

Peru. Cusco. Wstajemy o 4 rano, szybko się zbieramy i schodzimy na dół na taksówkę, która podjeżdża o 4.30 i zawozi nas na... Plaza de Armas! Tutaj czeka na nas Lenin. Nie, nie zmartwychwstał, Lenin to imię naszego przewodnika:). Wsiadamy do busa i czekamy... czekamy... czekamy... na Niemki, które się spóźniają gdzieś godzinę. Podobno taksówkarz nie potrafił znaleźć ich hotelu:). Jedziemy do Mollepata, gdzie jemy śniadanie.



Po śniadaniu pniemy się dalej w górę dość wąską drogą... w jednym miejscu drogę tarasuje samochód, musimy poczekać jakieś pół godziny zanim pojedziemy dalej, bo oczywiście nikomu się nie spieszy... to się nazywa Ameryka... W końcu wysiadamy, plecaki, namioty i kuchnia polowa lądują na koniach, zaczynamy trekking.


Pogoda bajeczna, droga prawie płaska, praktycznie niedzielny spacerek w przepięknych okolicznościach przyrody!


Około pierwszej zatrzymaliśmy się na obiad... jedzenie było pyszne! Cóż za przyjemna odmiana po wizycie na Titicaca! Niestety pogoda nagle się zepsuła (jak by nie było jest końcówka pory deszczowej!) i nie było już tak przyjemnie. Deszcz nie padał długo, za to wystarczająco intensywnie, żeby przemokły mi spodnie i woda po nogach spłynęła do butów...

Po drodze jeszcze jakaś dziwna sytuacja z ludźmi którzy nie chcieli nas wpuścić na teren rzekomego parku... Nie wiem kto miał rację, Lenin czy oni, na szczęście po dłuższej dyskusji udało nam się przejść. Ale było już coraz gorzej, idziemy bez przerwy, coraz wyżej... powietrze jest coraz rzadsze (teraz juz wiem, co to znaczy chorować na astmę), a co gorsza robi się coraz stromiej! Ostatni kawałek idziemy już po ciemku. Lenin ma przy sobie GPS, w obozie pokazuje 4475 m n.p.m. Myślałem, że wypluje płuca! Rozbiliśmy namiot, zjadłem coś, wykręciłem skarpetki i nie czekając na kolację wróciłem do namiotu. Przy okazji odkryłem najlepsze lekarstwo na stres! Zmęczenie fizyczne po prostu cudownie odpręża! Nie miałem siły już o niczym myśleć. Doszedłem na koniec świata, już czuję zapach Inków, czas spać!
Chyba nikogo nie trzeba przekonywać o tym, że jadąc za granicę warto znać języki obce. Ma się wtedy nieporównywalnie większą swobodę podróżowania, poznawania i nawiązywania ciekawych znajomości. Oczywiście, najlepiej znać język kraju do którego się wybieramy, z drugiej strony, jeśli podróżujemy w różne miejsca, trudno byłoby nam je wszystkie opanować. Są jednak języki na tyle popularne, że z ich znajomością poradzimy sobie prawie w każdym zakątku świata - to oczywiście angielski i hiszpański. Niestety, kursy językowe są bardzo drogie, rocznie to wydatek kilku tysięcy, poza tym zajmują czas, bardzo dużo czasu. Teraz jest jednak o wiele lepszy, wygodniejszy i w porównaniu do metod tradycyjnych śmiesznie tani sposób! Mówię oczywiście o audiobookach. Dzięki nim możemy się uczyć w samochodzie, jadąc do pracy, jadąc na uczelnię, spacerując, prasując, czy wykonując inne czynności które nie wymagają wielkiego skupienia. Oszczędzamy nie tylko pieniądze, ale i czas! W bogatej ofercie audiobooków znajdziecie na pewno coś dla siebie, są tu materiały zarówno dla początkujących jak i dla bardziej zaawansowanych.
Konwersacje dla początkujących to kurs przeznaczony dla osób zaczynających naukę, jak również tych, którzy chcą poprawić umiejętność mówienia i rozumienia ze słuchu.
Język angielski - w podróży to trochę droższa pozycja, przeznaczona dla osób średnio zaawansowanych. Kurs zawiera ponad 20 lekcji prezentujących różnorodne materiały związane m.in. z planowaniem wakacji, rezerwacją noclegów, podróżowaniem samolotem, pociągiem i samochodem.
Godny uwagi jest również pakiet Angielski dla początkujących zawierający "Słownictwo i podstawy gramatyki" + "1000 słów i zwrotów w podróży" + "1000 słów i zwrotów w pracy"
Dla osób chcących zacząć swoją przygodę z językiem hiszpańskim i przygotować się do podróży do jednego z ciekawych hiszpańskojęzycznych krajów najlepszy będzie Hiszpański - Kurs podstawowy. Obejmuje 11 lekcji - aż 90 minut nagrań - uczących 1000 najbardziej potrzebnych słów i zwrotów.
* * * * *
Rano obudziłem się w cudownym humorze! Pomimo moich obaw (śpiwór miałem 1 kilowy, nie to co moi koledzy) nie zmarzłem, mało tego nic mnie nie bolało, skarpetki miałem suche, a buty prawie! Po wyjściu z namiotu czekał na mnie piękny widok, a na naszej przenośnej stołówce pyszne ciepłe śniadanie! Czego można chcieć więcej? Co prawda dalej nie miałem czym oddychać, ale dzisiaj w górę mieliśmy tylko niecałe 400m, a potem już tylko w dół, czyli teoretycznie najgorsze już za nami... teoretycznie...




