Recenzje

„Ości” – Ignacy Karpowicz

OściBłąd, błąd, błąd! Niewiara, snobizm… Nie chciało mi się. Kupiłem, bo uważałem, że było trzeba, „Balladyny i romanse”. Stoi na półce. „Ości” też by sobie tak stały. Do mojej emerytury a może i Karpowicza. Bo jakże zabrać się za czytanie Karpowicza po Myśliwskim, Rylskim, „Drwalu” Witkowskiego i Krajewskim? Pewnie żadne wysublimowane ścieżki po historii Polski, psychice, karkołomne wycieczki po naturze ludzkiej, traumatyczne wspomnienia. Żadna też rozrywka i cynizm, ironia, kryminał mrożący krew w żyłach. A w księgarniach już nowy Myśliwski, Krajewski, Cegielski. Czyli straciłem szansę, okazję. Czas na czytanie Karpowicza umknął, skończył się. Gdyby nie snobizm. Och, piękne, urocze, wredne cechy człowiecze. Zwyciężyły. Ktoś mnie znalazł, ktoś poprosił. I w ten sposób Ignacy Karpowicz dołączył do mojego małego, współczesnego panteonu polskich pisarzy. 469 stron poszło migiem. Żadnego narzekania na wypadające kartki, błędy w druku, za białe kartki, trudności w odginaniu i za mały margines. Wydawnictwo Literackie jak Znak, WAB, Świat Książki. Ukłony, gratulacje i takie tam. Świetnie i wszystko w porządku.

Zachwyciłem się, zatem „Ośćmi”, jak swojego czasu „Traktatem o łuskaniu fasoli”. Wciągnęły mnie jak kiedyś „Warunek” Rylskiego. Czy to wystarczająca rekomendacja? A może muszę dodać, że żałowałem, iż tak szybko powieść się skończyła? Pewnie nie trzeba. Karpowicz sam sobie zbuduje pomnik. Poza tym zwykli czytelnicy nie budują pomników. Jedynie sprawiają, że pisarze mogą za co żyć i pisać kolejne książki w miarę przyzwoitych warunkach, a wydawnictwa za co je wydawać. Środowisko krytyczno-literackie swoje, mam nadzieję, zrobi.

Pierwsza myśl, jaka przyszła mi do głowy po przeczytaniu „Ości”, to wspomnienie z tegorocznych wakacji w Kazimierzu Dolnym. W synagodze – muzeum – ośrodku kultury niepoprawnym rasowo przeglądam płyty z muzyką, książki, jady, gwiazdy i t-shirty. Wybieram najpierw gwiazdę. Będzie wisiała pod koszulką, zatem problem obyczajności nie istnieje. Proszę o koszulki. Miła pani o wyglądzie wcale nie semickim wyjmuje dwie i oglądam. Decyduję się na czarną, która reklamuje jewish.org.pl. Ze strachu nie wybieram tej z Gwiazdą Dawida, mimo że pasuje rozmiarem. Pani zainteresowana idiotycznym w końcu wyborem pyta. Odpowiadam, że bałbym się w takiej paradować po swoim mieście. Ona na to, iż ona się nie boi i w takiej chodzi. I to jest sedno sprawy.

Mam wrażenie, że pisarz długo przymierzał koszulki. I nie tyle przy wyborze kierował się rozmiarem, ale nadrukiem. Jakieś znaczenie miało z pewnością miasto, gdzie była przebieralnia, miasto, po którego ulicach będzie sobie paradował w takowym t-shircie. Białystok? Warszawa? Nie, Białystok jednak odpada. Norbert zostawił ścianę wschodnią. Mieszka, pracuje, kocha się homoseksualnie i hetero-, ale, uwaga, z 60-latką, przyjaźni w Warszawie. Na dodatek z akcentem polsko-azjatyckim. Niewątpliwie Karpowicz wziął sobie bardzo do serca medialne doniesienia o białostockich awanturach. Na krańcach wschodnich jedynie się umiera. Dobrze. Tak przynajmniej myśli Krzyś.

Koszulka Karpowicza dobrana jest pod stolicę. I śmiem twierdzić, że niekoniecznie polską. Odczytuję apoteozę wielokulturowości, swobody wyborów, tolerancji przede wszystkim we własnym mieszkaniu, czyli absolutne odrzucenie dulszczyzny, wyrzucenie dywanów, żeby nie było pod co zamiatać. Szafy jednak w mieszkaniach wielkomiejskich są. Tak, Karpowicz albo ogłasza wszem wobec nową modę, albo utwierdza nas w przekonaniu, że ona istnieje i akceptujmy ją, i nie bądźmy niehalo, albo w końcu przyklepuje stan istniejący od lat w wielkomiejskiej kulturze i obyczajowości, dokonując mniej bądź bardziej świadomego podziału (?), porównania (?) z drobnomieszczaństwem. Zatem, nie ma w tychże mieszkaniach dywanów, ale są szafy. W końcu, dlaczego mielibyśmy je wyrzucać razem z trupami? Dokąd byśmy wchodzili, napchawszy się xanaxem?

Wybór nadruku na koszulce mógłby być całkiem inny. Problemów aż nadto. Autor mógł swoją uwagę skierować jeszcze w inne strony, wziąć się za bary z innymi kontrowersjami. Uznać, że warto omówić, pokazać, ba! może się nawet rozliczyć z relacjami społeczeństwo – kościół, pedofilią choćby. Wybrał jednak dość delikatnie, ale niezwykle przekonująco. Powiedzmy, że włożenie owego t-shirta nie robi wrażenia w stolicy, ale już trochę dalej od niej może narazić na oplucie czy wyzwiska. Na pobicie raczej nie.

