zapraszamy do współpracy
Kultura > Młode pióra

Ula Cicha – z miłości do zespołu

Ula CichaDrodzy Czytelnicy, z radością zapraszam Was do lektury nowego, już szóstego, wywiadu. Tym razem rozmawiam z Ulą Cichą, która swą pierwszą książkę „Blog Amandy” wydała rok temu z Radwanem, a obecnie kończy pracę nad nową powieścią zatytułowaną „Wołanie o pomoc”.

O Uli oraz jej książce dowiaduję się dzięki, o dziwo, poczcie pantoflowej. Zaledwie kilka dni po przeprowadzeniu wywiadu Ewa Suśniak znienacka przysyła mi wiadomość. Pyta, czy byłabym zainteresowana przeprowadzeniem wywiadu z jej koleżanką, która debiutowała nieco ponad rok temu. Jestem zainteresowana. I to jeszcze jak. Ula zresztą też.

Akcja „Bloga Amandy” jest nieco… nietypowa. Czy mogłabyś o niej opowiedzieć?

Główną bohaterką mojej książki jest nastolatka – a konkretnie dziewczyna kończącą gimnazjum, która zakłada w Internecie blog. Ma on być swojego rodzaju pamiętnikiem, a czytelnicy – doradcami, którzy będą pomagali jej rozwiązywać problemy życia codziennego. Amanda wierzy, że ludzie, którzy jej nie znają, będą potrafili obiektywnie ocenić jej sytuację i doradzić lepiej, niż jej przyjaciółka, która wszystko odbiera subiektywnie. Pisze na blogu praktycznie codziennie, opowiada o rozwodzie rodziców, kłótniach z przyjaciółką, nieszczęśliwymi miłościami oraz swych irytujących braciach, którzy również przeżywają swoje miłości. W jej blog wpleciony jest także wątek zespołu Tokio Hotel, którego jest fanką – Amanda stara się pokazać, że zespół przekazuje wiele wartości i pomaga w życiu młodego człowieka, zaprzeczając wszystkiemu, co powszechnie sądzi się o zespole.

Dlaczego zdecydowałaś się na umieszczenie wątku związanego z zespołem Tokio Hotel?

Kocham ten zespół całym sercem. Był dla mnie oparciem w trudnych chwilach w życiu, ich piosenki podtrzymywały mnie na duchu i nauczyły wielu ważnych rzeczy. Dlatego boli mnie, gdy ludzie mylnie postrzegają cały nasz świat fanek, że niby połowa to emo, która się tnie albo, że jesteśmy satanistkami, że słuchamy „szwabów”, że niemiecki jest beznadziejnym, sztywnym językiem. Chciałam pokazać emocje, jakie towarzyszą nam przy słuchaniu piosenek, energię, jaką dajemy z siebie na koncertach i to, jak wspaniałych ludzi można poznać poprzez miłość do ich muzyki. Nie można generalizować – każda fanka jest inna, i nawet jeśli zdarzają się dziewczyny, które lubią styl emo – czy też podobny do niego, farbują włosy na ciemno i ubierają się w specyficzny sposób, to nie wszystkie właśnie tak wyglądamy i nie można zamykać nas w jakimś pudełku z napisem „emo” czy „sataniści”. Tokio Hotel grają zresztą raczej lekki rock niż wszystko, co można by było powiązać z satanizmem. Tymczasem Amandę przedstawiłam jako taką typową nastolatkę, z jednej strony bardzo dojrzałą, a z drugiej kompletnie dziecinną, nieprzewidywalną – i właśnie to jej oblicze najmniej przypadło do gustu czytelnikom. Uważają, że jej postawa nie zmieni tego, co myślą o nas inni. Tyle tylko, że ona często zachowywała się tak na pokaz, adekwatnie do swojego wieku. Jeśli ktoś będzie w stanie ją polubić, powinien polubić większość z fanek. Chyba gorszego przypadku w kwestii „wariowania” na punkcie idoli nie można spotkać.

Nie bałaś się tworzyć dzieła o tak niszowej tematyce?

Nie interesuję się tym, co się sprzedaje, a co nie. Nie zaczęłam pisać po to, żeby na tym zarobić – zresztą to jest bardzo trudne, w większości przypadków trzeba jeszcze za to zapłacić. Autorzy z mojego wydawnictwa debatują o trudach w promowaniu fantastyki, więc nie wiem, w co wierzyć. Ja piszę to, co w miarę umiem pisać, to co lubię pisać i to, co sama najchętniej wzięłabym do ręki, by przeczytać.

