

Jesteśmy w sercu tętniącym życiem – tak nazwać można port w Bodrum. Tu bowiem wszystko się zaczyna i kończy. Nieustanny ruch ludzi przemieszczających się po nabrzeżu i kołyszące się na wodzie statki, łodzie, jachty i wodoloty. Udajemy się w kierunku naszego miejsca przeznaczenia – niewielkiego pomieszczenia, gdzie uważnymi czarnymi oczami przygląda nam się mężczyzna w mundurze. Jeszcze tylko obejrzy nasze zdjęcie w paszporcie, przybije pieczęć i już możemy wsiąść na prom, który powiezie nas na grecką wyspę Kos.
Z górnego pokładu promu spoglądamy na tureckie Bodrum... teraz miasto wygląda zupełnie inaczej. Położenie twierdzy krzyżowców nie jest przypadkowe, dumne baszty z zazdrością strzegą miasta, pilnie wypatrując wrogich statków. W głębi na wzgórzu białe prostokątne domy wyglądają jak stokrotki na tle brunatno-zielonego wzgórza... Odpływamy.



Za jakąś godzinę powitamy Kos. Prom gładko pokonuje morze... nie kołysze, nie skacze po falach. Można spokojnie podziwiać widoki i oddać się zadumie nad pięknem błękitu nieba i morza. Wysiadam chyba jako ostatnia. Na lądzie przy przystani słychać jakieś poruszenie. Ktoś biega tam i z powrotem coś wykrzykuje. Już widzimy... to opalony niewysoki mężczyzna biega wzdłuż tłumu pasażerów, którzy właśnie opuścili prom, w dłoniach trzyma ogromy zegar z ustawioną godziną, o której odpłynie z tego miejsca. Jakże zabawnie wygląda krzycząc donośnym głosem i gestykulując, tak żeby ten wielonarodowy tłum wyraźnie zrozumiał – odpływamy o 16:30!
Znowu czekamy w dosyć długiej kolejce na kontrolę naszych paszportów. Jesteśmy na Kos. Autobus zabiera nas w głąb wyspy. Pierwszy przystanek: Asklepion – słynna starożytna szkoła medyczna. To tu próbowano znaleźć lekarstwa na różne dolegliwości. Uważano, że samo leczenie ciała jest nie wystarczające i terapia powinna jednocześnie obejmować leczenie duszy.