Formuła sitcomu, telenoweli nie razi. Być może dlatego, że dorzuciłbym przysłówek „trochę”. Trochę telenowela. Karpowicz sprezentował czytelnikom grupę postaci, wśród których nie da się wyłonić jednego, dwóch bohaterów. Rozdziały powieści przypominają odcinki serialu. Prostota tej formuły polega na rozwijaniu, łączeniu, lepieniu, przenikaniu, powiązaniach. Jakby lepić coś ze śniegu, budować z mokrego piasku na plaży, bawić się w tworzenie patchworku, nawet colage. Przedstawienie w teraźniejszości, dorzucenie rodziny, najbliższych przyjaciół, nieco wycieczek w przeszłość, ale jedynie w dzieciństwo, i powiązania, powiązania na równych, uczciwych warunkach tworzących budowlę miejską, a nie oddzielne gospodarstwa gdzieś na Podlasiu czy w Bieszczadach. Ma to niezwykłe znaczenie. Nie czułem dzięki temu żadnej wyjątkowości, odrzucenia poza nawias, któregokolwiek z bohaterów. Poczynając od Mai, przez Norberta, Andrzeja, Krzysia, Maxa, kończąc na Pani Cecylii, Faustynie i Juli. Wszyscy o podobnej wartości, tym samym ciężarze gatunkowym. Świat – ulica. Kraj – kamienica. To są jedynie przykłady. Tuż za rogiem jest tak samo, są tacy sami.

Niedużo jest wycieczek poza ten świat. Ale prawie każdy z bohaterów wybiera się w taką. Nie każdy ma poświęcone sobie didaskalia, myśli, wewnętrzne monologi, wyobrażone dialogi, odautorskie dopowiedzenia, komentarze ilustrujące stany, uczucia, emocje, niedokonane wybory. Choćby, dlatego to jedynie „trochę sitcom”. Te niteczki wycieczek w bok od głównego nurtu coś znaczą. Coś utwierdzają, przyklepują, wyjaśniają może, choć to ostatnie jest jakieś ulotne. Z jednej strony dają pewność, że rzecz dzieje się realnie, że tak jest, że to nie jest żadna fantasmagoria. Z drugiej, podrzucają niepewność, brak przekonania, pokazują skomplikowanie życia jako takiego, gdy trzeba spotkać matkę, ojca, spojrzeć na dzieci. Wyrwać się ze swojego świata.

Taka konstrukcja odrobinę przywołuje „Grę w klasy” Cortazara, „Życie: Instrukcja obsługi” Pereca. W myślach, monologach, czasami opisach bohaterów widzę coś ze stylu Andruchowycza, Pielewina. Szaleństwo, zagmatwanie, przybrudzenie realności i skierowanie fabuły na drogę majaków senno-farmakologicznych.

Normalność, potrzebę akceptacji (nie środowiska, lecz świata) i zrozumienie widać w pewnych nadwerężeniach, naciągnięciach, poniekąd hiperbolach. Chociażby Ninel Czeczot. Imię, nazwisko, sprawa z dzieciństwa. Dalej Norbert bez jednego włoska na ciele. Maja i jej syn. Oni sami, bez przystawek byliby bardzo interesujący. Jednak owe hiperbole, to co jest wokół, swoista poświata tworzą atmosferę zrozumienia. Nie ma mowy o inności, bo inność zostaje zagrzebana gdzieś już na wstępie opisu, przedstawienia postaci. Kolejne wydarzenia, cechy nie wzbudzają niczego poza potrzebą śledzenia fabuły rozwijającej się na tle współczesności. Normalna obyczajówka, w której Max i inni wcale nie wydają się przerysowani.

Ubolewam nad brakiem wiedzy. Swojej. Z przykrością konstatuję, że nie wiem, a domyślanie się może wypaść jedynie śmiesznie i obnażyć moją ignorancję. Spowoduje, że będę się wstydził pomyłki. Powieść, tak przeczuwam, mnoży postaci ze współczesnego świata polityki, rozrywki, literatury. Większość czytelników pewnie to wychwyci od razu. Ja musiałbym pogrzebać w prasie, Wikipediii. Karpowicz pewnie powie, że zbieżność do rzeczywistych postaci jedynie przypadkowa.

Cóż, t-shirt założony. Na szczęście już zimno i jest ukryty pod swetrem, koszulą. Książka w księgarniach, ale już nie w oknach wystawowych. Zagrożenia nie ma.

Jerzy Lengauer
Najpopularniejsze Recenzje„Biały kruk” – Andrzej Stasiuk„Pachnidło” w interpretacji Tomasza Traczyńskiego„Mistycy i narkomani” – Wojciech „Tarzan” Michalewski „Antologia poezji hippisów” – świat, którego już nie ma„Moje drzewko pomarańczowe”, czyli lekcja czułości
Najwyżej oceniane Recenzje„Wiersze II” – Tadeusz Żurawek„Zegar szronu i inne wiersze” – Joachim Sartorius„Dziewczyna o sarnich oczach” – Ryszard Mierzejewski„Z jesienią pod rękę” – Grażyna Wójcik„21 wierszy miłosnych” – Adrienne Rich – Miłość jako doświadczenie i instytucja
PrzewodnikiAlbaniaNepalPolskaRumunia
Najpopularniejsze zdjęcie w dzialeDwudziesta Żona – Indu SundaresanNajwyżej oceniane:Legenda Pendragonów
Oceń zamieszczony obok artykuł.
Minister kazał, więc uprzejmie informujemy, że nasze strony wykorzystują pliki cookies (ciasteczka) i inne dziwne technologie m.in. w celach statystycznych. Jeśli Ci to przeszkadza, możesz je zablokować, zmieniając ustawienia swojej przeglądarki. Więcej informacji znajdziesz w artykule: Pliki cookies (ciasteczka) i podobne technologie.