Recenzje

„Rycerz Siedmiu Królestw” – George R.R. Martin

Rycerz Siedmiu KrólestwKtóż choćby tylko nie słyszał o „Grze o tron”? Pewnie mnóstwo oglądało i czeka na kolejną serię. Kto nie słyszał o wielotomowej sadze „Pieśni Lodu i Ognia”, na podstawie, której powstał serial? Pewnie ma mnóstwo czytelników czyhających na każdą opowieść poszerzającą wiedzę o krainie Siedmiu Królestw. Nie ma co się oszukiwać i unikać porównań. To przecież jak z tolkienowską „Trylogią”, gdzie zachwycamy się także „Hobbitem”, Silmarillionem”, „Księgą Zaginionych Opowieści”, „Niedokończonymi opowieściami” i „Dziećmi Hurina”. Pozwalam sobie na to porównanie niebezpodstawnie. Wszakże i u Martina kolejne opowieści na marginesie „Pieśni Lodu i Ognia” nie dość, że wzbogacają przedstawiony wcześniej świat, ale opowiadają mnóstwo o bohaterach, postaciach drugoplanowych, dynastiach, koligacjach, koteriach, lordach, buntach, tudzież uszczegóławiają mapę wcześniej opisanych krain. Główne postaci schodzą na plan dalszy albo tylko się o nich wspomina, są tłem. Inne grają role pierwszoplanowe. Albo pojawia się ktoś znikąd i wokół niego nucona jest pieśń „Lodu i Ognia”.

Tak właśnie się dzieje w „Rycerzu Siedmiu Królestw”. Wszystko jest zachowane, czyli dynastie, dwory, krainy, główna fabuła, czy raczej intryga, myśl przewodnia dotycząca Siedmiu Królestw, pewien schemat, lecz zdecydowanie sprowadzona została do scenografii, swoistego atelier. Warto zauważyć, że tym razem Martin jeszcze mniej miejsca poświęca wnętrzom zamków, ulicom miast. W tej powieści to są jedynie prawie nic nieznaczące drobiazgi, bez szczegółowych opisów. Jesteśmy w czymś średniowiecznym. Uczyliśmy się o tej epoce, „Grę o tron” oglądaliśmy, „Pieśń Lodu i Ognia” czytaliśmy. Po co więc się rozwodzić i tracić czas na szczegóły? A, właśnie! Piszę „powieść”, a tak wcale nie jest. A może i jest… Książka, zatem, składa się z trzech związanych ze sobą opowieści, które mają wspólnych dwóch głównych bohaterów. Pozostali są tylko wspominani. Konstrukcja owych, chyba też tak można napisać, trzech rozdziałów polega na tym, że sedno sprawy autor mgliście przedstawia czytelnikom mniej więcej w połowie pierwszej opowieści, dodaje szczegółów, jakby od niechcenia, w środkowej, zaś rozwiązuje tajemnice na końcu ostatniej.

Cóż, trzeba odrobinę cierpliwości, żeby przejść manierę Martina przedstawiania głównego bohatera, ser Duncana, zwanego potocznie Dunkiem. Lecz gdy uświadomimy sobie, że jest to powieść, czy raczej część wielotomowej powieści „Pieśń Lodu i Ognia”, to dostrzeżemy, że owa maniera pasuje, jest niezwykle dickensowska, tolkienowska może (przypomnieć warto choćby początek „Władcy Pierścieni”), czy collinsowska („Kobieta w bieli” Wilkie’a Collinsa. W tym szczególe pisarz jest bardzo angielski. A warto uświadomić sobie coś jeszcze. Mianowicie Martin wspaniale żongluje postacią Dunka. Właśnie przez tych pierwszych kilkadziesiąt stron. Ser Duncan może okazać się przynajmniej trzema postaciami. Po pierwsze, tajemniczym bękartem, pretendentem do tronu, przywódcą rebelii. Po drugie samotnym mścicielem, kimś, kto został kiedyś skrzywdzony, bądź jego rodzina, przez kogoś z elity Siedmiu Królestw, dążącym powoli, mozolnie, ale skutecznie do celu, oszukującym, udającym przyjaźń, wkradającym się w łaski, żeby na koniec dokonać zemsty w pojedynkę na jednym człowieku. Po trzecie, mógł zostać zastosowany przez autora tak dobrze znany z baśni i legend, czerpiących z mrocznego średniowiecza postaci i schematy, zabieg polegający na wyniesieniu wiejskiego głupka na szczyty władz. Oczywiście w jasnym i zrozumiałym dążeniu, intencji, zamyśle autora, bogów, losu.

