Muzycznie - czyli co nam w duszy gra

The Devin Townsend Project - Ki

Po dwóch latach milczenia Devin Townsend powraca. Fakt, iż odstawił alkohol i dragi musiał sprawić, że postanowił on bardziej refleksyjnie podejść do swoich dotychczasowych dokonań, bowiem jego najnowszy album - Ki - to dzieło człowieka poszukującego od nowa swojej muzycznej tożsamości: w niczym bowiem nie przypomina wykonywanego od lat łomotu. Z wszystkich charakterystycznych cech swojego stylu jeśli nie zrezygnował, to odłożył je na trzeci plan: nie drze się zanadto, nie szarżuje z prędkością Porsche, nie gniecie ścianą dźwięku niczym stukilogramowy kloc. Nagrał zaskakująco piękną, wyciszoną, subtelną płytę, która idealnie mogłaby posłużyć za tło do jesiennego popołudnia, w którym na niebie pojawiają się pierwsze błyskawice i lada moment ma zacząć padać, być równie spokojnie, co niepokojąco.

Townsend szeroko pojętą muzykę ekstremalną ma, co by dużo nie gadać, w najmniejszym palcu lewej stopy. Przez lata dawał imponujący popis stylistycznego rozmachu biegle poruszając się we wszelkich odmianach metalu, śmiało eksperymentując z industrialem i żywo interesując się ambientem, ale okazuje się, że dopiero gdy się wyciszy i uspokoi, dopiero wtedy dzieją się cuda. Zbija nas z tropu już na starcie przestrzenną, krótką gitarową impresją A Monday, która doskonale ustala ogólny ton całości i kiedy gładko przechodzi w Coast, eteryczną, rockową piosenkę, ta w kulminacyjnym momencie uderza przesterem, aby za chwilę skończyć się jak poprzedniczka. Townsend zaskakuje tutaj bez przerwy i wygląda na to, że po co by nie sięgał, wszędzie czuje się jak ryba w wodzie.

The Devin Townsend Project - KiNajlepsze, że wszystkie te utwory trzymają się kupy i ich największym atutem jest właśnie kontrast. Czego tu nie ma! Blues, ambient, wszelkie – z progresywnym i kosmicznym na czele – odcienie rocka, a i pobrzmiewają tu też echa jazzu, czego wyrazem są choćby wspaniałe, floydowskie z lekka, Ain’t Never Gonna Win…. Zachwyca też Winter czy cudowny wręcz Terminal, bezapelacyjnie jeden z najpiękniejszych utworów w całym katalogu Townsenda.

Dla tych, którzy uważali zawsze Strapping Young Lad za niewiele więcej niż narcystyczną zgrywę, Ki może być miłą niespodzianką, a ci, którzy oczekują od Townsenda, że wiecznie tłuc będzie odhumanizowane twory czy długaśne ambientowe pejzaże, mają okazję przekonać się, że faceta stać na znacznie więcej – Ki jest bowiem kolejnym świadectwem jego szerokiego horyzontu muzycznego a zarazem wielkiej wrażliwości. Nie ma co się spodziewać (choć nie można tego wykluczyć), że na zapowiadanych kolejnych trzech płytach w ramach The Devin Townsend Project będzie on dalej zgłębiać tak ciche rejestry. Ważne pozostaje jednak poczucie, że przy okazji Ki bliski był arcydzieła.

Rzecz nie do przeoczenia.

Jacek Szafranowicz
PodróżeKulturaMuzykaHistoriaFelietonyPaństwo, polityka, społeczeństwoPowieści i opowiadaniaKącik poezjiRecenzjeWielkie żarcieKomiks
PrzewodnikiAlbaniaNepalPolskaRumunia
Najpopularniejsze Muzycznie - czyli co nam w duszy graLeśna Rawa Anno Domini 2009Ósmy Koncert Świąteczny, Leśniczówka 2009Koncert urodzinowy zespołu Es Flores, Kraków, Listopad 2009Koncert zespołu Betty Be, Mikołów 2009X Tyski Festiwal Muzyczny im. Ryśka Riedla
Najwyżej oceniane Muzycznie - czyli co nam w duszy graPiętnasty Koncert Świąteczny, Leśniczówka 2016Sepultura – trzy dekady legendyTrzynasty Koncert Świąteczny, Leśniczówka 20144 Szmery na 20. urodzinach CreeHistoria koncertem pisana – pomarańczowa trasa Kultu
Oceń zamieszczony obok artykuł.
Minister kazał, więc uprzejmie informujemy, że nasze strony wykorzystują pliki cookies (ciasteczka) i inne dziwne technologie m.in. w celach statystycznych. Jeśli Ci to przeszkadza, możesz je zablokować, zmieniając ustawienia swojej przeglądarki. Więcej informacji znajdziesz w artykule: Pliki cookies (ciasteczka) i podobne technologie.