Co sprawia, że Twoja książka wyróżnia się spośród innych?

Nie wiem. Naprawdę tego nie wiem. Nie wydaje mi się, żeby „Blog Amandy” był czymś niesamowitym, na co chce się powiedzieć „WOW!”, ja od czasu publikacji nie przebrnęłam przez lekturę w wersji papierowej i chyba mi się to nigdy nie uda. Z pewnością w niewielu książkach można spotkać zapiski z blogu, rozmów na Gadu-Gadu. Moje bohaterki pojawiają się także na wydarzeniach, które naprawdę miały miejsce, i rozmawiają z prawdziwymi ludźmi, z którymi dzisiaj możesz sobie podać rękę. To na pewno jest inne, ale myślę, że recenzje moich czytelniczek są bardziej wiarygodne, bo ja, niestety, nie potrafię w tej kwestii powiedzieć obiektywnie nic więcej – tak jak przyjaciółka Amandy.

Jak się zaczęła Twoja przygoda z pisaniem?

Pamiętam to bardzo dokładnie. Ja i moja siostra nie znosiłyśmy wyjeżdżać od dziadków, bo uwielbiałyśmy spędzać tam czas. Za którymś razem moja mama, której największą miłością jest literatura, żeby odwrócić naszą uwagę, zaproponowała nam napisanie książki. Jako że trwał wówczas boom na Harry’ego Pottera, obie pisałyśmy coś w klimacie magii i czarów. To jest akurat mało istotne, bo ważniejsze jest to, że od tamtego dnia poczułam, że to jest to, co chcę robić w życiu.

Zanim zaczęłam pisać „Blog Amandy”, pisałam coś, co nazywałam książkami, a teraz postrzegam jako moje nieudolne próby udowodnienia sobie, że potrafię pisać. Nie umiałam tam mówić o żadnych uczuciach, emocjach. Kiedy w jednej z nich zaczęłam opisywać rozmowę bohaterki z chłopakiem, który się jej podobał, następnego dnia zamazałam całą stronę. W końcu powiedziałam sobie, że czas to zmienić, czas zacząć pisać o poważnych problemach. A tak naprawdę to wcale nie są to poważne problemy – są to drobnostki, które przeżywa każda z nastolatek. Na poważne problemy przyjdzie czas w mojej drugiej książce.

„Blog Amandy” to Twój debiut książkowy, ale czy kiedykolwiek wcześniej próbowałaś publikować?

Tak, próbowałam, właśnie tę książkę w klimacie Harry’ego Pottera. Motyw był ten sam jak w przypadku „Blogu” – znaleźć czytelników i ułatwić sobie publikację. Skończyło się to fiaskiem, bo nie znosiłam przepisywać czegokolwiek do komputera i przestałam prowadzić blog po opublikowaniu prologu.

Czy planujesz jeszcze wrócić do tego projektu?

Nie, zdecydowanie nie. Na tamtą opowieść miałam za mało pomysłu, zbyt dużo scen naciąganych scen oraz skopiowanych z Harry’ego Pottera. Zresztą, gdybym miała kontynuować każdą moją zapomnianą książkę, nie miałabym czasu na te, którymi chcę się zająć teraz.

O, czym się teraz zajmujesz?

Dosłownie tydzień temu zakończyłam pracę nad nową powieścią – tą o, tak jak mówiłam, poważnych problemach. Czekają mnie teraz tylko przeróbki i zacznę szukać dla niej wydawnictwa. A potem, mam nadzieję, wezmę się za kolejne projekty – bajkę dla dzieci i coś o-nie-problemach, a o życiu szalonych dziewczyn.

Skoro już wspomniałaś o wydawnictwach, do ilu wysyłałaś maszynopis „Bloga Amandy”? Jakie były odpowiedzi? Dlaczego ostatecznie zdecydowałaś się na Radwan?

Do wszystkich, jakie znalazłam – kopiuj, wklej stało się moją nową przyjaciółką. Odpowiedzi zazwyczaj nie było wcale, kilka pozytywnych, ale były to wydawnictwa, które chciały ode mnie od pięciu tysięcy w górę za wydanie książki. A czemu Radwan? Bo nie miałam innej, lepszej opcji, bo uznałam, ze pchanie się do najlepszych wydawnictw w Polsce nie byłoby uczciwe (zresztą, co ja miałabym tam robić z moim niewypracowanym stylem!), no i warunki współpracy z nimi są bardzo korzystne.

Czy w przyszłości zamierzasz dalej publikować w Radwanie?

Nie wiem, co przyniesie mi los. Chciałabym spróbować swoich sił gdzieś indziej, bo nie wierzę, że uda mi się samodzielnie dotrzeć do nieokreślonego grona odbiorców, działając jedynie przez Internet. Ale to się jeszcze okaże.

Od początku planowałaś wydać swoją powieść? A może miało to być jedynie dzieło do szuflady?

Planować to złe słowo. Ja mogłam tylko o tym marzyć i robić wszystko, żeby napisać tę książkę w całości, bo „Blog” był pierwszym moim „dziełem”, które udało mi się napisać od początku do końca. Ale tak, ja zawsze chciałam, żeby to, co piszę, stało się kiedyś prawdziwą książką, z okładką i stopką redakcyjną.

Trudno jest doprowadzić pierwotny tekst do stanu drukowalności?

To wcale nie jest takie łatwe, jak się wydaje. Moja książka przeszła naprawdę wiele przeróbek, a i tak jest pełna niedoskonałości. Kiedy mam w głowie jakąś wizję, nie jestem w stanie jej zmodyfikować. A jestem zdania, że nad stylem człowiek pracuje przez całe życie.

Co w takim razie było Twoją piętą achillesową?

U mnie najczęściej pojawiały się dość nudne opisy: dziewczyna A miała takie włosy, a takie oczy i takie buty, a taką sukienkę, a dziewczyna B i tak dalej... Tak naprawdę nie umiem nazywać błędów, widzę je u innych, ale nie wiem, na czym polega, że tekst wygląda i czyta się „dziwnie”.

A co, tak obiektywnie, myślisz o swoim obecnym stylu?

Obiektywnie – uważam, że mój styl ulega poprawie z każdym dniem oraz każdą napisaną stroną. Druga powieść z pewnością jest napisana o wiele lepiej od pierwszej. Tak jak już powiedziałam, nie udało mi się jeszcze przeczytać książki w wersji papierowej, może właśnie ze względu na ten styl. Wiem jak wyglądał „Blog Amandy” w pierwszej wersji, a jak teraz i, mimo że nie jest to tekst idealny, to na pewno jest zdecydowanie lepszy technicznie od tego, co było na początku.

A jak sobie radzisz ze zdobywaniem informacji o nieznanych realiach?

Szczerze mówiąc, wydaje mi się, że wciąż są tam pewne nieścisłości. Jako że akcja „Bloga Amandy” toczy się w Poznaniu – mieście, w którym w zasadzie byłam tylko przejazdem – miałam trudności z opisywaniem pewnych kwestii i przy każdej okazji siedziałam z nosem przyklejonym do okna zapisując nazwy ulic, mostów, wyobrażając sobie bohaterów książki w konkretnych miejscach. Z resztą nie miałam większych problemów, chociaż opisując zlot fanów i jeden z koncertów, na których mnie nie było, musiałam się nieźle nagimnastykować, by opisać to w miarę wiarygodnie, podobno mi się to nawet udało.

Nie bałaś się umieszczać akcji w Polsce? Teraz młodzież woli czytać o jakichś fantastycznych krainach, np. Londynie, Barcelonie, Nowym Jorku, Paryżu…

Dla mnie to chore. Dlaczego mamy uważać, że coś, co nie jest polskie, jest lepsze? Wstyd mi za ludzi, którzy mówią, że nie czytają książek polskich autorów (bo przecież mamy fantastycznych autorów, chociażby moja ukochana Ewa Nowak z niesamowitymi książkami dla młodzieży), i tych, którzy wstydzą się swojego imienia i nazwiska, nadając sobie jakiś anglojęzyczny pseudonim, bo wydaje im się, że wtedy sprzedadzą więcej książek. Kiedy czytam amerykańskie powieści, zastanawiam się często, czy to możliwe, żeby nastolatkowie, którzy tam mieszkają, byli tak głupi, jak są w tych książkach opisywani. Przecież lepiej powinno nam się zarówno pisać, jak i czytać o czymś, co znamy, o miejscach, w których byliśmy i sytuacjach, z którymi możemy się utożsamiać. Patrioci...