A przeznaczenie jest oczywiste: w krainie jest źle, bieda, ubóstwo, korupcja, koterie. Zmienić świat na lepsze może jedynie ktoś spoza, z zewnątrz, lecz nie w rozumieniu kraju, a środowiska, stanu, klasy społecznej, rozumiejący potrzeby tych, co na dole, dbający o nich, bo spośród nich pochodzi. Rzecz jasna wszystkie te trzy koncepcje dążyłyby do jednego: zmiany zastanego. Warto poddać się tej pisarskiej żonglerce i odłożywszy książkę oddać się refleksjom o Siedmiu Królestwach, trochę porównując do dzisiejszych czasów.

„Dunk Przygłup, tępy jak buzdygan”, powtarza sam do siebie w myślach bohater. Te słowa, jak i jego historia rodzinna, mogą tłumaczyć ową żonglerkę. Martin podsuwa, podsuwa i podsuwa, ale niczego nie zabiera. Tworzy postać, w zasadzie niczym nie zaskakując, ale bardzo zaciekawia. Zatem jak jest naprawdę: niecierpliwi czy zaciekawia? Jak nie może zaciekawić tajemniczy jeździec znikąd? Jak można nie dać się ponieść konwencji westernu w scenografii średniowiecznego fantasy? Jak można nie dostrzec odrobinki zabawy wziętej wprost z Karola Maya i nie porównać Dunka do Old Shatterhanda?

To wszystko trwa do strony… Nie, nie! Nie ma mowy. Więcej ani słowa. Ponieważ właśnie tam pojawia się coś więcej. Drugi bohater? Przyjaźń? Jakaś kompletnie przewrócona, absurdalna relacja Mistrz – Uczeń, w której nie wiadomo, kto jest kim, komu Martin przypisuje rolę Mistrza, a komu Ucznia.

Nie jest to rzecz o smokach, czarach, białej i czarnej magii. Oczywiście odpowiednia dla Sagi frazeologia jest zachowana, wszakże niewprowadzona, jeśli tak można napisać, w czyn. A nawet jest racjonalizowana. Wydaje mi się, że Martin skupił się na całkiem innych problemach „Gry o tron”. Trochę pokomplikował, trochę odczarował. Mam wrażenie, że książka jest dla nieco dojrzalszych czytelników, ale czy koniecznie trzeba dużo wiedzieć o świecie Siedmiu Królestw? O tym nie jest już przekonany. Jakby Martin napisał „Rycerza Siedmiu Królestw” przekornie, konfrontacyjnie. Proszę zauważyć, że owe trzy historie mają coś wspólnego z balladą rycerską, pieśnią właśnie. Wbrew tytułowi Sagi, to „pieśń” w tytule należy się bardziej „Rycerzowi”.

Zwraca uwagę nieuciekanie pisarza od dosadnych słów, których nie używa jednak wiele i za często. Bardzo odpowiednio, w konkretnych miejscach. Daje to ociupinkę, szczyptę sprośności, którą obecnie tak bardzo mylimy i łączymy z wulgarnością a kojarzymy z filmami o średniowiecznych czasach. Pokazuje ponadto złość i daje możliwość znakomitego i szybkiego przedstawienia postaci. Stąd też ukłony dla tłumacza oczywiście!

Jerzy Lengauer
PodróżeKulturaMuzykaHistoriaFelietonyPaństwo, polityka, społeczeństwoPowieści i opowiadaniaKącik poezjiRecenzjeWielkie żarcieKomiks
PrzewodnikiAlbaniaNepalPolskaRumunia
Najpopularniejsze Recenzje„Biały kruk” – Andrzej Stasiuk„Pachnidło” w interpretacji Tomasza Traczyńskiego„Mistycy i narkomani” – Wojciech „Tarzan” Michalewski „Antologia poezji hippisów” – świat, którego już nie ma„Moje drzewko pomarańczowe”, czyli lekcja czułości
Najwyżej oceniane Recenzje„21 wierszy miłosnych” – Adrienne Rich – Miłość jako doświadczenie i instytucja„Wielkie pranie mózgów. Rzecz o polskich mediach” – Piotr Szumlewicz„Siddhartha” – Hermann Hesse„Moje drzewko pomarańczowe”, czyli lekcja czułości„Pat Garrett and Billy the Kid” i „Szczęśliwy T-shirt”
Oceń zamieszczony obok artykuł.
Minister kazał, więc uprzejmie informujemy, że nasze strony wykorzystują pliki cookies (ciasteczka) i inne dziwne technologie m.in. w celach statystycznych. Jeśli Ci to przeszkadza, możesz je zablokować, zmieniając ustawienia swojej przeglądarki. Więcej informacji znajdziesz w artykule: Pliki cookies (ciasteczka) i podobne technologie.