Recenzje

„Pochowajcie mnie pod podłogą” – Paweł Sanajew

Pochowajcie mnie pod podłogąDramat bardzo gorzki, lecz z dobrym zakończeniem, które niestety nie rozprasza do końca mroku czterech koszmarnych lat dwojga osób. Może trojga? Na scenie pojawia się rosyjski ośmiolatek, bo w prologu, codzie, wstępie, uwerturze twierdzi, że chodzi do drugiej klasy. Dramat ma jedenaście scen. Każda po mniej więcej od dziesięciu do trzydziestu stron maszynopisu. Nie ma didaskaliów, bo zamieniono je na relację narratora w pierwszej osobie. To tenże chłopiec. Dialogi zapisane jak w powieści. Czytamy, więc, powieść, ale przed oczami mamy utwór sceniczny. Za chłopcem scenografia zmieniana, lecz dostrzegamy tylko niektóre szczegóły. Nie jest ich wiele. Człowiek odpowiedzialny za światła odpowiednio operuje reflektorami i stosownie do fragmentu opowieści snutej przez chłopca kieruje reflektory to na ten, to na inny szczegół. Musi być czujny, bo ośmiolatek, jak każe dziecko przecież, wychwytuje, wydaje się, że bez ładu i składu pewne fragmenty mieszkania, miasta, miejsc, gdzie bywał. Wszakże, gdy bierze coś ukochanego do ręki, lub koncentruje się na rzeczy znienawidzonej, trwa to czas dłuższy, a czytelnicy (widzowie) przedmiot widzą przez pryzmat opowiadanej historii. Kształt, barwę widzą w słowach drugoklasisty. Bo rzecz opisywana jest uczuciami i emocjami.

Chłopcem jest szczeniak przeklęty, gówniarz, hycel, Tatar, śmierdzący, cuchnący, przeklęty, podły gnój, gówno niewdzięczne, drań, ścierwo, zupełny kretyn, łajdak, bałwan, gad, gówniarz przeklęty, kaleka, nikczemnik, szubrawiec, tępak, dziwadło, czyli kotek, kochanie, Saszeńka. Tak, Sasza, syn Oleńki, wnuk Niny Antonowny i Sienieczki, pasierb karła-krwiopijcy, pokraki półtorametrowej, bratanek nieżyjącego Aloszy.

Nasze poczucie tragiczności nie dotyczy samej opowieści, lecz tego, że Sasza przypomina sobie okres między czwartym a ósmym rokiem życia i go nam relacjonuje. Owo uczucie dopada czytelnika już na pierwszej stronie pierwszego rozdziału. Chwyciło za serce. Jednak bronimy się. Szukamy wytłumaczenia. Próbujemy stworzyć jakieś pozory. Być może oczekujemy nagłej zmiany za stronę, dwie, dziesięć. Nic z tych rzeczy. Epitety świata zagraconych pokoju i kuchni, co rzecz jasna jest w którymś momencie znakomicie opisane tym dziecięcym stylem, odzwierciedlającym swoiste postrzeganie, przesuwanie wzroku, koncentrowanie się to na tym, to na tamtym, nabierają mocy, ich ilość wzrasta, co stronę, dotycząc, co raz to więcej osób, rozprzestrzeniają się z Saszeńki na Sienieczkę, z Sienieczki na Oleńkę, z Oleńki na pokrakę półtorametrową. A potem to już leci po sąsiadach, lekarzach, znajomych w zależności od tego, kto i w którym momencie jest traktowany jak wróg u bram niosący zagrożenie, krzywdę, przeciwstawiający się jedynej słusznej koncepcji życia, wychowania, gospodarowania. Otóż właśnie, ci wszyscy obdarowywani epitetami i stekiem przekleństw, niezwykle soczystych, oryginalnych, cudownie przetłumaczonych z rosyjskiego na polski (tak, znamy przecież „job twaju mat”’) próbują zamachnąć się na skrzętnie wypracowany, stworzony z nieludzkim trudem raj dla męża, córki i wnuka. I próbują zerwać jabłko z drzewa poznania, żeby stoczyć się do piekła. Tylko, dlaczego ciągnąć tam muszą za sobą Ninę Antonowną? Dlaczego doprowadzają do nerwicy, chorób wszelkich, szaleństwa. Ona się przecież stara, wypruwa żyły, żeby nakarmić Sienieczkę i czuwać nad zdrowiem Saszeńki, który jest chory, słabowity i nierozumny. A Sieńka ma dość. Wyjeżdża z radością z domu. Oddycha wówczas. Ucieka na ryby z przyjacielem. Pewnego dnia zaś ma po prostu odwagę ukarać żonę. Na chwilę pojawia się w nim męstwo. Tak, męstwo, bo nie odwaga. Czyli staje się mężczyzną wyrywającym się spod dominacji żony, która pełni w domu, w rodzinie rolę samca Alfa. Rzuca, jak Dulski, parę słów, trzaska drzwiami. Lecz z godziny na godzinę traci animusz i poddaje się. Opuszczają go siły, wypuszcza gałąź, której się trzymał, żeby wyleźć z bagna. Znowu się topi, macki mieszkającej w topieli ośmiornicy oplątują, trzymają go, czasami głaszcząc i pieszcząc, częściej każąc bólem, szczypaniem, parzeniem, powolnym truciem.