Czym dla Ciebie jest pisanie?

Pisanie jest dla mnie wszystkim. Pracą, pasją, spełnianiem marzeń, samorealizacją, rozwijaniem umiejętności. Nie da się tego ująć słowami.

Czy czytanie pomaga Ci w pracy nad stylem?

Kiedy czytam, staram się nie myśleć o pisaniu, o tym czego mogłabym się nauczyć. Czytanie ma być przyjemnością, odpoczynkiem. Nie wyobrażam sobie, że mogłoby się to przerodzić w naukę czy pracę nad stylem.

W takim razie czy pisania w ogóle można się nauczyć? Może z talentem trzeba się urodzić? Pytam, ponieważ ludzie często się o to kłócą.

Myślę, że każdy ma po części rację. Można wykształcić w sobie umiejętność dobrego pisania technicznie, ale jeśli nie będzie to pewien dar, to twórczość takiego człowieka nigdy nie będzie miała duszy. A wydaje mi się, że dusza jest ważniejsza od techniki.

Czym jest owa „dusza”? Co sprawia, że książka jest dobra?

Nie ma przepisu na dobrą powieść. Oryginalny pomysł na pewno jest ważny, chociaż współcześnie ciężko jest napisać coś, co nie będzie, chociaż minimalnie podobne do czegoś innego. Wszystko zależy od klimatu książek, które lubi się czytać. Jedni będą chcieli czytać o romansach, inni o przemocy, a dla jeszcze innych będzie liczył się piękny i artystyczny styl. Książka będzie dobra wtedy, kiedy ludzie będą chcieli ją czytać. Chociażby byłaby beznadziejna pod wszelkimi technicznymi względami.

Pisanie jest na pewno bardzo czasochłonne. Czy nie przeszkadza Ci czasami w pracy zawodowej, życiu rodzinnym oraz studiach?

Aktualnie nie pracuję, mieszkam bez rodziny – w studenckim mieszkaniu, a moje studia to dość spokojny kierunek, tak że w zasadzie nie ma nic, co mogłoby mnie ograniczać. Jeśli jadę na weekend do domu, to zajmuje mi to siedem godzin, więc czasu na pisanie jest sporo.

Opowiesz nam coś o sposobie, w jaki piszesz? Planujesz sobie wszystko? Zapisujesz najpierw na brudno czy od razu na czysto?

Kiedyś pisałam w zeszytach. Odręcznie, niesamowicie bazgroliłam, kreśliłam, wymazywałam. Teraz teksty piszę w komputerze, więc nie mogę nazwać tego czy to na brudno, czy czysto. Jeśli po pewnym czasie coś mi się nie podoba, to zmieniam słowo czy całe zdania. Nie mam jednej określonej metody na pisanie. Ogólną fabułę wymyślam na początku, a szczegóły pojawiają się w trakcie pisania. Nie da się wszystkiego z góry zaplanować.

A jak długo pracowałaś nad „Blogiem Amandy”?

Nie wiem dokładnie, przyjmuję sobie, że cztery lata, chociaż wydaje mi się, że trochę mniej.

To trochę długo, przynajmniej w porównaniu z innymi autorami, z którymi miałam przyjemność rozmawiać. Czy coś przeszkadzało Ci w tworzeniu?

Ciężko było mi skupiać się ciągle na jednym tekście, nie pisząc niczego innego. Czasem dopadała mnie monotonia, brak pomysłu na kontynuację wątku i, tak jak wspomniałam wcześniej: po pewnym czasie w grę wchodziło pisanie na komputerze, co było moją kulą u nogi. Brak pomysłu powodował przerwę w pisaniu i tworzyło się błędne koło. Nie miałam żadnej metody na radzenie sobie z trudnościami. Tak to już jest w „zawodzie” pisarza, że niczego nie można zaplanować, czasem ma się wenę do pisania, czasem jej brakuje, a wtedy niezbędna jest przerwa.

Przyznaj się, czy wzorowałaś postaci na ludziach, których znasz?

Tak całkowicie to na pewno nie. Ale każda z postaci ma z pewnością cechy znanych mi osób, wypowiada jakieś zdania, które ktoś kiedyś wypowiedział, a ja je zapamiętałam. Moja mama od pierwszych stron zauważyła podobieństwo głównej bohaterki do mnie. Może to kwestia mojego braku subiektywizmu? Ale chyba nie jestem w stanie pisać o rzeczach, które są mi obce, z którymi nie mam styczności i, których osobiście nie doświadczyłam chociaż w maleńkim stopniu.

A poza życiem codziennym, skąd jeszcze czerpiesz inspirację?

Nie da się tego jednoznacznie określić. Czasem zamykam oczy, myślę sobie o pewnych sytuacjach i nagle rodzi się pomysł. Tak było w przypadku książki, która czeka, aż zacznę ją pisać. Czasem zainspiruje mnie ktoś, mówiąc coś zwyczajnego, czasem zainspiruje mnie fragment z innej książki. Modyfikuję go, dopracowuję i mam całkiem nowy wątek.

Czy krytyka czasami się przydaje?

Krytyka, ta konstruktywna, jest jak najbardziej pożyteczna. Często, kiedy ktoś wytyka mi błędy, takie typowo techniczne lub to, co mu się nie podobało w książce, tygodniami nad tym rozmyślam, co mogłam zrobić wcześniej, żeby temu zaradzić. Męczy mnie to niesamowicie. Ale dzięki temu wiem, co robić w przypadku mojej drugiej książki, czym się kierować, co poprawiać. Zbieram ludzi, którzy recenzują książkę i wybierają wątki, które zlikwidować, a które rozwinąć.

A co z tak zwanym „trollowaniem”?

Z tym rodzajem krytyki też się spotkałam. Uwagi rzucane bezpośrednio w moją stronę starałam się jakoś odbijać. Natomiast obelgi rzucane na forum, przez anonimowe osoby, które w ogóle nie znają mnie ani książki, wydają się śmieszne, chociaż w pierwszych chwilach wcale nie było mi do śmiechu.

Czy już widziałaś „Blog Amandy” na półce w księgarni? Jak się wtedy czułaś?

Mojej książki w zasadzie nie ma w księgarniach, wydawnictwo preferuje druk na życzenie, więc sprzedaż książki praktycznie w 100% odbywa się przez Internet, ale widok książki na półce nie jest już dla mnie czymś niezwykłym. Kiedyś wydawało mi się, że to będzie takie niesamowite uczucie, że będę płakać, gdy wezmę książkę pierwszy raz do rąk. Ale w trakcie trwania całego procesu wydawniczego na tyle przyzwyczaiłam się do tej myśli, że nie zrobiło to na mnie ogromnego wrażenia. W pełni zadowolona będę, kiedy uda mi się kontynuować moją pasję, a jak dotąd raduje mnie każde pozytywne słowo z ust czytelników.

Co może zrobić każdy znajdujący się w podobnej sytuacji autor, aby rozreklamować swoją książkę?

Nie wiem, co może zrobić każdy autor. Wiem, co robię ja, promując się głównie przez Internet i w środowisku fanów Tokio Hotel. Organizuję konkursy, prowadzę fanpage na Facebooku, działam na stronach fanów, udzielając wywiadów, biorąc udział w różnych akcjach promocyjnych – dostałam nawet nagrodę na gali dla zasłużonych fanów zespołu. Wydaje mi się, że trzeba mieć pomysł na siebie, swoją twórczość i znaleźć ludzi mających sto pomysłów na minutę i chętnych do podzielenia się nimi.

Czy miałabyś jakąś radę dla ludzi marzących o karierze pisarskiej?

Przede wszystkim, nie wolno się poddawać. Nie można zrażać się brakiem odpowiedzi, czy odpowiedzią negatywną nawet od stu wydawnictw. Jeśli człowiek wierzy w swoje marzenia i będzie dążył do ich spełnienia, to wszystko jest możliwe. A poza tym: pisać dalej, pracować nad swoim stylem i pracować, i pracować.

A może chciałabyś na zakończenie dodać coś od siebie?

Chyba nie... Nie wiem jak tego dokonałaś, bo na ogół jestem niesamowitą gadułą. Wyciągnęłaś ze mnie już wszystko.

Mam nadzieję, że tak i udało mi się Was zainteresować Ulą Cichą oraz jej twórczością. Jeśli tak, koniecznie odwiedźcie jej bloga: http://ulilka.blogspot.com/ oraz stronę na Facebooku: http://www.facebook.com/blogamandy Jeśli nie... W takim razie musicie KONIECZNIE przeczytać zamieszczone poniżej fragmenty „Bloga Amandy”. Jeśli po tym nie zmienicie zdania, to nie wiem, co mogłoby Was przekonać.

FRAGMENT I

- Słuchasz Tokio Hotel? – zapytała Klaudia, rozglądając się po pokoju

- Obie słuchamy – odparła z dumą Amanda – A to źle?

- Ja też kiedyś słuchałam. A czemu ma być źle?

- Dodaje to pytanie zawsze, kiedy ktoś mnie pyta czy ich słucham. Bo ludziom wkoło mnie przeszkadza to, że słucham akurat ich i się nabijają za moimi plecami, że pewnie obcałowuję ich plakaty i takie głupoty.

- To im powiedz, że to nie jest prawda, jeśli tak nie jest

- Ale po co? Mówi się, że tylko winny się tłumaczy. Ważne, że ja wiem, czym dla mnie jest ich muzyka i oni sami. A to, że faktycznie wolę zatopić się w marzeniach nad Billem niż przypominać sobie ostatnie niezbyt ciekawe wydarzenia związane z pewnym durnych chłopakiem, to już inna sprawa. (...)

- Ojej... – wydukała tylko Klaudia. – Jak ja ich słuchałam, to nie patrzyłam na nich pod takim względem. Po prostu wszyscy słuchali, to ja też. A potem wszyscy przestali, to czemu miałam się wyłamywać?

- I widzisz? Na tym polega cały pic. Że człowiek boi się przyznać do tego, co naprawdę

kocha, żeby nie zostać przez innych odrzuconym.

- Nam się tu z Amandą bardzo fajnie gada.

- Tak? A o czym tak rozprawiacie beze mnie? – spytała Karolina i usiadła na podłodze naprzeciwko łóżka Amandy, opierając się o ścianę, żeby widzieć obie dziewczyny.

- Wyobraź sobie, że o Tokio Hotel

- A. No tak. Kogo Ana by nie poznała, od razu zaczyna ten temat.

- Bo ja w przeciwieństwie do Karoliny nie wstydzę się tego, że słucham Tokio Hotel i mam gdzieś, co myślą o mnie ludzie.

- A ja w przeciwieństwie do Amandy...

- Spokój! Dziewczyny, dajcie spokój – zaśmiała się Klaudia. – Ja kiedyś słyszałam taki fajny wierszyk. Chyba koleżanka znalazła na jednym blogu. Jakoś tak to leciało:

Bill jest królem

Tom jest bratem,

A Tokio Hotel naszym światem

- Ale świetne. – Karolina uśmiechnęła się. – Ja tego nie słyszałam

- Czekaj, ja to sobie zapiszę gdzieś.

- Ty, Ana, z tego co zrozumiałam... Czekaj, Ana, tak? Tak mówią?

- Tak. – Amanda zaśmiała się.

- To dobrze. Mm... Z tego co zrozumiałam, najbardziej lubisz Billa, tak?

-Tak. A ona głupia woli tego starego Georga.

- Przynajmniej jest umięśniony – wtrąciła Karolina

- Mniejsza o to. Chciałam tylko zapytać, czy słyszałaś taki tekst: Najsłodszym chłopakiem na świecie miał być Tom Kaulitz. Jednak plan się nie powiódł, bo dziesięć minut później urodził się Bill

- Ojej! Jakie to słodkie! – Ana rozmarzyła się, a chwilę później dodała szatańskim głosem, marszcząc brwi – To też sobie zapiszę.

- Tak sobie myślę, czy ja przez was na nowo nie będę słuchać ich muzyki.

- Musisz! – oznajmiły jednocześnie Amanda z Karoliną, śmiejąc się.

- Nie wiem, co tam ci Ana nagadywała, ale jak sobie poczytasz trochę tłumaczeń, to na

serio cię na refleksje weźmie. My to czasem przy „Wenn nichts mehr geht” potrafimy ryczeć jak durne. A to tylko, dlatego że czytałyśmy teksty i tłumaczenia i śpiewałyśmy tyle razy, że wyłapujemy słowa i jednocześnie je sobie tłumaczymy. No i ryczymy. Może i głupota, ale ta piosenka jest świetna.

