Recenzje > John Irving

Uwolnić niedźwiedzie

Jest taki amerykański pisarz, który krytycznie podchodzi do poczynań swojego kraju. Tak właśnie, istnieje Amerykanin, nie zakochany ślepo w swojej ojczyźnie! To tylko jedna z jego bardzo licznych zalet.

Ponadto ten amerykański pisarz jest z wykształcenia filologiem, świetnie obeznanym z europejską literaturą dziewiętnastowieczną. Za patrona swojego myślenia o sztuce pisania obrał on sobie Charlesa Dickensa. Konsekwencją takiego wyboru było powstanie szeregu pięknie skonstruowanych, współczesnych fabuł oraz barwnych, żywych (i nieco ekscentrycznych…) bohaterów, czyli po prostu – świetnie opowiedzianych historii!

Ten pisarz to oczywiście John Irving, a ja niniejszym cyklem recenzji chciałabym udowodnić czytelnikom, że absolutnie k a ż d ą książkę, która wyszła spod jego pióra warto przeczytać. Warunkiem koniecznym, jaki należy spełnić, by czerpać przyjemność z lektury tych tekstów jest zdrowe poczucie humoru. I to w zasadzie tyle tytułem wstępu.

John Irving „Uwolnić niedźwiedzie”

Książka ta jest debiutem wydawniczym Irvinga. Została opublikowana, kiedy jej autor nie skończył jeszcze 27 lat. Jak cała wczesna twórczość tego pisarza – powieść jest nieco zwariowana. Tak samo zresztą pod względem treści, jak i konstrukcji.

Rzecz dzieje się w miastach i na bezdrożach Austrii. Dwóch wariatów przemierza świat na motocyklu. Są to Siggy i Graff. W pewnym momencie pierwszy z nich ujawnia się z szalonym pomysłem uwolnienia wszystkich zwierząt ze sławnego Herzinger ZOO w samym środku Wiednia. Poznajemy w między czasie tajniki sekretnego dziennika bohatera – zapisków z czatów we wspomnianym ogrodzie zoologicznym oraz „Spisaną techniką wysokiej rozdzielczości autobiografię Siegfrieda Javotnika”, podzieloną na dwie części: prehistorię (o rodzicach Siggiego, kiedy ten nawet nie był jeszcze w planach), a następnie historię jego życia. Druga część książki nosi tytuł „Uwalniamy je”. Czymś karygodnym byłoby zdradzić zakończenie, toteż nie uczynię czytelnikom takiego świństwa. Dodam tylko, że jest ono bardzo ciekawe.

„Uwolnić niedźwiedzie” jest książką wartą polecenia z kilku powodów. Po pierwsze skonstruowana jest w dość niecodzienny, nielinearny sposób. Na początku poznajemy historię znajomości dwóch głównych bohaterów, następnie udajemy się w podróż do prehistorii i historii życia jednego z nich (co przeplatane jest aktualnymi zapiskami z przygotowań do wielkiego uwalniania), by następnie powrócić do teraźniejszości i spraw drugiego bohatera (Graffa), kiedy to następuje rozwiązanie całej akcji. Czyta się z zaciekawieniem, zupełnie jakby czytelnik wędrował po bardzo krętych i wąskich uliczkach, jakiegoś tajemniczego miasteczka w starym stylu. Nigdy nie wiadomo, co nagle wyskoczy zza rogu i czy będzie to przyjemne. Dokładnie tak samo jest w przypadku tej powieści, z tym że od siebie mogę powiedzieć – zaskoczenie jest zawsze pozytywne.

Drugim powodem, by przeczytać, są rewelacyjni bohaterowie. Ekscentryczni, zwariowani, trochę niezrównoważeni, a jednocześnie robiący wrażenie całkiem normalnych w tym ekscentrycznym i zwariowanym świecie, który ich otacza. Jest to ewidentnie „ich” świat – tutaj nie są dziwakami, nawet jeżeli przywdziewają blaszany kostium orła oblepiony kurzym pierzem i biegają po ulicy krzycząc o wolnej Austrii (część akcji dzieje się podczas II Wojny Światowej).

W końcu trzeci argument, który łączy się poniekąd z poprzednim – filozofia życia. Mam wrażenie, że nieczęsto się wspomina o tej kwestii, kiedy rozmawia się o powieściach Johna Irvinga, a to jak sądzę błąd. W nich wszystkich, również w „niedźwiedziach”, spotyka się czytelnik z niezwykle spójną, choć trochę chaotyczną i niecodzienną wizją rzeczywistości. W sytuacjach wyraźnie kryzysowych dominuje tutaj stoicki spokój bohaterów – Graffa, Siggiego. Ma to w sobie nawet jakieś elementy schizofreniczne, choć są one tak subtelne, że nie każdy zinterpretuje je w ten sposób. Oczywiście żadna z postaci nie jest psychiatrycznie diagnozowana, to nie ten kliniczny rodzaj schizofrenii, to raczej pewien wyrafinowany i niezwykle mocno zarysowany ekscentryzm. Nie wierzę, by zachowania bohaterów „niedźwiedzi” nie miały wpływu na sposób postrzegania świata przez czytelnika. I osobiście mam wrażenie, że to dobry wpływ – lekcja dystansu do tzw. obyczajów i norm, wolnomyślenia we wszystkich (najdzikszych) wymiarach, jak również dobrego (może czasem nieco czarnego…) poczucia humoru.