Saszeńka nie jest biernym obserwatorem. Jest całej sytuacji głównym bohaterem, zarazem narratorem pierwszoosobowym, tudzież narratorem wszystkowiedzącym. Ta ostatnia rola, która, jeżeli pamięć mnie nie myli, przytrafia mu się tylko raz, właśnie wówczas, gdy dziadek wychodzi ze złością z mieszkania. Nie, chyba także wtedy, gdy mama Saszy rozmawia z Tolą. W każdym razie uważam narrację bez obecności w sytuacji omawianej przez autora za potknięcie, lecz wymuszone decyzją pisarza o prowadzeniu takiej, a nie innej fabuły. Trochę razi po prostu.

Saszeńka, taki gnój od Kuczoka, siedzi w bagnie w objęciach ośmiornicy-wiedźmy i wydaje mu się, że to stan naturalny. Za normalne, ba! stosowne, przyjmuje przekleństwa, krzyki, awantury, naukę z babą, to, że jest głupi i chorowity, że ciągany jest po lekarzach i inne historie, tudzież, delikatnie to ujmując, niedogodności, które tworzą jego dziecięcy świat. Świat, który tragicznością zniewolenia psychicznego i traumatycznych konsekwencji porównać się prosi do opresji wyzucia z człowieczeństwa muzułmana Primo Leviego. Bo Sasza wyzuty jest z dzieciństwa. Relacjonując w tychże kilkunastu rozdziałach życie z Niną Antonowną, wprowadza coś, co jest świętem. Spotkania z mamą. Sanajew jest w tym okrutny. Dawkuje promyki nadziei, równocześnie dawkując okrucieństwo. Jaka to wielka umiejętność. Z jednej strony czytelnik jest przekonany o zachowaniu stanu zastanego na początku powieści, z drugiej cierpi na nadzieję, jak na jakąś chorobę, że w końcu dziecko trafi na zawsze w ramiona matki. A czy trafi?

Albo mama prosi, żeby jej babcia oddała futro, a babcia krzyczy: «Masz tu, Oleńka, swoje futro!» – odwraca się i ściąga zielone majtki, szokując mnie czymś biało-różowym i przeogromnym. – Co ty, dupę przy dziecku pokazujesz, wstydu nie masz! – woła mama. – Nic strasznego, to dupa jego babci, a nie jakiejś kurwy, co wymieniła dziecko na karła! – odpowiada jej z krzykiem babcia.1

Wyobraźnia Niny Antonowny jest przerażająca, jeżeli zdamy sobie sprawę z tego, że potraktowała ją jak rzeczywistość. Obsesje, paranoje, poczucie zagrożenia, przekonanie o tym, że wszystko wie najlepiej, że bez niej pozostali by sobie nie poradzili, że tylko ona ma rację. Ona namaszcza ludzi z zewnątrz, wskazuje, kto jest dobry, kto zły. Ona opiniuje sytuacje, miejsca. A co najgorsze, jest święcie przekonana, że robi to dla nich. Dla wnuka (dba o niego najlepiej, bez jej pomocy by umarł), dla córki (Oleńka odwróciła się od niej, wyparła się matki), dla męża (stary pierdziel). Jest to wzajemne uzależnienie, uwikłanie podobne do tych, które mamy w rodzinach alkoholik – trzeźwy współmałżonek, chory psychicznie – pozostali w rodzinie. Więzi są o wiele mocniejsze niż w rodzinach o relacjach zdrowych. Tyle, że są tragiczne. Umacnia to ostateczny monolog Niny Antonowny. To Wielka Improwizacja, wspaniała aria, która pewnie dałaby babie kolejne zwycięstwo nad rodziną, jeżeli podstępnie, acz zdecydowanie i bez złudzeń, nie przerwała jej pokraka półtorametrowa, czyli człowiek z zewnątrz. Sanajew jakby od niechcenia, bez zbędnych fajerwerków, znakomicie wpasowując w fabułę, tak, że czytelnik się nawet nie obejrzy, przemyca prawdę znaną, ale wielką. Uwikłanie, chore relacje może przerwać tylko ktoś, kto nie jest w nie uwikłany. Proste? A żeby byłoby jeszcze prościej: dlaczego nie umiemy tego przenieść na inne sytuacje, niekoniecznie rodzinne? Na przykład polityczne lokalne koterie?

Kpina ujawniona na końcu powieści jest smutna niezwykle. Nie jest jednak literacka. Jest niezwykle mocno zaczerpnięta z życia. A może właśnie rzecz w tym, że to literatura jest życiem? Ja taki krążący ciągle nad rodzinnymi głowami cień znam… A sądzę, że i wielu innych.

Jerzy Lengauer
  1. Paweł Sanajew, Pochowajcie mnie pod podłogą, Państwowy Instytut Wydawniczy 2009, przełożyła Izabela Korybut-Daszkiewicz, str. 172.

PodróżeKulturaMuzykaHistoriaFelietonyPaństwo, polityka, społeczeństwoPowieści i opowiadaniaKącik poezjiRecenzjeWielkie żarcieKomiks
PrzewodnikiAlbaniaNepalPolskaRumunia
Najpopularniejsze Recenzje„Biały kruk” – Andrzej Stasiuk„Pachnidło” w interpretacji Tomasza Traczyńskiego„Mistycy i narkomani” – Wojciech „Tarzan” Michalewski „Antologia poezji hippisów” – świat, którego już nie ma„Moje drzewko pomarańczowe”, czyli lekcja czułości
Najwyżej oceniane Recenzje„21 wierszy miłosnych” – Adrienne Rich – Miłość jako doświadczenie i instytucja„Wielkie pranie mózgów. Rzecz o polskich mediach” – Piotr Szumlewicz„Siddhartha” – Hermann Hesse„Moje drzewko pomarańczowe”, czyli lekcja czułości„Pat Garrett and Billy the Kid” i „Szczęśliwy T-shirt”
Oceń zamieszczony obok artykuł.
Minister kazał, więc uprzejmie informujemy, że nasze strony wykorzystują pliki cookies (ciasteczka) i inne dziwne technologie m.in. w celach statystycznych. Jeśli Ci to przeszkadza, możesz je zablokować, zmieniając ustawienia swojej przeglądarki. Więcej informacji znajdziesz w artykule: Pliki cookies (ciasteczka) i podobne technologie.