Recenzje

„Stos kłopotów” – Henry Kuttner

Zbiór dziewięciu antydepresyjnych opowiadań, które można podzielić na trzy zbiory: cztery dotyczący przeuroczej rodziny Hobgenów, trzy o pijaku-wynalazcy Gallagherze i dwa cudownie ironiczne z całkiem innej beczki.

Pewnie jeszcze kilkanaście lat temu, przed erą Internetu i telewizji kablowej, niejeden kilkunastolatek zaśmiewać się mógłby do łez czytając opowieści Kuttnera, chowając książkę po przyjściu ze szkoły pod podręcznikami, wyjmując ją, gdy tylko nie był obserwowany przez czujne oko rodziców, dbających o jego rozwój intelektualny. A jest z czego się śmiać. Henry Kuttner, stawiając za narratora jednego z rodzeństwa Hobgenów – Juniora, czyli Saunka – pisze z wielką swobodą o ich przygodach. Ta swoboda uzyskana jest chyba przez pokazanie, że Hogbenowie, rodzina amerykańskich mutantów, jest normalniejsza od pozostałych ludzi. Oczywiście pisarz wybrał dla konfrontacji z Hogbenami naprawdę okropne, obrzydliwe postacie Amerykanów, posiadające najgorsze z cech – złośliwość, pychę, chciwość, nietolerancję, niezrozumienie, głupotę, mściwość. Zaś Hogbenowie, dla nas arcynienormalni, są przede wszystkim długowieczni. Ich pamięć sięga co najmniej kilkuset lat, a nawet, jak w przypadku starszych członków rodziny, do czasów mitycznej Atlantydy. Jakże Kuttner się bawi! Z fasonem, z poważną miną mówi o pochodzeniu Hobgenów z Atlantydy, jakby było to całkiem normalne, jakby Atlantyda była częścią powszechnej historii! Przy okazji jest mnóstwo żartów na temat postaci historycznych, których imiona i nazwiska mylą się Hogbenom. W końcu żyją już tyle, kto mógłby spamiętać wszystkich spotykanych po drodze ludzi? A co poza tym? Dzięki mutacjom wprowadzonym do ich kodu genetycznego na przestrzeni dziejów Hogbenowie nabyli mnóstwo umiejętności, z których nie mogą jednak oficjalnie korzystać, ponieważ wzbudzałoby to co najmniej zdziwienie, jeśli nie strach i pewnie nienawiść ze strony sąsiadów. Zatem latają, stają się niewidoczni, czytają w myślach, potrafią zbudować nieprawdopodobne urządzenia na poziomie jeszcze nieistniejącej nauki, wnikają w kody genetyczne innych ludzi, bawią się stosami promieniotwórczymi i tak dalej ku uciesze czytelnika! Czasami, żeby się bronić przed ingerencją w ich życie nietolerancyjnych sąsiadów, czy zbyt wścibskich naukowców, którzy chcieliby zamknąć ich w laboratoriach, żeby prowadzić na nich badania, muszą się troszeczkę odsłonić. Niestety, wtedy ktoś zobaczy latającego nad dachami miasta kompletnie pijanego samogonem tatusia Hogbena, ktoś usłyszy płacz Bobasa, nadającego go na innych częstotliwościach, zabójczych dla uszu zwykłego człowieka. A finezją (nie czyń niczego, co tobie niemiłe!) jest słodka zemsta, a może po prostu najzwyklejsza ochrona własnej rodziny, na wrednym, nachalnym naukowcu. Kiedy nastolatek podrośnie, kiedy przeczyta może po raz kolejny te opowiadania, zastanowi się nad przekazem Kuttnera? Sądzę, że autor podsunął nam troszeczkę naukę o tolerancji. Poironizował na temat niezbyt chlubnych cech Amerykanów, a pewnie myślał też o całej ludzkości. Pokazał, że jedną z najważniejszych zalet jest zrozumienie innych, nie wtrącanie się w życie innych, gdy tego nie chcą. Tym bardziej, gdy ci inni są przeuroczy i niesprawiający nikomu kłopotu.