To tu prawdopodobnie szukano sposobu na wyleczenie m.in. depresji. Opracowana metoda była dosyć drastyczna. Nieszczęśnika podobno zamykano w specjalnie przygotowanym ciemnym pomieszczeniu bez okien, pełnym grzechotników pozbawionych zębów jadowych. Być może sposób był skuteczny, i o ile nieszczęśnik nie skonał na zawał serca – był wyleczony.
Chyba nikogo nie trzeba przekonywać o tym, że jadąc za granicę warto znać języki obce. Ma się wtedy nieporównywalnie większą swobodę podróżowania, poznawania i nawiązywania ciekawych znajomości. Oczywiście, najlepiej znać język kraju do którego się wybieramy, z drugiej strony, jeśli podróżujemy w różne miejsca, trudno byłoby nam je wszystkie opanować. Są jednak języki na tyle popularne, że z ich znajomością poradzimy sobie prawie w każdym zakątku świata - to oczywiście angielski i hiszpański. Niestety, kursy językowe są bardzo drogie, rocznie to wydatek kilku tysięcy, poza tym zajmują czas, bardzo dużo czasu. Teraz jest jednak o wiele lepszy, wygodniejszy i w porównaniu do metod tradycyjnych śmiesznie tani sposób! Mówię oczywiście o audiobookach. Dzięki nim możemy się uczyć w samochodzie, jadąc do pracy, jadąc na uczelnię, spacerując, prasując, czy wykonując inne czynności które nie wymagają wielkiego skupienia. Oszczędzamy nie tylko pieniądze, ale i czas! W bogatej ofercie audiobooków znajdziecie na pewno coś dla siebie, są tu materiały zarówno dla początkujących jak i dla bardziej zaawansowanych.
Konwersacje dla początkujących to kurs przeznaczony dla osób zaczynających naukę, jak również tych, którzy chcą poprawić umiejętność mówienia i rozumienia ze słuchu.
Język angielski - w podróży to trochę droższa pozycja, przeznaczona dla osób średnio zaawansowanych. Kurs zawiera ponad 20 lekcji prezentujących różnorodne materiały związane m.in. z planowaniem wakacji, rezerwacją noclegów, podróżowaniem samolotem, pociągiem i samochodem.
Godny uwagi jest również pakiet Angielski dla początkujących zawierający "Słownictwo i podstawy gramatyki" + "1000 słów i zwrotów w podróży" + "1000 słów i zwrotów w pracy"
Dla osób chcących zacząć swoją przygodę z językiem hiszpańskim i przygotować się do podróży do jednego z ciekawych hiszpańskojęzycznych krajów najlepszy będzie Hiszpański - Kurs podstawowy. Obejmuje 11 lekcji - aż 90 minut nagrań - uczących 1000 najbardziej potrzebnych słów i zwrotów.
Oglądamy ruiny, niestety niewiele się zachowało, schody uświadamiają nam że szkoła zajmowała przynajmniej trzy poziomy. Z najwyższego poziomu roztacza się wspaniały widok na zatokę. Jedziemy dalej, za oknem autobusu co jakiś czas widać gaje oliwne. W górskiej okolicy zatrzymujemy się w małej wiosce gdzie funkcjonuje mały targ pełen małych pamiątek - prawie wszystkie w kolorze niebieskiego morza.. czegóż tu nie ma: dzwoneczki, talerzyki, dzbanki, ale nie czas na zakupy. Siadamy w małej kawiarence skąd roztacza się zapierający dech widok na białe domki w dole, słone jezioro i morze. Zamawiamy kawę „frappe”, czyli z kostkami lodu, mlekiem i cukrem. Jest podawana w wysokich szklankach i smakuje wyśmienicie szczególnie w gorące dni. Jedna z zamówionych pyszności miła być czarna... ale patrząc naszym okiem wszystkie kawy wyglądają jednakowo, pytamy więc kelnera która to. Kelner grzecznie wskazuje na naszego kolegę, który zamówił ”czarną”, że to właśnie ta... wybuchamy śmiechem, bo przecież humory nam dopisują.




Tuż nad naszymi głowami jak miniaturowe gruszki wiszą zielone figi. Nie ma czasu ruszamy dalej. Jeszcze tylko obejrzymy wielkie drzewo Hipokratesa – platan pod którym siadał i udzielał lekcji. Kos to miejsce gdzie urodził się ten słynny ojciec medycyny (ok. 460 – 370 r p.n.e). Platan jest naprawdę potężny i stary, podparty konstrukcją, która podtrzymuje go przy życiu. Zgodnie z historią musiałby mieć jakieś 2500 lat, przewodnik zapewnia nas, że nie jest aż tak stary.
Tuż obok można zobaczyć rzymską agorę. Trzęsienie ziemi z 1933 r. wprawdzie zniszczyło miasto ale dzięki niemu odsłonięte zostały starożytne zabytki i archeolodzy zabrali się do pracy. Wśród dostojnych palm widać ruiny i pozostałości pewnie niegdyś świetnych budowli, samotne smukłe kolumny.


Nie mamy już czasu trzeba wracać do portu do naszego „kapitana” który tak sugestywnie zadbał, by każdy zapamiętał godzinę zbiórki. Krótka i sprawna odprawa paszportowa i wita nas nasz uśmiechnięty przyjaciel. Wracamy do Turcji.
Hipokratesa odwiedzała Monika Porzucek.
Komentarze do zdjęć: