zapraszamy do współpracy
Zapraszamy do współpracy
Państwo, polityka, społeczeństwo...

Spalskie refleksje

Epoka ignorantów

SpałaPrzed laty, w czasie praktyk studenckich w krakowskim Muzeum Etnograficznym, noszącym imię niezapomnianego Seweryna Udzieli, piszący te słowa miał okazję widzieć dwie intrygujące ludowe rzeźby, znajdujące się w zbiorach owej niezwykłej placówki, nie pokazywane niestety zwiedzającym. Anonimowi wiejscy artyści wyryli bowiem w drewnie urokliwe wizerunki... świętego Mikołaja Kopernika i świętego Jana Sobieskiego. Zapewne ludowi twórcy (zdaje się, że z XVIII czy XIX w.) nie chcieli przez to podkreślić przynależności wielkiego astronoma do stanu duchownego, ani religijnego animuszu zwycięskiego króla w walce z muzułmanami, choć są one oczywistymi faktami, lecz rzeźbiarze pewnie nie mieli o nich wielkiego pojęcia. Raczej widzieli jakieś wizerunki Jana III i słynnego kanonika warmińskiego (wraz z charakterystycznymi atrybutami), które starali się odwzorować, a w swoim nikłym oglądzie świata zwyczajnie dokonali kontaminacji dwóch ludzi z ich patronami. Bo skoro słyszeli o świętym Janie i świętym Mikołaju, to kimże innym mogli dla nich być owi tajemniczy Jan Sobieski i Mikołaj Kopernik? Tego typu świątki mówią nam wiele o mizernej wiedzy ich twórców i o błędnym łączeniu przez nich różnych motywów, o których „gdzieś słyszeli”. I obie rzeźby, poza niezaprzeczalnym urokiem, byłyby zabawne, gdyby nie to, że... owi dziewiętnastowieczni (?) włościańscy artyści byli swoistymi prekursorami naszej epoki, którą zapoczątkowała I wojna światowa, a którą umownie nazwać możemy XX wiekiem (nieco „przesuniętym”, bo trwającym od 1914/1918 r. do dziś).

Nasza bowiem epoka, ów XX w. (nawet jeśli chronologicznie mamy już XXI stulecie) cechuje się wieloma interesującymi zjawiskami: nie tylko odejściem od europejskiej tradycji autorytarnych monarchii na rzecz ustrojów egalitarnych (najpierw pośród nich triumfował nazizm, później komunizm, a w końcu demokracja parlamentarna), upadkiem szeroko pojętej kultury, powszechną barbaryzacją, bezprecedensowym cynizmem i zakłamywaniem najprostszych kwestii, niespotykanymi w dziejach świata zbrodniami ludobójstwa (od rzezi Ormian, przez Holocaust i krwawe praktyki komunizmu po masowe mordy na Bałkanach), laicyzacją, dynamicznym rozwojem cywilizacji technicznej (aczkolwiek w porównaniu z bardziej cywilizowanym XIX w., jako epoka historyczna trwającym od 1815 do 1914 r. i w dziedzinie wynalazczości nastąpił pewien regres, jeśli nie ilościowy, to jakościowy, albowiem wciąż udoskonala się głównie dziewiętnastowieczne cuda techniki – samochody, samoloty, fotografię, kino, telefony, fale radiowe), niesamowitym skokiem w dziedzinie higieny, wzrostem świadomości zdrowotnej czy seksualnej, ale również obniżeniem poziomu kształcenia i powszechnym niedouczeniem, przy najwyższych wskaźnikach wykształcenia formalnego (gdyby iść dalej tą drogą i tytuł magistra nadawać przy narodzinach, bylibyśmy społeczeństwem jeszcze bardziej „wykształconym”!). Dzisiejszy bowiem człowiek, któremu wiedzę zapewniają coraz mniej wymagające szkoły i dziennikarze-ignoranci z prymitywnych, tabloidowych mediów, jest równie niedouczony jak ów ludowy rzeźbiarz, mylący świętego Mikołaja z toruńskim duchownym i świętego Jana z triumfatorem spod Wiednia. I podobnie jak tamten myśli, że wie dużo, lecz wiedza jego składa się ze strzępów ogólnikowych informacji, bezsensownie łączonych w uproszczony, a przez to nieprawdziwy obraz świata. A że obraz ten musi być uproszczony, aby niedouczony człowiek potrafił go ogarnąć swoim „wykształconym” umysłem, przeto coraz częściej podsuwa się mu wymyślone przez polityków i dziennikarzy całe „pakiety” poglądów, jakby patriotyzm, antykoncepcja, religia i jej miejsce w społeczeństwie, seksualność, koncepcja państwa i narodu, ekologia, zdrowy tryb życia, aborcja, kara śmierci czy eutanazja nie były problemami, z których każdy wart jest zupełnie odrębnej, rozważnej refleksji, całkowicie niezależnej od pozostałych. A ponieważ społeczeństwo jest coraz bardziej niedouczone, coraz chętniej przeto takie „pakiety” daje sobie „sprzedawać”, aby nie musieć zastanawiać się nad wszystkim z osobna...

Można naturalnie śmiać się z „mądrości” dzisiejszych ludzi, ale nie zapominajmy, że w ustroju demokratycznym („jedynie słusznym”, albowiem jest on jedyną kwestią, która nie podlega dziś żadnej krytyce ani refleksji) to większość ma zawsze rację. Tak jak – zgodnie z demokratyczną wykładnią – miała ją w Niemczech lat 30. XX w.

SpałaInną natomiast charakterystyczną cechą naszej „epoki ignorantów”, która wyróżnia ją od innych, jest fakt, że społeczeństwo nie składa się już z ludzi utalentowanych, którzy nadają trendy oraz mniej utalentowanych, którzy próbują ich naśladować, lecz po raz pierwszy bodaj w dziejach świata ci mniej zdolni w swoim braku autokrytyki tworzą ze znakomitym samopoczuciem i wielką pewnością siebie więcej od tych, którzy mogą pochwalić się niezwykłymi umiejętnościami, a wartościowa twórczość ginie w zalewie ordynarnego chłamu. Mówi to wiele o charakterze tzw. sztuki współczesnej i całkiem sporo o współczesnej „kulturze” (szczególnie zaś – popkulturze). Na tym niestety polega także pewien dramat autora tych słów, który charakterologicznie jest raczej lekkoduchem, ale ponieważ zajmuje się tematyką kulturową, a żyje w XXI w. – siłą rzeczy nie może się bez narzekania obejść...

XX stulecie poszło jednak o wiele dalej od owych dwóch, sympatycznych pewnie, ludowych rzeźbiarzy, albowiem nie tylko skazało nas za pomocą krytyki pozytywnych wzorców, słabych szkół, kiepskich mediów i demokratycznych rządów, zawsze schlebiających niedouczonej większości, na dominację troglodytów, nie tylko wpoiło nam zasadę bezrefleksyjnej „pakietowości” poglądów, ale też – niczym twórcy wspomnianych świątków – wprowadziło aksjologiczny chaos, bynajmniej nie po to, aby kwestionując zastane idee zmusić nas do samodzielnego myślenia, ale przeciwnie – aby zachować je jeszcze bardziej skostniałymi, ale za to maksymalnie wymieszać, odrzeć z pierwotnego znaczenia i pozamieniać miejscami bez jakiegokolwiek sensu i wbrew elementarnej logice. A że eksperyment ten zakończył się całkowitym powodzeniem i odbieramy dziś różnorakie idee całkowicie bałamutnie, a nawet ich wyznawcy często nie zdają sobie z tego sprawy – doskonale zaświadczają takie przykłady, jak erotyka, nacjonalizm, wielokulturowość i ekologia, które XX stulecie skutecznie pozbawiło naturalnych punktów odniesienia, a w ich koślawej recepcji dowiodło, iż zdrowy rozsądek jest tej epoce całkowicie obcy...

Konserwatywna Wenera

Pomijając już pewne rozpasanie seksualne starożytnych (ach, to rozkoszne wspomnienie bachanaliów...), także w pełni ukształtowana kultura europejska, datująca się od dojrzałego średniowiecza po I wojnę światową, nigdy nie stroniła od erotyki, i choć zazwyczaj (choć nie zawsze!) unikała w tej materii ostentacji, to śmiało czerpała inspiracje z różnych form zmysłowości. Najbardziej „wyzwolone” były przy tym warstwy najbardziej politycznie, społecznie i ekonomicznie konserwatywne – arystokracja i chłopstwo.

Umizgi huculskie - Wacław SzymanowskiW kulturze ludowej erotyczne dwuznaczności i mało subtelne aluzje były wręcz wszechobecne, zwłaszcza w żartobliwych piosnkach, różnych formach obrzędowości wiosennej (wszak ta pora roku kojarzyła się najbardziej z wszelkimi zalotami) czy rytuałach weselnych. Polscy chłopi (dodajmy dla porządku, że gorąco przywiązani do tradycji i katolicyzmu) nigdy jakoś szczególnie nie cenili dziewictwa, aprobowali niezobowiązujące kontakty intymne (z wyjątkiem piętnowanych zdrad małżeńskich), a Górale Podhalańscy otwarcie deklarowali, że pannę przed ślubem należy wypróbować. Kryła się za tym zresztą głęboka mądrość ludu, skoro zdrady małżeńskie piętnowano, a te przecież spowodowane są niemal zawsze niedopasowaniem temperamentów seksualnych, które winny być znane przed podjęciem decyzji, mającej w zamyśle wiązać na całe życie. Dużo dalej szli niezwykle towarzyscy Huculi, którzy akceptowali w zasadzie wszelkie erotyczne kontakty. Prawie każdy żonaty Hucuł ma kochankę (lubaska) i odwrotnie; stosunki erotyczne w rodzinie nie należą do rzadkości. Najciekawszem jest to, że pożycie takie wydaje się Hucułom rzeczą najzupełniej normalną – a obowiązek wierności małżeńskiej nie istnieje dla nich wcale – z podejrzanym zainteresowaniem notował Mieczysław Orłowicz.

Także „warstwy posiadające” nie stroniły od miłostek, ognistych romansów i obyczajowych skandali, niewiele przejmując się opinią innych. I jest coś doprawdy symbolicznego w fakcie, że francuską monarchię ocaliły w XV stuleciu pospołu świątobliwa Joanna d’Arc i rozwiązła Agnieszka Sorel, niczym dwie podpory tronu... Szczególnie libertyńska atmosfera panowała na dworze angielskim doby restauracji Stuartów i na dworze francuskim okresu regencji za małoletniości Ludwika XV (choć zupełnie oficjalne metresy utrzymywał przecież prawie każdy nowożytny król Francji, nieślubne dzieci nosiły zaś w pełni formalne tytuły bastarda orleańskiego czy burgundzkiego), a w Rzeczypospolitej – gdyby już pominąć nadzwyczajny temperament Kazimierza III Wielkiego czy Augusta II Mocnego – w czasach stanisławowskiego „odrodzenia w upadku”. Jednym z wybitniejszych przedstawicieli ówczesnej warstwy szlacheckiej był Franciszek Karpiński, z równym upodobaniem piszący pieśni religijne (Bóg się rodzi; Kiedy ranne wstają zorze; Nie zna śmierci Pan żywota; Wszystkie nasze dzienne sprawy; Zróbcie Mu miejsce, Pan idzie z nieba), jak i dosadne erotyki. Również Kazimierz Przerwa-Tetmajer, potomek szlacheckiej rodziny, zwolennik pradawnych tradycji i gorący patriota fenomenalnie łączył lirykę religijną (Anioł Pański) z erotyczną (któż nie zna niemal na pamięć Lubię kiedy kobieta...?).

Bo nawet katolickie duchowieństwo, które oficjalnie krytykowało „niemoralność” i „zgorszenie”, nie zwalczało szczególnie gorliwie cielesności, z którą tak zawzięcie wojowały różne odłamy protestantyzmu (może to właśnie jedna z przyczyn?), czego najlepszym przykładem jest wielki prymas Polski Andrzej Krzycki – inny autor udatnych erotyków, poza tym członek Towarzystwa Ożralców i Opilców...

Naturalnie i w Kościele katolickim zdarzały się w różnym czasie i miejscu próby jego moralnej „kalwinizacji”, były one jednak zdecydowanie przez Rzym zwalczane. Rygoryzm obyczajowy objawił się najsilniej w postaci jansenizmu, który w 1713 r. został potępiony przez papieża Klemensa XI bullą Unigenitus, a w 1794 r. przez Piusa VI konstytucją Auctorem fidei. W rezultacie zawzięcie zwalczający „nieobyczajność” jansenizm uznany został za herezję i znalazł się poza Kościołem katolickim.

I choć jest rzeczą oczywistą, że temperament seksualny pozostaje uwarunkowaniem czysto biologicznym (podobnie jak choćby uczucie głodu i sytości, różnie przejawiające się u różnych ludzi), a nie kwestią poglądów, warto zauważyć, że najbardziej purytańską warstwą społeczną pozostawało zawsze mieszczaństwo, tak znakomicie sportretowane w postaci Anieli Dulskiej przez Gabrielę Zapolską. Mieszczaństwo, które dla odmiany chętniej niż szlachta, duchowieństwo i chłopstwo przyjmowało nowe koncepcje polityczne i społeczne, a nad tradycyjne wartości przedkładało zysk. Być może właśnie wieczna pogoń za pieniądzem pozwalała mu okiełznać podniety bardziej dla rodzaju ludzkiego naturalne? I nieprzypadkowo z szeregów mieszczaństwa wyrastali najwięksi zwolennicy „postępu” i wszelkich rewolucyjnych idei.

No właśnie. Purytanizm obyczajowy pozostawał jedną z głównych cech ruchów rewolucyjnych, począwszy od rewolucji angielskiej aż po komunizm i narodowy socjalizm. I znów można się zastanawiać czy fanatyczna służba idei „postępu”, czy też mordy i zbrodnie dawały rewolucjonistom taki zastrzyk adrenaliny, że czyniły ich oziębłymi seksualnie. Nie na darmo Włodzimierz Iljicz Lenin (choć osobiście ludzkich przyjemności nigdy się nie wyrzekł) głosił, iż popęd seksualny służył „siłom reakcji” do zniewolenia „mas pracujących” i odwrócenia ich uwagi od walki o „wyzwolenie społeczne”. Nowy, bolszewicki człowiek miał być zatem wolny od owych „gorszących słabości”. I zwykle był. Warto zwrócić uwagę, że przywódcy rewolucji i totalitarnych systemów rewolucyjnych niezwykle często prowadzili ascetyczny żywot, daleki od „rozpasania pałaców” lub pozostawali przykładnymi małżonkami i ojcami rodzin, najlepiej wielodzietnych (jak Józef Goebbels). Tylko bowiem człowiek całkowicie wyzbyty z naturalnych potrzeb („słabości”) lub taki, który potrafił utrzymać je na wodzy i używać nie dla własnej przyjemności, a jedynie dla dobra „podstawowej komórki społecznej”, nadawał się do budowy „nowego”, „lepszego” świata. „Niemoralnych” arystokratów i szlachtę (jak również duchowieństwo) należało zatem wyeliminować z życia społecznego (jeśli nie wyeliminować w ogóle) – zwłaszcza że klasy te dopuszczały się i innych „zbrodni”, a chłopstwo wychować do „bolszewickiej moralności”, czyniąc jednocześnie gesty wobec „zdrowego moralnie” wielkomiejskiego proletariatu. A jeśli jakiś bardziej temperamentny komunista „nie dorósł” do „marksistowskiej moralności” – musiał czynić z tej „słabości” najściślejszą tajemnicę, zaś skrywane ze wstydem kochanki najwyższych nawet dygnitarzy nie mogły marzyć o w pełni oficjalnej pozycji, jaką cieszyły się onegdaj w Wersalu jawne metresy królów arcychrześcijańskich...

Czyż zresztą w naszym kraju doby „realnego socjalizmu” największej bodaj przeszkody w karierze w szeregach Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej nie stanowiła – na równi z przyzwoleniem na praktyki religijne w rodzinie – „nieobyczajność”? Mało tego, w latach 1948–1949 obowiązywały tzw. świadectwa moralności – wystawiane przez wszechwładne w owym czasie Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego – nawet dla kandydatów na wyższe uczelnie (!).

Polscy spadkobiercy ruchów rewolucyjnych nie odpuścili nawet nazwom terenowym, również tym głęboko osadzonym w toponomastycznej tradycji: wieś Hujsko na Pogórzu Przemyskim stać się musiała Nowymi Sadami, Kurwie – Karwicą Mazurską, Dupice – Piasecznem, jezioro Kurwik otrzymało imię Kierwik, a z map Wrocławia zniknęła definitywnie Kurwia Górka... Gdzie te czasy, kiedy w dojrzałym średniowieczu wkraczający do Paryża król Ludwik XI witany był przez nagie młode niewiasty, udające syreny?

Naturalnie, samo zagadnienie seksualnego liberalizmu niezwykle rzadko odgrywało kluczową rolę w walce konserwatystów z rewolucjonistami, choć w siedemnastowiecznej Anglii główna linia podziałów społeczno-politycznych istotnie biegła pomiędzy monarchią absolutną libertyńskich Stuartów a brutalnymi republikanami z nierozerwalnego nurtu rewolucyjno-purytańskiego. Jest jednak rzeczą znamienną, że pewien ograniczony dobrymi manierami libertynizm był zawsze charakterystyczny dla „sił reakcji”, przywiązanych do „starego porządku”, religii, tradycji, utrwalonych zasad i kultury, podczas gdy „postępowcy” (z wyjątkiem tych najbardziej temperamentnych) nieustannie zwalczali „nieobyczajność” i seksualną swobodę na równi właśnie z kulturą, religią i tradycją, dziedzictwem wieków czy „sztuką zdegenerowaną” (względnie „burżuazyjną”), a z obrzydzenia względem damsko-męskiej zmysłowości popadali niekiedy w homoseksualizm (jak Ernest Röhm – lider najbardziej skrajnego odłamu nazizmu). Był to w każdym razie podział dość czytelny.

Wiek XX nie byłby jednak sobą, gdyby nie zechciał nam go zaburzyć. U schyłku stulecia popularny był już pogląd, że konserwatyzm polityczny i ideowy jest tożsamy z seksualnym rygoryzmem, a „postępowość” z libertynizmem. Nie wiadomo kto pierwszy wymyślił tę karkołomną konstrukcję myślową, ale wbrew oczywistym faktom została ona przyjęta w wielu kręgach za prawdziwą, zapewne z uwagi na owo powszechne niedouczenie i ignorancję, albowiem powtarzający takie brednie zapewne nie posiadają żadnej wiedzy ani o ascetycznej obyczajowości rewolucjonistów, ani o powszechnych romansach w obrębie „reakcyjnych” warstw społecznych, ani o rubaszności tradycyjnej kultury ludowej. Zresztą, dzisiejsi zdeklarowani lewicowcy, którzy nie chcąc już – jak ich ideowi poprzednicy – grzmieć o „zgorszeniu”, ale pragną udawać „wyzwolonych” obyczajowo zwykle wypadają w tej roli dość zabawnie, skoro zamiast skupiać się na uwielbieniu piękna kobiecego ciała wolą przejść jak najszybciej do wsparcia dla „mniejszości seksualnych”... Co kto lubi – można rzec, ale ukazuje to wyraźnie, że kradzież cudzych tradycji przybiera zawsze karykaturalne i pokraczne formy... Inna sprawa, że widujemy dziś w życiu publicznym także osoby, które deklarując się jako przywiązane do polskiej tradycji i katolicyzmu, regularnie gorszą się „nieobyczajnością” i „Sodomą” niczym wytrawny komunistyczny kacyk. Warto więc, aby zastanowiły się, które tradycje są im tak naprawdę bliskie, bo ognia z wodą pogodzić się nie da... Skądinąd oburzenie owych zaskakująco ostentacyjnych „katolików” (a raczej heretyckich z punktu widzenia katolickiej ortodoksji neo-jansenistów) na „gorszące” ubiory, „propagandę rozwiązłości” czy „skandaliczne” plakaty lub reklamy jakoś dziwnym trafem zawsze uderza w erotyzm heteroseksualny... I może to właśnie powinien być trop? Niezależnie jednak od tego, czy mamy tutaj do czynienia ze zwykłą głupotą, czy przemyślaną prowokacją, owi mniemani „katolicy” (jeśli nie są w istocie krypto-homoseksualistami, to pozostają zapewne gotowi w odpowiedniej chwili porzucić powierzchowne chrześcijaństwo dla „bardziej stanowczego” w tej materii islamu, co nie jest zresztą żadnym zarzutem, a jedynie diagnozą) utrwalają nieprawdziwy obraz świata, w którym rewolucyjny purytanizm został nagle przypisany konserwatystom, a konserwatywny de facto libertynizm – lewicy...

Konserwatywny patriotyzm kontra czerwony nacjonalizm

Jeszcze bardziej kuriozalnym przykładem dokonania przez ludzi XX stulecia swoistego odwrócenia wartości jest nacjonalizm. Oto bowiem drogą częściowo świadomej manipulacji, a częściowo rażącej ignorancji ta skrajnie lewicowa ideologia o wybitnie rewolucyjnych korzeniach i charakterze nagle uznana została za „prawicową”, „konserwatywną”, a nawet „skrajnie prawicową”, przy zdumiewającej zgodzie samych nacjonalistów, najwyraźniej mało świadomych czegokolwiek. Czy można jednak wymagać choćby minimum myślenia od zwykłych skinów?

Dzisiejszy człowiek na ogół uważa nacjonalizm za „patriotyzm, tylko bardziej”. Nic bardziej mylnego! Obie idee – patriotyzm i nacjonalizm – wywodzą się bowiem z zupełnie innego źródła i nic ze sobą wspólnego nie mają. Patriotyzm – znany od najdawniejszych czasów – to przywiązanie do rodzinnej ziemi, niezależnie od jej politycznego statusu, chęć pracy na rzecz jej rozwoju, przywiązanie do narodu (pojmowanego jednak w sposób staroświecki, niekoniecznie jako wspólnoty etnicznej, ale tożsamościowo-kulturowej, stąd m.in. pojęcie „narodu politycznego”), przywiązanie do swojego państwa, niezależne od jego aktualnego ustroju (nawet w zaciekłej walce z panującym we własnym kraju systemem rządów patriota skorzysta z obcej pomocy jedynie w ekstremalnej sytuacji!), przywiązanie do rodzimej tradycji, w tym nierzadko do dawnych obrzędów i religii, dbałość o zabytki dawnych wieków i ojczystą przyrodę, przywiązanie do rodzimej dynastii, do szeroko pojętej „swojszczyzny”, przy jednoczesnej twórczej recepcji innych wzorców, jeśli uznane zostaną za dobre i pożyteczne dla ojczyzny. Między każdą ze wspomnianych wartości postawić można spójnik „i”, ewentualnie „lub”, albowiem patriotyzm pozostaje dość dowolną kombinacją wszystkich, albo tylko niektórych wymienionych elementów, stąd też tak wiele jego form, rodzajów i środków wyrazu. Miłość do ziemi, miłość do narodu (podkreślmy raz jeszcze, że niekoniecznie etnicznego!), często niezwykle trudna miłość do swojego państwa, miłość do ojczystej przyrody i zabytków własnej przeszłości, miłość do rodzimej kultury i tradycji – żaden z tych elementów nie jest dla patriotyzmu koniecznym, ale każdy (nawet z osobna) może być z nim utożsamiany. Jednak przy całej dowolności, patriotyzm to przede wszystkim postawa i czyny, a nie buńczuczne deklaracje i wrzaskliwe uliczne marsze. Trzeba też koniecznie podkreślić, że patriotyzm jako forma przywiązania do „swojszczyzny”, albo patriotyzm jako dbałość o przyrodzoną lub wybraną ojczyznę żadną miarą nie decyduje o stosunku do nowych, zapożyczonych zjawisk, bo te są przez patriotów sumiennie oceniane i równie dobrze mogą być przez nich uznane za szkodliwe, jak i za pożyteczne, równie dobrze zawzięcie zwalczane, jak i z gorliwością adaptowane.

Orzeł PiastowskiTradycyjny patriotyzm był charakterystyczny dla dawnych dworów monarszych, które (inaczej niż demokratyczne, kadencyjne władze, z konieczności kierujące się maksymą po nas choćby potop) stały na straży tradycji wieków, dbały w interesie państwa o egzekwowanie praw do spornych terytoriów, na każdym kroku zabiegały o podkreślanie swojej całkowitej suwerenności (zewnętrznej i wewnętrznej), utwierdzały odwieczne zasady, a jednocześnie z wysokości własnego majestatu narzucały śmiałe reformy, pozwalające swemu dziedzictwu bez lęku spoglądać w przyszłość. Zarazem dawne monarchie brały pod opiekę swojej mniej lub bardziej autorytarnej władzy narodowe mniejszości (w Polsce Piastów i Jagiellonów wyrażało się to m.in. przywilejami dla Żydów, Ormian i niemieckiego patrycjatu nadbałtyckich miast), a nierzadko, pilnując czujnie interesów państwa i narodu politycznego, posiadały jednocześnie charakter mniej lub bardziej kosmopolityczny, o czym świadczą choćby wpływy kultury germańskiej w państwie Henryków śląskich (wytrwale dążących przecież do zjednoczenia rozbitej na dzielnice Polski), typowa dla wszystkich europejskich dworów moda na francuszczyznę i – co absolutnie kluczowe – solidarność „Europy królów”, postrzeganej jako rodzaj wielkiej rodziny, wobec nacjonalistycznych ruchów rewolucyjnych. Doceniając zatem w pełni wspaniałą spuściznę polskiej lewicy niepodległościowej, wypada stwierdzić, iż patriotyzm jest jednak wartością raczej konserwatywną, opartą na umiłowaniu suwerenności, własnej tradycji i wszelkich form „swojszczyzny”, wytrwałej realizacji interesu państwa i narodu politycznego, respektowaniu ponadnarodowych wartości, adaptowaniu korzystnych wzorców i dbaniu o pewien rodzaj „domowego miru”, w postaci wygaszaniu wewnętrznych napięć (na przykład etnicznych) na bazie czytelnych i niezmiennych (choć modyfikowanych) wartości. Nacjonalizm tymczasem nie tylko z konserwatyzmem nie ma nic wspólnego, ale jako idea rewolucyjna odegrał absolutnie wiodącą rolę właśnie w walce ze „starym ładem”(!).

Dodajmy też, że mimo, iż w języku polskim pojęcia „naród” i „lud” nie są tożsame, to w innych znaczą dokładnie to samo, czego przykładem jest choćby niemiecki volk czy rosyjski нaрoд. Charakterystyczne, że nazwa Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej w mowie Teutonów brzmiała Volksrepublik Polen, a po rosyjsku – Пoльcкaя Нaрoднaя Рecпyбликa, zatem obaj najważniejsi sąsiedzi nieprzypadkowo komunistyczną formę państwa polskiego uważali poniekąd za Polską Republikę Narodową...

Nacjonalizm nie był – jak patriotyzm – rodzajem pojęcia „odwiecznego”, ale wymysłem straszliwej rewolucji francuskiej, w barbarzyński i ludobójczy sposób niszczącej „stary ład”, w tym francuski patriotyzm, rozumiany jako wierność tradycji, katolicyzmowi i legalnej dynastii Burbonów. Nieprzypadkowo główne ognisko rewolucji przeciwko prawowitej władzy królewskiej przybrało imię Zgromadzenia Narodowego (fr. Assamblée nationale), nieprzypadkowo też zaczadzeni obłędną i morderczą ideologią republikańscy totaliści dzielili społeczeństwo na przeciwstawne sobie grupy „patriotów” (czyli faktycznie nacjonalistów) i przeznaczonych do eksterminacji „arystokratów” (w dużej mierze autentycznych patriotów, szukających wsparcia przeciw rodzimemu motłochowi u „obcych” monarchów). Rewolucja francuska strąciła bowiem z piedestału Boga i króla, a w zamian ubóstwiła naród, pojmowany nowatorsko jako wspólnota etniczna (rasowa?), tworząc ideologię nacjonalistyczną. W dużej mierze to właśnie rewolucyjno-nacjonalistyczna ideologia kazała Pierwszej Republice francuskiej podbijać inne kraje i narody (naturalnie „wyzwalane” od „tyranów”) albo anektowane bezpośrednio, albo organizowane w kolaboranckie „siostrzane” republiki.

Przez całe XIX stulecie ruchy nacjonalistyczne wszędzie zwracały się przeciwko monarchiom („tyraniom”) i tradycyjnym wartościom. Wszędzie łączyły „walkę narodową” z „walką o wyzwolenie społeczne”. Wszędzie nacjonalizm szedł w parze z bojem o „społeczny postęp”, przeciw dość kosmopolitycznym dworom „tyranów”. Nieprzypadkowo bowiem wiek ów pozostawał pod znakiem walki „Europy królów” z „Europą narodów”. Znamienne, że jedną ze „zbrodni” Marii Antoniny w oczach francuskich rewolucjonistów było jej niemieckie, „obce” pochodzenie (słowa „Austriaczka” nikt w dziejach nie używał z taką nienawiścią jak owi samozwańczy „patrioci”). I znamienne, że nawet przeszło wiek później w oczach rosyjskich rewolucjonistów podobna była „wina” ostatniej carycy Aleksandry...

Trzeba przy tym nadmienić, że polska walka narodowowyzwoleńcza była tutaj swoistym wyjątkiem, stroniła bowiem od wystąpień antyreligijnych (a nawet uznawała Krzyż za swój transcendentny oręż) i pozostawała wolna od nacjonalistycznych haseł, pozostając na gruncie dość konserwatywnie pojmowanego, choć zarazem buntowniczego patriotyzmu. Wynikało to z prostego faktu, iż celem lechickiej irredenty (inaczej niż ruchów rewolucyjnych we Francji, Niemczech czy Włoszech) było odrodzenie państwa wielonarodowego w granicach sprzed I rozbioru, sięgającego za Dniepr. Stąd też chwalebny udział Żydów w walce o polską niepodległość, stąd w końcu Złote hramoty w ukraińskim języku, kolportowane w 1863 r. przez powstańców pośród ruskiego chłopstwa.

Polską specyfiką była również endecja, która stworzyła pojęcie „Polaka-katolika” (więcej niż pożyteczne w zaborze pruskim, ale już nie na Kresach Wschodnich, a w niepodległej II Rzeczypospolitej wręcz szkodliwe dla integracji młodego państwa), mimo że jej głównym ideologiem pozostawał zdeklarowany ateista Roman Dmowski. Miała ona dość niejasny, prawicowo-lewicowy charakter, albowiem z jednej strony jak konserwatyści krytykowała zbrojne zrywy niepodległościowe, opierała się na tradycyjnych wartościach i religii, a z drugiej pozostawała zawsze ruchem mniej lub bardziej nacjonalistycznym i demokratycznym, wedle dzisiejszych wzorców. Dlatego też stanowiła najważniejszą, bo najbardziej wytrwałą opozycję wobec dyktatorskich rządów sanacji (oraz znaczącą część pensjonariuszy Berezy Kartuskiej...) i dlatego też polska arystokracja, zatem warstwa najbardziej konserwatywna politycznie, ekonomicznie i społecznie (oraz obyczajowo, skoro to libertynizm wypada przecież uznać za naprawdę konserwatywny!), zawsze sprzyjająca tradycji monarchicznej, choć zrazu sympatyzowała z endecją jako ruchem o mocnym oparciu w religii i tradycyjnych wartościach, ostatecznie porzuciła ją na rzecz piłsudczyków, którzy mimo socjalistycznych korzeni (tutaj jeszcze jeden ukłon w stronę lewicy niepodległościowej!) koniec końców jako antydemokraci, puczyści (zatem swoiści spadkobiercy Konstytucji 3 Maja), admiratorzy całkowitej suwerenności państwowej i rządów silnej ręki okazali się w optyce Potockich i Radziwiłłów znacznie większymi konserwatystami od wyznawców coraz bardziej pogrążonego w nacjonalistycznych paranojach Dmowskiego...

W każdym razie począwszy od rewolucji francuskiej, przez przeszło stulecie główny spór w Europie toczył się pomiędzy konserwatywnymi, autorytarnymi monarchami, stojącymi na straży tradycyjnych wartości (przy jednoczesnym dokonywaniu gwałtownego skoku technologiczno-cywilizacyjnego), panującego wyznania o państwowym charakterze (choć nikomu nie narzucanego), przywilejów dla narodowych i religijnych mniejszości i klasycznie pojmowanego patriotyzmu, z wyraźną nutką europejskiego kosmopolityzmu a „postępowymi” ruchami rewolucyjnymi o najczęściej demokratyczno-nacjonalistycznym charakterze, pragnącymi zburzyć „stary ład” i obaliwszy „zdradzieckich tyranów” oddać władzę w ręce „ludu” i narodu etnicznego.

Niezwykle reprezentatywnym przykładem jest rewolucja, która zamieniła Imperium Osmańskie w Republikę Turecką (zresztą, trochę „pełzająca”, albowiem „postępowi” młodoturcy zażywali już uprzednio władzy, korzystając z poważnego ubezwłasnowolnienia władzy sułtańskiej i dokonując w tym czasie straszliwej rzezi Ormian). Choć państwo Osmanów postrzegane było w chrześcijańskiej Europie jako „Turcja”, w rzeczywistości było wielonarodowym imperium, którego mieszkańcy pojęcie „Turek” uważali często za obraźliwe, a turecki język sułtana, zapisywany zresztą arabskim alfabetem, dominował wyłącznie z przyczyn praktycznych. Podstawą państwowej tożsamości była w nim jedynie panująca dynastia (turecka etnicznie, lecz z ducha całkowicie kosmopolityczna) i islam jako religia stanu (w konserwatywnym, a zatem dość tolerancyjnym wydaniu), na której czele stał władca jako formalny kalif. Mustafa Kemal Atatürk, bez wątpienia patriota, ale bardziej jednak nacjonalista, obalił w 1922 r. ostatniego sułtana Mehmeda VI, a na wszelki wypadek dwa lata później zniósł kalifat Abdülmecida II, zaś w miejsce wielonarodowej, autorytarnej monarchii wyznaniowej ustanowił świecką, jednonarodową republikę demokratyczną, wyłącznie dla „prawdziwych Turków”, której w pełni oficjalnymi filarami stały się demokracja, laicyzm i nacjonalizm. A mówiąc dokładniej, podstawą ideową rewolucyjnej Republiki Tureckiej oficjalnie pozostaje tzw. sześć strzał: republikanizm, sekularyzm, reformizm, etatyzm, nacjonalizm i populizm.

Nie jest też sprawą przypadku, że „postępowy” nurt rewolucyjny i skrajny, rasistowski nacjonalizm zlały się na dobre w międzywojennych Niemczech w nurt narodowosocjalistyczny (sama nazwa jest chyba wystarczająco czytelna!), który wzorem rewolucjonistów francuskich zamarzył o podboju świata... Darwinowski rasizm hitleryzmu jest powszechnie znany, jednak dzisiejszy, niedouczony człowiek rzadko pamięta o jego skrajnie lewicowym charakterze, który kazał narodowym socjalistom nie tylko ująć się za „masami pracującymi” przeciw „warstwom posiadającym” i „plutokracji”, wziąć w obronę niemieckiego robotnika przed „żydowskim wyzyskiwaczem”, podjąć brutalną i skuteczną walkę z religią (zwłaszcza z judaizmem i chrześcijaństwem, a w obrębie tego drugiego szczególnie z Kościołem katolickim) w imię „świeckiego charakteru państwa” (po zajęciu polskiego Pomorza straszliwy los czekał tam nie tylko polskich, ale i niemieckich duchownych, którzy przecież na tej etnicznej rubieży powinni być przez Berlin raczej wspierani, a nie mordowani!) – o czym świadczy nawet stosunkowo słaba obecność odniesień stricte religijnych w dzisiejszych niemieckich kolędach, które nie oparły się onegdaj nazistowskiej cenzurze – ale też podkreślać charakter reżimu czerwienią flagi i sztandarów Rzeszy. Nieprzypadkowo po sukcesie wyborczym Narodowosocjalistycznej Partii Robotniczej Niemiec jej szeregi masowo zasilali dotychczasowi członkowie Komunistycznej Partii Niemiec. Adolf Hitler zdobył się nawet pewnego razu na takie zwierzenie: W Hiszpanii postawiliśmy na niewłaściwego konia. Byłoby dla nas lepiej udzielić poparcia republikanom. Oni reprezentują lud. Zawsze moglibyśmy później uczynić z tych socjalistów dobrych narodowych socjalistów. Ludzie skupieni wokół Franco to wszystko reakcyjny kler, arystokraci i bogacze – nie mają oni nic wspólnego z nami, nazistami. Nie omieszkał też w dwudziestą rocznicę rewolucji roku 1918 podnieść emerytury czterem nestorom ruchu socjalistycznego – Ottonowi Braunowi, Pawłowi (Paulowi) Löbe, Gustawowi Noske i Karolowi (Carlowi) Severingowi, którzy szczególnie przyczynili się do obalenia autorytarnej monarchii Hohenzollernów...

Prawdą jest naturalnie, że najsłynniejszy kanclerz Niemiec szczerze nienawidził komunizmu, ale przecież tak samo Józef Stalin szczerze nienawidził trockizmu... Tak to już jest, że bratobójcze walki zwykle bywają najkrwawsze... Warto zwrócić uwagę, że w bolszewickiej optyce pokonany (czyli najczęściej zgładzony) wróg niemal natychmiast stawał się „reakcjonistą” czy innym „prawicowcem”. Właściwie wszystkie ofiary Stalina dorobiły się jakiegoś podobnego epitetu, nawet jeśli pod względem ideowym znajdowały się jeszcze bardziej na lewo od niego... Taka też była stawka wojny niemiecko-radzieckiej z lat 1941-1945, kiedy dotychczasowi sojusznicy wszczęli konflikt na nieznaną dotąd skalę: nie tylko miał on rozstrzygnąć o władzy nad światem, nie tylko miał zniszczyć żywą siłę rywala, ale też ostatecznie zadecydować kto stanie się przywódcą światowego „postępu”, a kto skończy jako pobity „reakcjonista”. Kto wie, czy – gdyby zwycięstwo przypadło Trzeciej Rzeszy niemieckiej – dzisiaj młodzi Aryjczycy z Posen, Warschau, Krakau i Lemberg nie uczyliby się czasem o triumfie kanclerza Hitlera nad „skrajnie prawicowym” komunizmem? Niewykluczone.

W każdym razie niewątpliwym wkładem Józefa Wissorionowicza – „wiernego ucznia Lenina” w dzieje ludzkości było zbiorcze nazwanie wszystkich swych wrogów „faszystami”. Nie wiadomo dlaczego akurat wykorzystał nazwę (bo Związek Radziecki nie uznawał przecież praw autorskich) ruchu Benito Mussoliniego dla określenia zarówno pokonanych, „bratnich” nazistów, jak i walczących z nimi znacznie dłużej i zacieklej niż Moskwa polskich akowców, ale dość powiedzieć, że nazwa ta zrobiła zawrotną karierę. Nawiasem mówiąc, o genezie autentycznego nurtu faszystowskiego i nierozerwalnych więzach idei rewolucyjnych z nacjonalizmem najlepiej świadczy fakt, że słynny duce powołał swój ruch wskutek secesji w łonie Włoskiej Partii Socjalistycznej, a pod koniec II wojny światowej nieprzypadkowo powołał pod niemiecką okupacją Włoską Republikę Socjalną, jako nacjonalistyczno-socjalistyczną alternatywę dla konserwatywnego Królestwa Włoch...

O tym, że nacjonalizm posiada wybitnie lewicowy charakter i wiele z patriotyzmem wspólnego nie ma, uczą nas także powojenne dzieje Polski, rządzonej nieprzerwanie przez czterdzieści pięć lat przez „obóz lewicy rewolucyjnej” pod wodzą komunistów. Jest rzeczą dość oczywistą, że Polska Partia Robotnicza, a później Polska Zjednoczona Partia Robotnicza nie była siłą patriotyczną (nawet, jeśli pierwszej z nich oddamy pewne zasługi z czasów niemieckiej okupacji, blade i mizerne, ale przecież przypieczętowane krwią, zaś obu im – godne docenienia zabiegi o utrwalenie nowej granicy zachodniej), skoro pozwalała na terytorium Polski stacjonować obcym wojskom, wysługiwała się Związkowi Radzieckiemu i nawet oddała mu na wschodzie połowę terytorium Rzeczypospolitej (!!!) – a przecież kwestia do kogo należeć mają Wilno i Lwów stanowi w Polsce stały i niezmienny wyznacznik patriotyzmu, wreszcie – walczyła z całych sił z polską tradycją. Ewidentny brak patriotyzmu nie przeszkodził jej jednak być partią nacjonalistyczną, o czym najlepiej świadczą wysiedlenia Niemców z Łodzi czy pomorskiej Kosznajderii (a więc małych ich społeczności spoza terenu Ziem Odzyskanych), Łemków, Ukraińców i innych Rusinów z Polski południowo-wschodniej (tłumacząc to obłudnie koniecznością zwalczania Ukraińskiej Powstańczej Armii, mimo że nie znajdowała ona żadnego wsparcia na Łemkowszczyźnie!), a przede wszystkim bezprecedensowe szykany i wypędzenia Żydów w 1968 r. (na co nigdy nie pozwoliła sobie nawet endecja!) i właśnie rezygnacja z Kresów Wschodnich z ich mniejszościami narodowymi i religijnymi, w imię budowania „czystego etnicznie” państwa na zachód od Bugu. Antyżydowską nagonkę wywołał zresztą generał Mieczysław Moczar – lider powojennego nacjonalizmu i antysemityzmu w Polsce, ten sam, który deklarował, że Związek Radziecki jest nie tylko naszym sojusznikiem, to jest powiedziane dla narodu. Dla nas, dla partyjniaków, Związek Radziecki jest naszą Ojczyzną, a granice nasze, nie jestem w stanie dziś określić, dziś są za Berlinem, a jutro będą na Gibraltarze. Czy trzeba jeszcze szukać przykładu rewolucyjnego nacjonalizmu, który nie ma nic wspólnego z patriotyzmem, o konserwatyzmie nawet nie wspominając? W jakiś sposób moczarowcy reprezentowali swoisty „powrót do korzeni”, albowiem stworzony przez rewolucję francuską ruch rewolucyjno-nacjonalistyczny był zawsze nierozerwalny... Czyż zresztą w czasach apogeum polskiego stalinizmu (w latach 1952–1956) koalicja Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, Zjednoczonego Stronnictwa Ludowego i Stronnictwa Demokratycznego nie nosiła nazwy Frontu Narodowego?

Przypomnijmy też najbardziej stalinowską frakcję w dziejach samej PZPR – tzw. natolińczyków, którzy choć nie ponoszą wyłącznej odpowiedzialności za straszliwe zbrodnie czasów Bolesława Bieruta (bo obciążają one także późniejszych partyjnych „liberałów”), to najbardziej wytrwale optowali za utrzymaniem dotychczasowej linii terroru przeciw własnemu narodowi. Byli też zwolennikami najściślejszego podporządkowania Polski Związkowi Radzieckiemu, zawziętymi przeciwnikami polskiej tradycji i ruchem zdecydowanie antypatriotycznym, a przy tym najbardziej nacjonalistycznym i antysemickim, który wszelkich patriotów i zwolenników choćby minimalnego zwiększenia niezależności od Moskwy piętnował jako „Żydów” i „nieprawdziwych Polaków”. Wymowny to przykład!

Nacjonalizm i rasizm jako niezbędne elementy radykalnej lewicy rewolucyjnej dawały o sobie znać wielokrotnie, a ich najstraszliwszą odsłonę stanowiło narodowosocjalistyczne „ostateczne rozwiązanie kwestii żydowskiej”. Wbrew bowiem mitowi „żydokomuny” (komuniści pochodzenia żydowskiego byli całkowicie już wynarodowieni i w żaden sposób nie utożsamiali się z tradycją swych przodków, a nawet zwalczali ją gorliwie, zaś „nadreprezentatywność” komunistów żydowskiego pochodzenia na kluczowych stanowiskach w Polsce lat 1944-1956 dokładnie odpowiada „nadreprezentatywności” polskich komunistów w sowieckiej Rosji i Związku Radzieckim lat 1917-1937, zatem Polacy mówiący o „żydokomunie” muszą siłą rzeczy pozwalać Rosjanom na używanie równie absurdalnego pojęcia „polakokomuny”) ateistyczna lewica rewolucyjna genetycznie wręcz skażona była antysemityzmem. Żyd był bowiem w jej optyce zawsze wzorcowym „wyzyskiwaczem” robotnika, przywiązanym do archaicznej tradycji konserwatystą (a nawet reakcjonistą), w końcu – osadzonym w religijnej „ciemnocie” wrogiem „postępu” i „świeckiego” państwa, zatem kimś po trzykroć znienawidzonym... Bardzo wiele wskazuje na to, że antyżydowska nagonka w Związku Radzieckim przełomu lat 40. i 50. XX w., a następnie spreparowane zarzuty względem lekarzy żydowskiego pochodzenie były wstępem do całkowitej eksterminacji przez Sowietów ludności żydowskiej, nowego Holocaustu na rozległych terytoriach pomiędzy Kamczatką a Bugiem (a może i Łabą), którego koncepcja upadła jedynie wskutek nagłej śmierci Stalina. A nawet jeśli jest to tylko domysł, to faktem pozostaje sama antysemicka nagonka pod koniec życia Józefa Wissorionowicza, która miała zapewne stanowić wstęp do „bardziej stanowczych” działań... Faktem pozostają pogromy ludności żydowskiej przez wkraczającą do Polski w 1939 r. Armię Czerwoną, jak choćby zamordowanie przez krasnoarmiejców 50 Izraelitów w samym tylko Hrubieszowie (znamienne, że mimo ustaw norymberskich i „nocy kryształowej” wielu potomków Abrahama uciekało wówczas spod okupacji radzieckiej pod niemiecką!). Faktem jest, że po Wrześniu wywózki i zesłania w głąb Związku Radzieckiego dotknęły ok. 65 000 polskich Żydów, a transport z czerwca-lipca 1940 r. w 84% procentach składał się z ludności żydowskiej. Faktem jest, że w rządzonej przez komunistów Polsce lat 40. i wczesnych lat 50. XX w., kiedy powszechnie szafowano wyrokami śmierci, a ofiarami zbrodni sądowych padały nawet osoby niewinne czy zgoła wojenni bohaterowie (jak wiecznej pamięci generał August Emil Fieldorf-„Nil”, pogromca Niemców, w żaden sposób nie występujący przeciwko „władzy ludowej”!), z zadziwiającą pobłażliwością potraktowano sprawców antyżydowskiego pogromu w Jedwabnem, zasądzając jedynie kary więzienia i jedną karę śmierci, której doświadczeni stalinowscy oprawcy jakoś dziwnie nie wykonali... Faktem jest nie tylko wielka antysemicka operacja z 1968 r., która w historii Polski jest wydarzeniem bez precedensu, ale i różnego rodzaju szykany, jakimi nękał potomków Abrahama „obóz lewicy rewolucyjnej”, zmuszając ich do emigracji, a dotkliwe do tego stopnia, że z 240 000 polskich Żydów w 1946 r. pod koniec lat 80. XX w. żyło ich nad Wisłą już tylko 3000... Nie można tego gwałtownego spadku liczebności przypisywać jedynie całkiem dobrowolnym wyjazdom do Izraela (które oczywiście miały miejsce), bo przecież w okresie międzywojennym polscy Żydzi również chętnie migrowali do Palestyny, a ich liczba jakoś stale rosła (!). Dane te tłumaczyć można zatem jedynie skalą represji rewolucyjnych władz. Wreszcie, ostatnie dwudziestolecie Polski Ludowej to jedyny w tysiącletnich dziejach Lechistanu okres, gdy nie było tutaj ani jednego rabina (!). Zaciekłość komunistów była tak wielka, że z map Puszczy Kampinoskiej zniknąć musiało nawet uroczysko Żydowskie... Jest również coś symbolicznego w fakcie, że gdy komuniści polscy nakazali w 1961 r. wyburzyć synagogę wnoszącą się na warszawskiej Pradze, w roku następnym czechosłowaccy uczynili to samo z żydowskim domem modlitwy w Kieżmarku... I jeśli „żydokomuna” jest mitem, to „nacjonalbolszewia” ponurą rzeczywistością... Nie można naturalnie przypisywać antysemityzmu całej lewicy, która wydała z siebie mnóstwo wspaniałych i otwartych postaci, często występujących w obronie narodowych i religijnych mniejszości, niemniej dla jej radykalnych, rewolucyjnych odłamów nacjonalizm, ksenofobia, a nawet rasizm pozostają przecież cechami immanentnymi. Nieprzypadkowo w latach 90. XX w. prawdziwym guru serbskich nacjonalistów był Slobodan Milošević – wcześniej wpływowy działacz Ligii Komunistów Serbii. I nieprzypadkowo w podobnym czasie liderem ksenofobicznego ruchu w Holandii stał się Pim Fortuyn – eksponujący swój homoseksualizm komunista (nie został co prawda przyjęty do komunistycznej partii, ale utożsamiał się z jej ideologią). Prawdziwą bowiem barwą nacjonalizmu i ksenofobii jest niezmiennie czerwony.

Warto też zwrócić uwagę na losy Bolesława Piaseckiego – zdeklarowanego antysemity, jednego z liderów opozycji demokratycznej przeciw rządom sanacji i przywódcy skrajnego Ruchu Narodowo-Radykalnego „Falanga”. Pod twardymi rządami sanacyjnej dyktatury jegomość ów trafił do Berezy Kartuskiej, a kiedy nastała władza komunistów aktywnie włączył się w proces budowania „nowego”, „lepszego” świata przez „obóz lewicy rewolucyjnej”. W bardzo osobistym liście do Władysława Gomułki pisał, że komunistyczne przemiany realizują hasła rewolucji narodowej. Pozostawał też Piasecki istotnym dla lewicowych władz elementem walki z Kościołem katolickim i nurtem niepodległościowym, a w 1968 r. ochoczo przyłączył się do antysemickiej nagonki komunistów. A zatem wszystko na swoim miejscu...

Dlatego też dzisiejsi narodowcy i skini winni przestać nadużywać i plugawić symbole święte dla całego narodu polskiego, a raczej dzierżyć w swoich równie przyciężkawych co umysły dłoniach czerwone sztandary, zamiast wykrzykiwać hasło Raz sierpem, raz młotem czerwoną hołotę przeciw swym lewackim braciom, znanych z kolei z równie „pokojowego” wezwania Znajdzie się kij na faszystowski ryj. Czyż można zaprzeczyć pokrewieństwu? Ani jednak jedni, ani drudzy nie mają dziś jego świadomości i z pełnym przekonaniem uważają się pewnie za „wrogie obozy”, choć w rzeczywistości stanowią jeden i ten sam, zrodzony ze śmierci Ludwika XVI i Marii Antoniny... Albowiem w XX w. wbrew oczywistym faktom i elementarnej logice co bardziej cwani politycy (w swoim doraźnym, wyborczym interesie) i co głupsi dziennikarze uznali nacjonalizm za... skrajną prawicę. Pogląd ten stał się dzięki nim na tyle „kanoniczny”, że lewica pragnie dziś walczyć z nacjonalizmem, a nacjonaliści z lewicą, co świadczy o tym, że nie mają oni pojęcia o własnych tradycjach, a z braku elementarnej wiedzy swój światopogląd budują doraźnie, na bazie wyrwanych z kontekstu pierwiastków. Nie ma naturalnie potrzeby, aby cywilizowany człowiek pochylał się nad ową schizofrenią skinów, lewaków, kiboli czy dresiarzy (zwłaszcza, że dwóm ostatnim – ostentacyjnie przestępczym – grupom przyświeca co najwyżej ideologia kradzieży, wandalizmu i „wpierdolu”), ale zdumiewa z jaką łatwością postronne, „wykształcone” osoby (zarówno o poglądach niby-lewicowych i pseudo-prawicowych, jak i dość neutralne) uwierzyły w kretyńską, na niczym nie opartą dwudziestowieczną konstrukcję utożsamiającą rewolucyjno-lewicowy nacjonalizm z patriotyzmem czy konserwatyzmem...

Natomiast dla prawdziwego konserwatysty charakterystyczny jest gorący, ale dość tradycyjny patriotyzm, czasem buńczuczny, ale zawsze ujęty w ramy rycerskości, nie pozbawiony nutki kosmopolityzmu. Dzięki temu konserwatysta nigdy nie stanie się ani internacjonalistą (obojętne czy w komunistycznej, czy „europejskiej” formule), ani – tym bardziej – nacjonalistą.

Tradycyjna wielokulturowość i „postępowa” jednolitość

Synagoga RemuhKazimierz

Z nacjonalizmem na zasadzie pewnej kontry łączy się zwykle pojęcie wielokulturowości. To również interesujący przypadek. Autentyczna wielokulturowość była bowiem znów funkcją dawnych, konserwatywnych monarchii autorytarnych, które na ogół nadawały narodowym i religijnym mniejszościom liczne przywileje i pozwalały im wzrastać w swojej odrębności, roztaczając nad nimi wyrazistą opiekę. W tym kontekście należałoby raz jeszcze przypomnieć przywileje nadane Żydom przez Piastów, zaś Ormianom, Tatarom i Karaimom przez Jagiellonów (czy szerzej – Giedyminowiczów) oraz autonomię, jaką galicyjscy Polacy otrzymali od cesarza Franciszka Józefa I. Tolerancja względem grekokatolików, Żydów, Ormian czy tatarskich muzułmanów stała się immanentną cechą światopoglądu warstw rządzących dawną Rzecząpospolitą, warstw dość tradycyjnych i zachowawczych – arystokracji, szlachty, a nierzadko i rzymskokatolickiego kleru, a przynajmniej znaczącej ich części. Prawdziwa wielokulturowość wiąże się w polskich warunkach ze wspomnieniem o dawnych Kresach Wschodnich, gdzie na ogół z życzliwością odnoszono się do Żydów, Karaimów i Tatarów (skądinąd zasłużonych w walkach o niepodległość Polski), a katolicy rzymscy, greccy i ormiańscy nierzadko wspólnie celebrowali kolejno te same święta w różnych obrządkach i wedle różnych kalendarzy liturgicznych. Warto też dodać, że dawne europejskie monarchie utrzymywały również regionalne odrębności, o czym najlepiej świadczą nie tylko przywileje dla różnych ziem, ale nawet zupełnie odrębne tradycje licznych prowincji Królestwa Francji, szanowane przez burboński absolutyzm (!).

A jeśli w „reakcyjnej”, monarchistycznej Europie pojawiały się różne formy integracji, to wyglądały one jak średniowieczna Res Publica Christiana albo dziewiętnastowieczne Święte Przymierze (przez Polaków zresztą niezbyt lubiane...) – wskazywały wspólne wartości oraz zewnętrzne i wewnętrzne zagrożenia dla Europy, pomagały solidarnie walczyć z widmem krwawych rewolucji, ale przez swój umiarkowany charakter w niczym nie naruszały suwerenności tworzących je państw i nigdy nie zwalczały lokalnych odrębności.

I znów radykalna „integracja” stała się „oczkiem w głowie” podszytych nacjonalizmem rewolucjonistów. Już źródło totalitarnych porządków i międzynarodowych nienawiści – rewolucja francuska – zniosła prowincjonalne odrębności, a w zamian wprowadziła podział ustanowionej przez siebie Pierwszej Republiki na podobne wielkością i demografią departamenty, z premedytacją gwałcące tradycje dotychczasowych prowincji. W ten projekt wpisała się również przerażająca rzeź rojalistycznej Wandei. Rewolucjoniści i żołnierze Pierwszej Republiki francuskiej rozpoczęli regularną eksterminację ludności tej prowincji, nie zważając na płeć ni wiek, mordowali masowo mężczyzn i kobiety, dzieci i starców, a nawet zwierzęta gospodarskie, by te nie mogły wyżywić skazanych na zagładę... Wyrazista odrębność Wandei, jej katolickie i monarchistyczne tradycje oznaczały bowiem wyrok...

Ten zorganizowany, masowy mord wskazał drogę pojętnym spadkobiercom roku 1789 – Hitlerowi i Stalinowi. Pierwszy z nich kojarzony bywa wszak z mydłem, jakie wyrabiać chciano z tłuszczu ofiar Holocaustu, gdy jego francuscy mentorzy równie ochoczo produkowali buty i rękawiczki ze skór mieszkańców pacyfikowanej Wandei... Drugi za sprawą Wielkiego Głodu zdziesiątkował ludność Ukrainy i rosyjskiego Powołża. Tak wyglądała „integracja” Związku Radzieckiego pod sztandarami „postępu”...

W rewolucyjnych Niemczech samą „integrację” wdrażano łagodniej, ale z równą stanowczością. Państwo, które w czasach cesarstwa cieszyło się znaczącą odrębnością landów, posiadających nawet własne dynastie (!), o różnych zresztą wyznaniach, po rewolucji roku 1918 (czyli faktycznym początku Trzeciej Rzeszy) zostało ujednolicone i zintegrowane w jedną Rzeszę i jeden naród... A ponieważ północne i środkowe Niemcy były dotąd protestanckie, a południowe – katolickie, przeto ein Reich postanowiło ujednolicić je na fundamencie „świeckiego państwa”, byle usunąć owe „fatalne” odrębności...

Naziści wspierali zresztą gorliwie także różne projekty zjednoczenia Europy i w dużej mierze przecież na swoich warunkach ją zjednoczyli... Europa Środkowowschodnia pamięta równie dobrze przejmowanie radzieckich wzorców w krajach „demokracji ludowej” dla lepszej „integracji” pod wodzą Moskwy owej „wspólnoty socjalistycznej”. Wreszcie z podobnego nurtu wyrosła idea Unii Europejskiej, polegająca na „integracji” oraz likwidowaniu (a przynajmniej maksymalnym niwelowaniu) państwowych i regionalnych różnic. Dlatego też zamiast państw ateistycznych, luterańskich, kalwińskich, katolickich i prawosławnych – wszystkie muszą być dziś „laickie”, zamiast państw monarchistycznych, demokratycznych i socjalistycznych – wszystkie muszą być demokratyczne: aby wszędzie było tak samo, a „odstawanie” od ustalonych „norm” musi być surowo karane. Kolejnym zaś poziomem po demokratyzacji i laicyzacji tego jednolitego obszaru muszą być wspólna waluta i wspólna ideologia („wspólne wartości” wedle dzisiejszej euromowy). Niezmiennym celem ruchów rewolucyjno-demokratycznych jest bowiem likwidacja wszelkich regionalnych różnic i wprowadzenie jednolitych „standardów”, zniszczenie dawnych tradycji narodowych, religijnych i lokalnych, zatem tego wszystkiego, co sprzeciwia się unifikacji. A przecież dla każdego oczywistym jest fakt, że choćby Żydzi czy Ormianie odnajdują swoją tożsamość głównie w wyznaniowej odrębności, zatem „integracja”, zwłaszcza podparta rygorystyczną „świeckością państwa”, pozostaje także w oczywisty sposób świadomą walką z narodowymi i religijnymi mniejszościami...

Warto – z konieczności powtarzając pewne informacje – spojrzeć raz jeszcze na Polskę, która zawsze słynęła jako kraj szczególnej tolerancji (co prawda systematycznie ograniczanej przez demokrację szlachecką w XVII-XVIII w.), a na Kresach Wschodnich wytworzyła swoistą narodowo-religijną mozaikę i rodzaj oddolnej wielokulturowej wspólnoty Polaków-katolików rzymskich, Rusinów-katolików greckich, Rusinów-prawosławnych, Żydów, Ormian, Karaimów i Tatarów-muzułmanów. Tak było do czasu, kiedy w tej części Europy zwyciężyła skrajna, rewolucyjna lewica, kojarzona z hitlerowskim Holocaustem i stalinowskimi przesiedleniami całych narodów. Nieprzypadkowo po przejęciu władzy w Polsce przez komunistyczną lewicę doszło do podobnych wysiedleń Niemców i Ukraińców (co dałoby się akurat uzasadnić racją stanu, stanem wyższej konieczności oraz hitlerowskimi i banderowskimi zbrodniami, a w pierwszym przypadku także decyzją mocarstw, choć trudno nie uznać moralnej naganności zasady odpowiedzialności zbiorowej), ale przecież także Łemków i pokrewnych im grup etnicznych. Zgodnie z lewicowo-rewolucyjnym paradygmatem wyrzeczenie się Kresów oraz deportacje „obcoplemieńców” stworzyły podstawy pod „czyste etnicznie” państwo (procesu tego dopełni wypędzenie Żydów w 1968 r.) na zachód od Bugu. Ale obok typowego rewolucyjnego nacjonalizmu chodziło także o „integrację” kraju i likwidację regionalnych różnic, charakterystycznych choćby dla Łemkowszczyzny. Poszły bowiem za tym i inne kroki, dotyczące etnicznych Polaków, ale posiadających wyrazistą odrębność. Komunistyczne władze Polski zadbały bowiem po pewnym czasie o wypędzenie z rodzinnej ziemi kaszubskich Słowińców oraz Mazurów, którzy pod niebywałą presją wyjechać musieli w większości do... Republiki Federalnej Niemiec. Tak polska skrajna lewica rozprawiała się z regionalnymi odrębnościami...

Jest zatem rzeczą oczywistą, że wielokulturowość stanowi wartość raczej konserwatywną (o czym świadczy choćby tęsknota za wielonarodowymi i wieloreligijnymi Kresami Wschodnimi), podczas gdy „integracja” i gwałcenie lokalnych odrębności – nurt rewolucyjno-„postępowy”. Pod koniec XX w. lewica miała jednak czelność wystąpić w swej obłudzie z hasłami „wielokulturowości”, a „wykształcony” człowiek tej epoki jej... uwierzył i dokonał jeszcze jednego odwrócenia wartości...

Ekologia po królewsku

Kolejnym arcyciekawym przykładem jest ekologia i idea ochrony przyrody, które znów najwięcej zawdzięczają autorytarnym monarchiom1. W Polsce ochronę gatunkową bobra ustanowił już tysiąc lat temu Bolesław I Chrobry, a Bolesław IV Kędzierzawy ograniczył polowania na tura. Kazimierz III Wielki wziął Statutem wiślickim w opiekę leśne barcie, stanowczo zakazał wzniecania pożarów w borach oraz niektórych form wyrębu, a Statut warcki Władysława II Jagiełły nałożył na podpalaczy lasów surowe kary, jednocześnie wprowadzając ochronę gatunkową cisa pospolitego. Pierwszy z Jagiellonów otoczył również ochroną – obok bobrów i turów – żubry, tarpany i łosie, a choć polował namiętnie, nie omieszkał ustanowić okresów ochronnych dla zwierząt łownych. Do listy zwierząt chronionych Zygmunt I Stary dołączył sokoła wędrownego i łabędzia niemego, a za kłusowanie w Puszczy Białowieskiej ustanowił karę... śmierci(!). Łatwo się domyślić, że demokratyczna „transformacja” ustrojowa lat 1572–1573, ograniczając władzę obieralnych teraz królów, odbiła się także na stanie polskiej przyrody, skoro mimo zaiste desperackich zarządzeń Zygmunta III Wazy w 1627 r. padł ostatni tur...

W Anglii i Francji królowie mniej może wrażliwi byli na dziką naturę, ale przecież czujnie strzegli monopolu na polowania, jaki dzierżyli sami, a w pewnych okresach wespół z arystokracją. Średniowieczni władcy angielscy słynęli z tego, że surowiej karali zabicie przez pospólstwo zwierzęcia niż człowieka... Ludwik XI francuski był jeszcze bardziej radykalny, odmawiając prawa do polowań nawet szlachcie, a zasłynął z wielkiej konfiskaty sideł, siatek i wszelkiego sprzętu myśliwskiego... Rygorystyczne francuskie prawo dotyczące polowań na wilki miało także negatywne konsekwencje, bowiem gdy w danej okolicy pojawiała się wygłodniała i zarażona wścieklizną wataha (wbrew krwiożerczym mitom zdrowy wilk unika człowieka), chłopi musieli prosić pana feudalnego, aby ten zorganizował obławę, samowolne polowania mogły ich natomiast zaprowadzić na galery... Być może właśnie surowe przepisy – poza innymi przyczynami – doprowadziły do tak dużej liczby ofiar przypisywanych osławionej Bestii z Gévaudan.

Rewolucja francuska radykalnie zdemokratyzowała łowy na przedstawicieli Canis lupus, znosząc już w 1789 r. królewsko-arystokratyczny monopol. Mało tego, od likwidacji kar za zabijanie wilków przeszła wkrótce do... wprowadzenia całego systemu nagród za ich tępienie. Piękne drapieżniki poznały więc wkrótce, na czym u ludzi polega „postęp”, gdy hasło Wolność, Równość, Braterstwo dotarło na ich zgubę w głąb francuskich lasów...

Zaciekłe tępienie chronionych dotąd wilków to jedna odsłona rewolucji francuskiej, inną pozostaje masowa rzeź zwierząt Wandei, aby te nie mogły żywić rojalistycznych powstańców (o rzezi ludzi już mówiliśmy...). Rewolucyjna tradycja jednak zobowiązuje, toteż nieprzypadkowo młody Ernest (Ernesto) „Che” Guevara zawzięcie maltretował zwierzęta, by później skutecznie robić to samo z ludźmi...

Mięguszowieckie Szczyty (Tatry)W Polsce zobowiązanie dawnych monarchów podjęli za to dziewiętnastowieczni działacze patriotyczni, którzy uznawali polską przyrodę za integralną część narodowego dziedzictwa. Upominał się o nią zresztą sam wieszcz Adam Mickiewicz (Pomniki nasze! ileż co rok was pożera/ Kupiecka lub rządowa, moskiewska siekiera!), a peany na jej cześć wygłaszał m.in. Wincenty Pol czy Bogusz Zygmunt Stęczyński. Charakterystyczne, że największą rolę w ochronie dzikiej natury odegrała w owym czasie najbardziej konserwatywna politycznie i społecznie warstwa – arystokracja. Oto bowiem hrabia Władysław Zamoyski ukrócił rabunkową eksploatację przemysłową galicyjskich Tatr, a Dzieduszyccy ustanowili na Podolu pierwszy oficjalny rezerwat przyrody – „Pamiątkę Pieniacką”. Najdalej poszedł jednak hrabia Adam Stadnicki, który utworzył w swych beskidzkich dobrach trzy prywatne rezerwaty, a w czasie leśnych przejażdżek zakładał koniom... kagańce, aby te nie skubały gałęzi. A że gorące pragnienie życia za pan brat z naturą nie było jedynie ekscesem pojedynczych arystokratów, ale wyraźnym programem tej „reakcyjnej” warstwy, świadczy co najmniej kilka istotnych dziewiętnastowiecznych tekstów, spośród których jedynie dla przykładu wymienimy dzieło O wpływie oświaty ludów na ogrody, a nawzajem o wpływie ogrodów na obyczaje i szczęście domowe pióra uznawanego za ultrakonserwatystę Stanisława Wodzickiego.

Jakkolwiek II Rzeczpospolita pozwoliła sobie zrazu na demokratyczny eksperyment, a w 1924 r. dopuściła do rabunkowej gospodarki w Puszczy Białowieskiej brytyjską spółkę The European Century Timber Corporation, to już w 1926 r. za sprawą sanacyjnych rządów silnej ręki udało się podjąć na nowo zobowiązanie dawnych monarchów. Nie tylko przepędzono z Puszczy Białowieskiej Brytyjczyków, ale też zdołano przywrócić występowanie tam żubra (na bazie osobników ocalałych w ogrodach zoologicznych i prywatnych hodowlach), wymarłego na wolności w 1919 r. W samych latach 30. XX w. powstały aż cztery parki narodowe: w rzeczonej Puszczy Białowieskiej, Pieninach, Czarnohorze i Tatrach.

Nie można zaprzeczyć, że parki narodowe i rezerwaty przyrody zakładały też władze Polski Ludowej (i chwała im za to!), lecz rządy „obozu lewicy rewolucyjnej” zaowocowały nie tylko wywłaszczeniem arystokratów-ekologów (z hrabią Stadnickim na czele), ale przede wszystkim niesłychaną dewastacją środowiska naturalnego, zżeranego przez socjalistyczny przemysł. Zenitu sięgnęło zanieczyszczenie powietrza i rzek, Sudety nawiedziła prawdziwa katastrofa ekologiczna (rodzimy przemysł wspomogły w owym „dziele” w iście „bratni” sposób zanieczyszczenia z komunistycznej Czechosłowacji i Niemieckiej Republiki Demokratycznej), a bilans wodny Polski gwałtownie spadł do poziomu pustynnego Egiptu...

Gdy spojrzymy na ochroniarskie osiągnięcia i zabiegi dawnych królów, arystokracji, działaczy patriotycznych i rządów sanacyjnych, z pewnością przyjdzie nam zaliczyć myśl ekologiczną do najściślejszego nurtu konserwatywno-patriotycznego, który jej idee realizował śmiało i wytrwale. Z kolei stopień dewastacji środowiska naturalnego przez „socjalistycznego człowieka”, który z nie lada dumą brutalnie „okiełznał siły natury” jeży włosy na głowie. Wiek XX nie byłby jednak sobą, gdyby nie zechciał nam wmówić kolejnych spłodzonych przez siebie bzdur. Niepodobna stwierdzić, w jaki sposób się to stało i ile gwałtów musiano zadać elementarnym zasadom logiki, ale pod koniec chronologicznego XX stulecia popularne było już łączenie ekologii z... lewicą. Ba, nawet radykalną lewicą. Nie brakuje bowiem w dzisiejszej Europie skrajnie lewicowych partii „zielonych”, które zamiast nieustannie bić się w piersi za przemoc względem natury, jakiej dopuszczali się ich ideowi poprzednicy, mają czelność wypisywać ekologię na swoich sztandarach. Co ciekawe, dzisiejszy, niedouczony człowiek zwykle owym obłudnikom wierzy. I tylko kiedy partie „zielone”, zamiast brać w obronę lasy, zajmują się wspieraniem „mniejszości seksualnych” i innymi projektami „społecznie postępowymi”, nagle spadają maski, by odsłonić zakłamanie tych, którzy z tak ważnej sprawy jak ochrona środowiska robią sobie zwykłe żarty. Niestety, robią to skutecznie...