Uwolnić niedźwiedzieŻeby nie przesłodzić, bo to też niedobrze, przyznam się, że sama podchodziłam do „niedźwiedzi” dwukrotnie. Za pierwszym razem utknęłam przy „czatach w ZOO”. Te fragmenty mogą trochę nużyć, nie zawierają wiele akcji, są to zapiski obserwacji zwierząt i strażników ogrodu. Ujawnia się tutaj fanatyzm Siggiego i ma on swoje ciekawe elementy, jeśli przyjrzeć mu się bliżej, jednak uczciwie stwierdzam, że te fragmenty czyta się trudniej. Zresztą w całej powieści panuje lekki chaos, który niektórych czytelników może zniechęcać, gubić. Ja mimo to serdecznie polecam tę powieść!

Dodam jeszcze na zakończenie, że jest to książka całkiem inna od pozostałych tego autora (w tym od, jak sądzę, najlepiej znanej książki Irvinga „Świat wg Garpa”, którą nawet przeniesiono na ekran, zresztą z bardzo dobrym skutkiem; w filmowej wersji wystąpił sam Robin Williams). „Uwolnić niedźwiedzie” pod względem stopnia wariactwa bohaterów i konstrukcji przypomina „Metodę wodną”, o której opowiem nieco później. A też będzie o czym opowiadać.

Dla zachęty postanowiłam zamieszczać fragmenty powieści, by pokazać dodatkowo język i styl (bo są tego naprawdę warte, a nie sposób te kwestie omawiać teoretycznie!). Zaczniemy tak, jak zwykle najlepiej jest zaczynać, czyli od początku – jeden z pierwszych rozdziałów pierwszej powieści Johna Irvinga pt. „Uwolnić niedźwiedzie”:

„- Jeszcze bardziej ci się spodoba – zapewnił Siggy. – W górach. Pojedziemy do Włoch! Jedziemy bez bagażu, to po trzecie: jechać bez obciążenia. Wezmę swój duży plecak, wszystkie nasze rzeczy w jednym, a na nim zwinięte śpiwory. Nic więcej. Jeszcze parę wędek. Żywiąc się złowionymi rybami, dojedziemy przez góry do Włoch! - Skubany doktor Fitch! – wrzasnął. - Skubany skubaniec – potwierdziłem. - Niech zgubi wszystkie zęby! - W operze. - Skubać skubańca – podsumował Siggy. A potem zapytał: - A może ci przykro, Graff, że oblałeś? Chciałem powiedzieć, że to nie takie ważne. - Nie mogło być mniej – uspokoiłem go i rzeczywiście nie było to ważne tej nocy pachnącej jak włosy młodej dziewczyny. Ciężkie wąsy drzew z szelestem omiatały skalny ogródek, głusząc plusk wody przelewającej się do sadzawek. - Wcześnie rano – mówił Siggy – zbieramy się i tyle nas widzieli. Już słyszę ten huk! Przelecimy obok uniwersytetu jak burza, nim stary Fitch natrze te swoje dziąsła! Zanim odkręci ten tłusty słoik, nie będzie nas w Wiedniu! - Przejedziemy obok pałacu. Wszystkich zbudzimy! Pomyślą, że wyleciał z szyn Starssenbahn… albo że to hipopotam! - Pierdzący hipopotam – uściśliłem. - Armia pierdzących hipopotamów! – podsumował Siggy. – Prosto na tę krętą drogę. Nad nami drzewa, a o kaski plaskają świerszcze. - Nie mam kasku. - Mam jeden dla ciebie – uspokoił mnie Siggy, przygotowany do tej podróży. - Co jeszcze muszę mieć? – zapytałem. - Gogle – oświadczył. – Mam i gogle. Gogle pilota z pierwszej światowej… żabie oczy z żółtymi soczewkami. Horror. I buty – dodał Siggy. – Mam dla ciebie autentyczne trampki. - Trzeba iść się spakować. - No, trzeba dopić piwo. - I ruszać. - Ruszać z rykiem! – powiedział Siggy. – A jutro wieczorem łykniemy sobie wody z górskiej rzeki albo z jeziora. Spać będziemy na trawie, niech słońce nas zbudzi. - Z rosą w ustach. - Z wiejskimi dziewuchami! – poprawił Siggy. – Jeśli nie stanie nam na drodze żaden dopust boski. Więc wypiliśmy. Nad tarasem unosił się szmer głosów, twarze znad stolików wokoło wpływały i huśtały się w naszych piwach.”

Joanna Burgiełł
PodróżeKulturaMuzykaHistoriaFelietonyPaństwo, polityka, społeczeństwoPowieści i opowiadaniaKącik poezjiRecenzjeWielkie żarcieKomiks
PrzewodnikiAlbaniaNepalPolskaRumunia
Najpopularniejsze Recenzje„Biały kruk” – Andrzej Stasiuk„Pachnidło” w interpretacji Tomasza Traczyńskiego„Mistycy i narkomani” – Wojciech „Tarzan” Michalewski „Antologia poezji hippisów” – świat, którego już nie ma„Moje drzewko pomarańczowe”, czyli lekcja czułości
Najwyżej oceniane Recenzje„21 wierszy miłosnych” – Adrienne Rich – Miłość jako doświadczenie i instytucja„Wielkie pranie mózgów. Rzecz o polskich mediach” – Piotr Szumlewicz„Siddhartha” – Hermann Hesse„Moje drzewko pomarańczowe”, czyli lekcja czułości„Pat Garrett and Billy the Kid” i „Szczęśliwy T-shirt”
Oceń zamieszczony obok artykuł.
Minister kazał, więc uprzejmie informujemy, że nasze strony wykorzystują pliki cookies (ciasteczka) i inne dziwne technologie m.in. w celach statystycznych. Jeśli Ci to przeszkadza, możesz je zablokować, zmieniając ustawienia swojej przeglądarki. Więcej informacji znajdziesz w artykule: Pliki cookies (ciasteczka) i podobne technologie.