-A „Gegen meinen willen”? Jak się dowiedziałam, że moi rodzice się rozwodzą, to nawet ona nie umiała mi pomóc. Chociaż próbowała – dodała szybko – A potem sobie przypomniałam, że oni mają taką piosenkę. I później mi się wkręciła i słuchałam już tylko jej.

- Dobra, ale i tak wątpię, że pomagają na wszystkie problemy.

- No, na wszystkie wiadomo, że nie. Nagrali dopiero jedną płytę. Ale niedługo nagrywają kolejną, więc będzie o dwanaście kolejnych problemów rozwiązanych. – Ana zachichotała. – To powiedz, jaki masz problem, a my ci spróbujemy znaleźć piosenkę.

- No, na przykład to, że rodzice mnie tak jakby duszą. Że mówią mi, co mam robić i takie tam...

- „Schrei” – stwierdziła bez emocji Karolina

- Mnie tu pasuje od razu „Lass mich frei LaFee”.

- Tak. Ona ma rację. Ale w „Schrei” jest takie zdanie: „Wstajesz rano i mówią ci, dokąd masz iść, kiedy już tam jesteś, słyszysz też, co masz myśleć”, więc mi to pasuje

- Ale to jest o wywieraniu na człowieku presji, nie o rodzicach. A „Lass mich frei” jest o rodzicach. Poczytaj sobie o tym tekście.

- No dobra, a taki inny problem… – Klaudia się zawahała – No dobra, zwierzę się wam trochę. Nie macie nic przeciwko? – Karolina i Amanda pokiwały przecząco głowami. – No to... Jest taki jeden chłopak... Bardzo mi się podoba. Nawet się trochę kolegujemy. Czasami wracaliśmy po szkole razem do domu, bo chodziliśmy do jednej klasy, gadaliśmy na Gadu. To nie jest przyjaźń, to po prostu kolega. Nawet napisałam do niego list. Tyle że już pisząc go, wiedziałam, że go nie wyślę. Ale napisałam, żeby sobie ulżyć. Napisałam tam wtedy, że się źle czuję, kiedy wracam ze szkoły sama, a on nie idzie obok mnie i kiedy wiem, że jest z kimś innym, i że czasem, kiedy jest mi źle, chciałabym, żeby był ze mną, a jego tam nie ma...

- „Ich bin nich ich”. – Amanda westchnęła. – Klaudia nie obraź się, ale twoje życie jest prosto jak z piosenek.

- Żeby było też takie proste jak ich słowa...

- Aj, Klaudyna, marudzisz. Może i te słowa są proste, ale dają do myślenia, tak jak powinny. O to w tym chodzi.

- Karolina ma rację. My cię nie zmuszamy do niczego, ale jeśli chcesz to poczytaj tłumaczenia i czytaj je jednocześnie słuchając tych piosenek. Uwierz: to działa.

FRAGMENT II

Od niedawna obowiązywała ją umowa. Żaden chłopak nie mógł być dla niej ważniejszy niż Bill. Koniec kropka. Dopiero, gdy o tym sobie przypomniała, mogła z czystym sumieniem wyłączyć komputer i położyć się spać.

Jakże cudowny miała tej nocy sen. Nic i nikt nie mógł się z nim równać. Była na łące z Karoliną. Trawa miała tak piękny, zielony kolor, że ciężko było na niego patrzeć. Amanda wtulała się w nią, głaskała ręką źdźbła i czuła ich przyjemny zapach. Oprócz tego wiał delikatny wietrzyk, śpiewały ptaki, a zza drzew można było usłyszeć szum płynącego strumienia. Przyjaciółki zaczęły biegać po trawie, śmiejąc się i był to widok jak z reklamy. Wszystko było kolorowe, a ludzie uśmiechnięci i szczęśliwi. Nagle obie przystanęły słysząc inny dźwięk. Ptaki zamilkły, strumień się zatrzymał, a wiatr zmienił kierunek stając się niesłyszalnym. Amanda zaczęła się wspinać na górkę, (Karolina nagle przestała jej towarzyszyć). Im była wyżej wierzchołka, tym głośniej słyszała muzykę. Widząc Tokio Hotel, skryła się za drzewem, bojąc się ich reakcji. Choć grali jakąś dziwną melodię, a żaden z nich nie był na swojej pozycji(Tom siedział przy perkusji, Georg śpiewał, Bill grał na gitarze, a Gustav na basie), Amanda wiedziała, że to oni. I choć wychylała zza drzewa jedynie czubek głowy, oni czuli jej obecność.