Stos kłopotów - Henry KuttnerA co zrobi spracowany trzydziesto-czterdziestolatek? Czy weźmie do ręki opowiadania Kuttnera gdy wieczorem, ogarnięty depresją po niesympatycznym dniu, nie będzie miał już siły na nic oprócz gapienia się w telewizor? Czemu nie? Po „połknięciu” płacząc ze śmiechu kilkudziesięciu stron o Hogbenach, pewnie zainteresuje go także seria o Gallowayu Gallagherze, który praktykę przedkłada nad teorię, bo tej ostatniej po prostu nie zna. A Kuttner swojego bohatera przedstawia w taki sposób: Galloway grał ze słuchu – byłoby to zupełnie naturalne, gdyby był muzykiem, ale Gallowayu był uczonym. Zapijaczonym i narwanym, ale dobrym. Chciał być eksperymentującym technikiem i byłby w tym prawdopodobnie wybitny, ponieważ chwilami miał przebłyski geniuszu.1 Właśnie, przebłyski geniuszu. Wiem zatem skąd u mnie tyle sympatii dla bohatera. Któż z nas nie chciałby być genialny. Choćby przez chwilę, choćby za cenę pijaństwa (wprawdzie zdecydowana większość pijaków to nie genialni wynalazcy, choć zdarzają się i wśród pijaków geniusze!). Poza tym Gallagher jest przesympatyczny. Nie wadzi nikomu. W swoim laboratorium-bałaganie, nie odstępując organów (och, niesłużących do grania, tylko do podawania w najwygodniejszy z możliwych sposobów, wprost do ust Gallaghera leżącego na kanapie, przeróżnych alkoholi), w stanie kompletnego upojenia alkoholowego tworzy wynalazki, które nie wie do czego służą. Ale co tam! Nie dość, że nie wie tego. On nie pamięta jak je wykonał. Nie pamięta nic. Nie wie z jakich materiałów, po co, domyśla się jedynie kiedy. I stąd kłopoty. Żeby rozwijać akcję, w każdym opowiadaniu Kuttner pozwala stworzyć naukowcowi jakiś wynalazek, potem sprowadza do niego na pierwszy rzut oka nieznajomą osobę. I się zaczyna. Jakieś zobowiązania, obietnice, rozmowy. A Gallagher nie pamięta niczego. Przez następne strony każdego z opowiadań uczony musi wyplątywać się z kłopotów, pić, żeby coś stworzyć albo dać upust swojemu geniuszowi. Przezabawne są dialogi z wynalezionym przez Gallowaya robotem o imieniu Joe, niesamowitym egocentrykiem i narcyzem, ale wyposażonym w ponadstandardowe zmysły, wplątującym swojego twórcę w kłopoty, jakby miał ich zbyt mało z własnej winy. Oczywiście twórca robota nie ma pojęcia do czego tenże robot służy…

Ostatnie dwa opowiadania tego zbioru są niezwykle ironiczne i cyniczne. I, w zasadzie, smutne. Jakby Kuttner trochę się zamyślił nad Kosmosem, Wszechświatem, ludzkością, życiem. Oczywiście kpi z naszych obaw, trochę z religii, wiary w bogów czy Boga, naszego ego, wiecznej rozmowy na temat obcych cywilizacji. Pierwsze z opowiadań to dialog dwóch mężczyzn w barze, zakończone, jak w horrorze, z narastającym podczas tej rozmowy napięciem. Drugie to wizyta na naszej planecie przedstawiciela obcej cywilizacji, bezsilnego wobec pokrętnej natury ludzkiego umysłu, co autor na końcu podkreśla ze smutkiem.

Jerzy Lengauer
  1. Henry Kuttner, Idealna skrytka w: Stos kłopotów, przeł. Zofia Uhrynowska-Hanasz, Warszawa 1986, s. 93.

PodróżeKulturaMuzykaHistoriaFelietonyPaństwo, polityka, społeczeństwoPowieści i opowiadaniaKącik poezjiRecenzjeWielkie żarcieKomiks
PrzewodnikiAlbaniaNepalPolskaRumunia
Najpopularniejsze Recenzje„Biały kruk” – Andrzej Stasiuk„Pachnidło” w interpretacji Tomasza Traczyńskiego„Mistycy i narkomani” – Wojciech „Tarzan” Michalewski „Antologia poezji hippisów” – świat, którego już nie ma„Moje drzewko pomarańczowe”, czyli lekcja czułości
Najwyżej oceniane Recenzje„21 wierszy miłosnych” – Adrienne Rich – Miłość jako doświadczenie i instytucja„Wielkie pranie mózgów. Rzecz o polskich mediach” – Piotr Szumlewicz„Siddhartha” – Hermann Hesse„Moje drzewko pomarańczowe”, czyli lekcja czułości„Pat Garrett and Billy the Kid” i „Szczęśliwy T-shirt”
Oceń zamieszczony obok artykuł.
Minister kazał, więc uprzejmie informujemy, że nasze strony wykorzystują pliki cookies (ciasteczka) i inne dziwne technologie m.in. w celach statystycznych. Jeśli Ci to przeszkadza, możesz je zablokować, zmieniając ustawienia swojej przeglądarki. Więcej informacji znajdziesz w artykule: Pliki cookies (ciasteczka) i podobne technologie.