Po chwili docieramy na Przełęcz Salcantay, jesteśmy na wysokości 4800 metrów. Składamy w ofierze Pachamamie liście koki, oraz wino, a nasz kucharz osobiście odmawia modlitwę, albo recytuje jakiś przepis kucharski w keczua, przecież i tak nie rozumiemy co mówi:). Niezależnie od tego panuje bardzo podniosła atmosfera.


Góry na tej wysokości wyglądają zupełnie inaczej, są surowe, piękne... Cały dzień schodzimy w dół, po południu zaczyna mnie boleć kolano, biorę tabletki przepisane przez ortopedę, najpierw słabsze, potem silniejsze, ale nic nie pomaga! Jak nie choroba wysokościowa to kolano... Pod koniec dnia ledwie chodzę, na domiar złego pada, mam mokro w butach i jest straszne błoto! Lenin mówi że to pierwsza wyprawa tą trasą w tym roku. Dwa tygodnie temu wyszła inna ekipa i musieli zawrócić bo się nie dało przejść.
W dole widać stary most, my przechodzimy już po nowym. Szczepan trochę nim buja, Niemki krzyczą i przeklinają polską ułańską fantazję!
W końcu docieramy na miejsce zwane Collpapampa (2900 m) i rozbijamy obóz. Tutaj jest cywilizacja, w każdym razie jest czynnik konieczny aby miejsce cywilizowanym nazwać, czyli cerveza! Jemy jak zwykle pyszną kolacje i pijemy zimne piwko. Buenas Noches por todos!



* * * * *

Lenin twierdził, że dzisiaj będzie płasko, ale chyba miał na myśli, że nie będzie dużej różnicy w wysokości, bo co chwilę są górki i doliny. Kiedy jest prosto lub pod górkę idę jak najszybciej żeby trochę nadgonić, w dół mogę iść właściwie już tylko na jednej nodze;/ Na drodze mamy wodospad, taki sobie, niewinny... jeszcze robie zdjęcie z dołu i idę w górę, niestety noga ujeżdża mi na kamieniu i ląduję w wodzie. Fakt zaczynałem już trochę śmierdzieć, ale bez przesady! Nurt okazuje się być silniejszy niż mogłoby się wydawać i w wodzie robię jeszcze dwa koziołki, zanurzając się w całości, po czym jak oparzony wyskakuję z wody! Oczywiście myślę tylko o aparacie! Całe szczęście jest suchy... czego nie można powiedzieć o mnie! Wykręcam skarpetki, ale przestaję już wierzyć w to, że będę miał kiedykolwiek sucho w butach. Miejsce jeszcze nie ma nazwy, proponuję więc: Wodospad Mokrego Gringo. Niestety, żaden z moich kolegów reporterów nie utrwalił tego wydarzenia. Możecie uruchomić wyobraźnię!