- To dla ciebie – powiedział Bill i do uszu Amandy doleciały dźwięki z „Wenn nichts mehr geht”. W czasie refrenu Georg umilkł dając Amandzie znak, że ten fragment ma zaśpiewać ona. Po zakończeniu piosenki, Bill złapał ją za rękę i bez słowa pociągnął w stronę rzeczki. Tam, nie wiadomo skąd pojawił się piaszczysty brzeg, na którym leżał błękitny koc, a obok niego były rozsypane płatki kwiatów. Bill wręczył Amandzie ogromny bukiet czerwonych róż, a później leżeli obok siebie, z zadartymi do góry głowami i patrzyli na przemieszczające się chmury. Amanda nie zauważyła, kiedy Bill zmienił pozycję i leżąc na boku głaskał ją po policzku. Już miał ją pocałować, kiedy nie wiadomo skąd nadbiegła Karolina rzucając w ich kierunku szklaną butelką, która rozbiła się w drobny mak na wielkim kamieniu do połowy zanurzonym w strumyku, a Amanda się obudziła. Rozejrzała się po pokoju i widząc na swojej podłodze klęczącego Martyna zbierającego rozbitą szklankę, poczuła jak zbiera się w niej złość.

- Za...bi...ję – przesylabizowała, a kiedy Martyn spojrzał na nią ze strachem i zaczął się wycofywać w stronę kuchni, ruszyła za nim i ganiała go po całym mieszkaniu krzycząc, że go zabije.

- Wariatko, o co ci chodzi? – zapytał uciekając i jednocześnie śmiejąc się Martyn. – Przecież wytarłem podłogę, posprzątałem szkło.

- Zabiję cię gnoju! – warknęła, po czym walnęła go parę razy po plecach i zatrzymała się.

- To było to zabicie go? – zaśmiał się Ariel

- Nie, po prostu się zmęczyłam. Zabiję go jak się nie będzie niczego spodziewał.

- Co tu się dzieje? – zapytała Mariola wchodząc do mieszkania obładowana reklamówkami – Co to za galimatias?

- Amanda przed chwilą biegała za Martynem grożąc mu, że go zabije – odparł, nie przestając się śmiać Ariel

- A to tylko za to, że stłukłem w jej pokoju szklankę! – oznajmił Martyn, próbując się bronić

- Nie prawda, nie prawda. Obudziłeś mnie i zniszczyłeś mój piękny sen – westchnęła.

Marta Tarasiuk
Najpopularniejsze KulturaGrzecznościowe powinności mężczyzny wobec kobietyPrzewodnik kulturalny - Łódź za darmoProgram Festiwalu Teatrów Ulicznych w Krakowie 2012Program Festiwalu Teatrów Ulicznych w Krakowie 2011Festiwal Folklorystyczny w Gjirokastër (Albania) Festivali Folklorik Kombëtar
Najwyżej oceniane KulturaGudvangen Viking Market 2017 – czyli o tym jak Grendelem zostałemFestiwal średniowieczny w Oslo 2017 (Oslo Middelalderfestival)Spotkaliśmy szczęśliwych wikingów, Borrekaupangen 2016„Ida” zdobywcą Oskara za najlepszy film nieanglojęzycznyWywiad ze Stefanem Hulíkiem, autorem scenariusza „Gorejącego krzewu”
PrzewodnikiAlbaniaNepalPolskaRumunia
Najpopularniejsze zdjęcie w dzialeGóryNajwyżej oceniane:Sarpsborg Olavsfestivalen
Oceń zamieszczony obok artykuł.(Uwaga! Warto wcześniej się zalogować ponieważ głosy zarejestrowanych czytelników mają większą wagę.)
Login (jak do forum): Hasło (jak do forum): zapamiętaj mnie
Minister kazał, więc uprzejmie informujemy, że nasze strony wykorzystują pliki cookies (ciasteczka) i inne dziwne technologie m.in. w celach statystycznych. Jeśli Ci to przeszkadza, możesz je zablokować, zmieniając ustawienia swojej przeglądarki. Więcej informacji znajdziesz w artykule: Pliki cookies (ciasteczka) i podobne technologie.