Konkluzje przy spalskim żubrze

SpałaNie będziemy w tym miejscu dowodzić, że konserwatysta powinien być przywiązanym do tradycji, kultury, religii i autorytarnych rządów patriotą, wolnym od obyczajowego purytanizmu i nacjonalizmu, biorącym w opiekę narodowe i religijne mniejszości, szanującym regionalne odrębności oraz troszczącym się o zabytki przeszłości i przyrodę ojczystą – bo to akurat dla osób wciąż jeszcze logicznie myślących dość oczywiste. Nie będziemy przypominać rzekomym „prawicowcom”, że nietolerancja, walka z „obcymi” i przyrodą, akceptacja dla demokracji, nacjonalizmu i purytańskiej moralności czynią zeń lewaków w najczystszej, doskonałej wręcz postaci. Nie będziemy jednak także kreować każdego lewicowca na „czarnego luda”, który tylko czyha, by za pomocą swojego egalitarnego, republikańskiego aparatu państwowego niszczyć i dewastować kulturowe odrębności, dziedzictwo wieków, dziką naturę, tradycje kulturalne i religijne oraz bez wytchnienia dąży do „czystego etnicznie” kraju bez „obcych” nacji i „obcych”, a najlepiej jakichkolwiek wyznań (a przynajmniej bez ich funkcjonowania w życiu publicznym) – bo w ten sposób skrzywdzilibyśmy pełne klasycznego patriotyzmu i szacunku dla innych, zacne i szlachetne osoby definiujące się jako „ludzie lewicy” z uwagi na społeczną wrażliwość i dążność do autentycznej modernizacji, a nie przyjmujące lewackiej ideologii i nie mające najmniejszej ochoty walczyć z tradycją, Kościołem czy Żydami. Pragniemy jedynie zwrócić uwagę, jak bardzo XX stulecie zakłamało nasze wyobrażenia w zasadzie na każdy temat. Bo skoro wybitnie rewolucyjno-lewicowe ideologie nacjonalizmu i obyczajowego purytanizmu uznane zostały za „prawicowe”, a zdecydowanie konserwatywne idee wielokulturowości i ochrony środowiska za „lewicowe”, oznacza to, że elementarne zasady logiki przestały zupełnie w owym stuleciu obowiązywać. Ale skoro pewne idee i wartości po całych stuleciach swego naturalnego rozwoju nagle zostały całkowicie odwrócone i pozbawione swych oczywistych punktów odniesienia przez bałamutne konstrukcje myślowe, wyzute z empirii i podstawowych zasad rozumowania, to i tak dziwić musi tępota społeczeństwa, które w swoim niedouczeniu i niedoinformowaniu dało sobie tak niespójne bzdury „sprzedać” i pozwoliło narzucić sobie postrzeganie świata przez pryzmat dowolnych, bezczelnie zdeformowanych schematów czy zgoła mitów. Jeśli bowiem wyobrazimy sobie różnorakie idee o czy to konserwatywnym czy „postępowym” charakterze jako budowane przez całe wieki posągi, to XX stulecie w niewiadomym celu poodrąbywało im głowy i pozamieniało miejscami wedle własnego tylko uznania...

A skoro wspomnieliśmy posągi, a wcześniej białowieskie żubry, cieszyć się należy przynajmniej z faktu, że najbardziej nobliwy w Polsce pomnik owego zwierzęcia, choć i jego pocięto swego czasu na części, poskładany został w całość zgodnie z pierwotnym wyglądem... Widać, II Rzeczpospolita zbyt mało była jeszcze „nowoczesna”, aby głowę umieścić tam, gdzie winien być zad...

SpałaPosąg uczcić miał łowy cesarza rosyjskiego Aleksandra II w Puszczy Białowieskiej u progu października 1860 r. Projekt wyszedł spod ręki Michała (Mihály’ego) Zichy’ego, a odlany z żeliwa w petersburskiej fabryce Ogariowa żubr od 1862 r. spoglądał z potężnego postumentu pośród puszczańskich ostępów między Białowieżą i Hajnówką. Wobec nadciągającej ofensywy niemieckiej władze rosyjskie zdemontowały i pocięły statuę w sierpniu 1915 r., a następnie wywiozły koleją do Moskwy, by miła Romanowom pamiątka nie wpadła w ręce nieprzyjaciela. Wpadła rychło w ręce nieprzyjaciela znacznie większego – gorliwie zwalczających wszelkie rosyjskie tradycje bolszewików, ale w traktacie ryskim upomniała się o nią odrodzona Polska. Rewindykacja pamiątek historycznych sprawiła, że w 1924 r. spiżowy żubr trafił w granice Rzeczypospolitej, gdzie na nowo zespawany odnalazł miejsce najpierw na dziedzińcu Zamku Królewskiego w Warszawie, a następnie w stołecznym Muzeum Ziemi. W 1928 r. profesor Ignacy Mościcki, najwybitniejszy polski prezydent (i – przy całym szacunku dla niebanalnych pomysłów, zwłaszcza ustrojowych, Lecha Wałęsy – chyba jedyny wybitny...), zadecydował o ustawieniu go na nowym kamiennym postumencie w swojej ukochanej Spale, kolejnym po Białowieży kurorcie odziedziczonym przez polskie władze po imperatorach Wszech Rusi. Od tego czasu spiżowy żubr stał się jednym z symboli otoczonej lasami, wykwintnej miejscowości, w której elegancja salonów i ekskluzywne bale mieszały się z ludowymi obrzędami i pieśniami słynnych dożynek prezydenckich. Bo przecież w międzywojennej Spale biło drugie obok Warszawy serce Polski...

I właśnie sanacyjne władze, które nie pragnęły zamieniać miejscami – za przeproszeniem – głowy i dupy (dosadny język marszałka Józefa Piłsudskiego jest tutaj jak najbardziej na miejscu!), reprezentowały to, co najpiękniejsze w polskiej tradycji patriotycznej i – mimo socjalistycznych korzeni – to, co najważniejsze w konserwatywnym nurcie. Ustanawiając quasimonarchiczną formę rządów (z odpowiedzialnością prezydenta-dyktatora jedynie „przed Bogiem i historią” i możliwością wskazywania przezeń następcy) nie stosowały nazbyt brutalnych i masowych represji, ani nie sprzeciwiały się zdecydowanie politycznemu pluralizmowi, a podkreślając na każdym kroku zewnętrzną i wewnętrzną suwerenność oraz państwową i narodową dumę, zwalczały stanowczo nacjonalizm, niezwykle w owej epoce modny, jako „modernistyczny” nurt z Zachodu. Dbały o ochronę ojczystej przyrody w sposób niezwykle wytrwały, a choć nie uniknęły pewnych rażących błędów i niechlubnych pomysłów w polityce narodowościowej, stworzyły w ówczesnej sytuacji politycznej najlepsze warunki dla narodów ukraińskiego i białoruskiego (choćby w porównaniu z „ich” republikami radzieckimi) oraz dla europejskich Żydów (m.in. – choć nie bez oporów – przyjmując transporty potomków Abrahama z rasistowskiej Rzeszy Niemieckiej). Przywiązane mocno do tradycji rzymskiego katolicyzmu i uznające go za „religię stanu”, dalekie było od fundamentalizmu, czego najlepszym przykładem były odwiedziny prezydenta Mościckiego w krakowskiej synagodze, łuckiej cerkwi czy nowogródzkim i wileńskim meczecie. Łączący w sobie tradycje inteligenckie, arystokratyczne i robotnicze Ignacy Mościcki nie zapominał też o ludzie, zawsze dobrze czując się w świecie jego obyczajów i pieśni. I gdy w Warszawie skupiał się na godnym reprezentowaniu majestatu Rzeczypospolitej, w sielskiej Spale ukazywał przystępne i „ludzkie” oblicze. A dobrze zespawany spalski posąg żubra stał się niejako symbolem logicznego i sensownego połączenia najlepszych polskich tradycji, konserwatywnych w duchu, a nie pozbawionych modernizacyjnego zapału.

Dobre to były czasy (choć naturalnie ze zbyt wielu przyczyn nieidealne), kiedy przynajmniej królowała logika, a nie poznawczy dysonans i bałamutne łączenie sprzecznych ze sobą wątków, typowe dla „dojrzałego” XX stulecia, które nadchodziło niestety spiesznymi krokami... Bo dzisiejszy, niedouczony człowiek jest w stanie co najwyżej ośmieszać się tezami o „eko-lewakach”, „skrajnie prawicowych nacjonalistach”, „konserwatywnych, katolickich świętoszkach” czy „postmodernistycznym multi-kulti”. I żeby chociaż potrafił wyrzeźbić świętego Józefa Piłsudskiego albo świętego Ignacego Mościckiego...

Bartłomiej Grzegorz Sala
  1. Więcej na ten temat w artykule: Bobry, żubry, świstaki i kozice, czyli królewskie zobowiązanie

Najpopularniejsze Państwo, polityka, społeczeństwo...Słowianie, do sauny!Pamiętaj, to nie był gwałtGrzeczność w relacjach ksiądz – parafianinTermy Rzymskie, Pałac Saturna (Czeladź)Student w mundurze
Najwyżej oceniane Państwo, polityka, społeczeństwo...Sauna przy krytej pływalni (Tychy)Rodzaje saunTermy Rzymskie, Pałac Saturna (Czeladź)Irak widziany oczami chrześcijańskich emigrantówPrzede wszystkim Wolność!
PrzewodnikiAlbaniaNepalPolskaRumunia
Najpopularniejsze zdjęcie w dzialeLucky LuckNajwyżej oceniane:Wejście do saunarium
Oceń zamieszczony obok artykuł.(Uwaga! Warto wcześniej się zalogować ponieważ głosy zarejestrowanych czytelników mają większą wagę.)
Login (jak do forum): Hasło (jak do forum): zapamiętaj mnie
Minister kazał, więc uprzejmie informujemy, że nasze strony wykorzystują pliki cookies (ciasteczka) i inne dziwne technologie m.in. w celach statystycznych. Jeśli Ci to przeszkadza, możesz je zablokować, zmieniając ustawienia swojej przeglądarki. Więcej informacji znajdziesz w artykule: Pliki cookies (ciasteczka) i podobne technologie.