Miejscami było takie błoto, że ciężko to opisać i nawet zdjęcia tego nie oddają, co kawałek większy lub mniejszy wodospad, albo osunięta ziemia. Jak nawet nie było błota, to były kamienie, albo odchody koni... Widoków prawie żadnych, bo była mgła i padał deszcz, zresztą i tak trzeba było ciągle patrzeć pod nogi, żeby ich nie połamać na kamieniach, albo nie pojechać na g...
Bolało mnie już tak, że nie mogłem zebrać myśli, zacząłem więc testować swoje obwody neuronowe... śpiewając. Możecie wierzyć lub nie, ale pomogło - bolało trochę mniej. Szedłem sobie gdzieś w połowie między chłopakami, a Niemkami i śpiewałem. Być może byłem pierwszym Polakiem, który w Andach wyśpiewał:
Kiedy byłem mały Zawsze chciałem dojść na koniec świata Kiedy byłem mały, pytałem gdzie I czy w ogóle kończy się ten świat Kiedy byłem mały...R. R.


Doszliśmy do miasteczka Playa (2250 m), po hiszpańsku playa to plaża. Tabliczka o takiej treści wyglądała w tym miejscu bardzo zabawnie. Główna droga to jedno wielkie bajoro, dzieciaki biegają umorusane, na tle pięknych czystych gór... Jemy obiad i wsiadamy do autobusu, jedziemy na pociąg do miejsca o elektryzującej nazwie - Hidro Electrica. Kierowca pędzi na złamanie karku po bardzo wąskiej drodze, chyba na prośbę Lenina, bo na peron wpadamy w ostatniej chwili! Zdążyliśmy! Willy Fog byłby z nas dumny!



Pociągiem pojechaliśmy do miasteczka położonego pod Machu Picchu - Aguas Calientes. Po drodze widzieliśmy szczyt Waynapicchu i rzekę Urubamba

W miasteczku czekała na nas kolacja, a dokładniej pizza. Cały peron to jedna wielka restauracja! Założę się, że jest tu więcej turystów niż mieszkańców! Wracamy do hotelu... łóżko i czysta pościel...
W wodospadzie wbrew swojej woli kąpał się Witold Wieszczek.
Na język Shakespeare'a przetłumaczyła Anna Boretti.
Voy hasta el fin del mundo (Peru - Boliwia - Chile):
Pierwszy przystanek: Barcelona! (78 zdjęć)Witamy w Peru: Lima! (93 zdjęcia)Jedziemy na południe: Ica! (42 zdjęcia)Linie z Nazca (53 zdjęcia)Arequipa - Białe Miasto (48 zdjęć)Dolina rzeki Colca / Valle del Colca (68 zdjęć)Wyspy na jeziorze Titicaca (71 zdjęć)Cusco - młodsza siostra Krakowa (50 zdjęć)Salcantay Trek - zapach Machu Picchu (68 zdjęć)Machu Picchu - wielki szczyt (71 zdjęć)La Paz - Miasto Matki Boskiej Pokoju (93 zdjęcia)Droga śmierci do Coroico (37 zdjęć)Boliwijska Pampa, czyli błogość (72 zdjęcia)Witamy w boliwijskiej dżungli (47 zdjęć)Święta w Rurrenabaque (63 zdjęcia)Salar de Uyuni - największa solniczka świata (100 zdjęć)Hey mama, we going to Atacama! (64 zdjęcia)Heroica Ciudad de San Pedro de Tacna (38 zdjęć)Żegnamy ocean, żegnamy Peru, żegnamy Amerykę (54 zdjęcia)