zapraszamy do współpracy
Zapraszamy do współpracy
Państwo, polityka, społeczeństwo...

Re – znaczy powrót

Cztery dni, cztery tysiące kilometrów… Każda godzina spędzona w pociągu oddziela ich od przeszłości coraz większym murem. Odcina pępowinę. Za nimi sprzedane domy, rozdany majątek, niekiedy pozostawieni krewni. Przy nich kilka toreb z niezbędnymi na pierwsze miesiące rzeczami, bordowy polski paszport i bilet w jedną stronę. Przed nimi – tylko nadzieje. Nadzieje, że na ziemi przodków życie będzie lepsze. Musi być, przecież po tylu trudach wrócili – potomkowie ofiar represji stalinowskich – do historycznej ojczyzny.

W Azji Środkowej są ich miliony. Najwięcej w Kazachstanie, w północnej części kraju – tam, gdzie wysiedleni zostali ich przodkowie, Polacy z pochodzenia. Przez całe życie ludzie ci mieli świadomość że są inni, że mają niezwykłą biografię, bo urodzili się jako dzieci, wnuki i prawnuki osób wywiezionych z ziem dzisiejszej Ukrainy i wschodniej części Polski na teren byłego ZSRR. „Tam”, w Azji, przez słowiański typ urody i język jakim się posługują na co dzień nazywa się ich Rosjanami, nie ważne, że z dziada i pradziada kultywują tradycję wigilijnego karpia. Gdy przyjeżdżają „tutaj” – są repatriantami.

Większość repatriantów („re” – łac. „powrót”, „patria” – łac. „ojczyzna”) ma podobną historię rodzinną, którą przekazywało się z pokolenia na pokolenie. Przynajmniej ogólne wiadomości – o szczegółach zesłania ludzie kiedyś bali się mówić nawet w gronie rodzinnym. Tym bardziej nie wspominało się o przeszłości przy małych dzieciach z obawy, że tamte bawiąc się na podwórku, napomkną rówieśnikom o rozmowach w domu. A nie wiadomo kim był sąsiad. Moi pradziadkowie przed przesiedleniem mieszkali w miejscowości przygranicznej. Dzisiaj jest tam już Ukraina. Prababcia moja, babcia taty, opowiadała, że granica była ruchoma: rano się wstawało, a pod domem były już ziemie polskie, drugiego dnia ukraińskie. Pradziadek miał gospodarstwo, byli bogaci. W drugiej połowie lat 30. wskutek polityki Stalina ulegli „rozkułaczaniu”. Ponoć Stalin bał się, że bogaci chłopi w razie wojny poprą Hitlera, więc zsyłał wszystkich jak najdalej. W taki sposób moi przodkowie okazali się w Północnym Kazachstanie. Wywieźli ich zimą pociągiem. Wyrzucili w stepach. Ludzie zaczęli kopać doły w ziemi, przykrywali czymś wejścia i w taki sposób na początku mieszkali. Przychodzili do nich Kazachowie – przecież na tych terenach były pastwiska baranów, koni – i pytali: ‘Gdzie was przywieźli, przecież tu straszne mrozy?’. Kiedyś temperatura zimą schodziła do -40 C. Dużo wtedy umarło dzieci i starszych osób. Z czasem przesiedleńcy zagospodarowali te tereny, założyli wioskę., - zaczyna opowiadać Walery Reszko. Ma 29 lat. W marcu 2008 roku wraz z rodzicami i siostrą opuścił rodzinną wioskę Czernigowka w Północnym Kazachstanie i jako repatriant zamieszkał w Warszawie. „Tam” została jeszcze jedna jego siostra, a także dużo krewnych. Nie przyjadą na razie, boją się. Boją się zostawić wszystko, spakować najpotrzebniejsze rzeczy i ruszyć w niewiadome.

Na długo przed powrotem

Na początku w naszej wiosce mieszkało więcej ludzi, od razu po wojnie znaczna ich cześć wróciła do Polski. My też mieliśmy. Pomysł się narodził po tym jak pewnego dnia moja babcia dostała pocztą akt zgonu męża walczącego na wojnie. Zaczęły się przygotowania do wyjazdu. Moja rodzina już na walizkach siedziała, gdy nagle drzwi się otworzyły i do domu wszedł dziadek, cały i zdrowy. Widocznie zaszła jakaś pomyłka i „pogrzebali” nie tą osobę, co trzeba. Rodzina w związku z tym została w Kazachstanie jeszcze na pół wieku - kontynuuje Walery.

Kolejna okazja do przeprowadzki pojawiła się po rozpadzie Związku Radzieckiego. Polityczna „odwilż” sprzyjała migracji. Dodatkowo do wyjazdu zmuszała ludzi sytuacja gospodarcza: na wsiach rozpadały się kołchozy1, będące niekiedy jedynym źródłem utrzymania, w miastach brakowało miejsc pracy, a nawet jeśli ktoś ją posiadał, nie zawsze mógł liczyć na regularny zarobek. Ludzie zaczęli wyjeżdżać – do największych miast, do Rosji, na ziemie przodków – w poszukiwaniu lepszego życia. Była okazja żeby wyjechać w 1993 roku. Ojciec się nie zgadzał, bał się. Jednak po paru latach nie było już pracy, wioska się rozpadała. Ludzie zostawiali domy i wyjeżdżali gdzie tylko mogli. Patrząc na to, co się działo, w 1997 roku zaczęliśmy zbierać dokumenty, udowadniać polskie pochodzenie2. Na odpowiedź z Polski czekaliśmy jedenaście lat - zwierza się Walery Reszko.

W latach 90. na teren Kazachstanu zaczęli przyjeżdżać Polacy. Księża-misjonarze zakładali kościoły, początkowo na kilku metrach kwadratowych izby wynajętej od samotnej starszej osoby. W każdym większym mieście powstawały oddziały organizacji „Wspólnota Polska”, której celem było przywrócenie świadomości narodowej Polakom z Kazachstanu. Wolontariusze nauczali polskiego, prowadzili kółka tańca ludowego. Podręczniki, głównie abecadła, i stroje narodowe przywozili ze sobą z kraju. W Kazachstanie od dziecka uczyłem się polskiego. Kiedyś mama w radio usłyszała o projekcie nauki języka dla Polaków z Kazachstanu. Pamiętam, że zajęcia odbywały się w kościele, mieszczącym się na ten moment w malutkim domku. Od dziecka uczyliśmy się piosenek „Wlazł kotek na płotek” i „Płynie Wisła”. Starali się nas wychować w duchu polskim. Tańczyliśmy polskie tańce ludowe. Nawet na Placu Republiki w Ałmacie wisi nasze z bratem zdjęcie podczas występu, - opowiada Maksim Tkaczew, dwudziestodwuletni repatriant. Urodził się i mieszkał na Południu Kazachstanu, w dawnej stolicy kraju. Od ośmiu miesięcy razem z rodziną przebywa w Warszawie. Na zaproszenie od polskich władz czekali osiem lat, od 2000 roku. Często pytają czy długo się czeka, a więc długo, - mówi Maksim, - Co prawda, zależało nam, aby przyjechać do Warszawy. Tam mieszkaliśmy w stolicy, więc nie chcieliśmy przeprowadzać się na wieś. Ze Warszawą były jednak trudności. Na początku mówiło się nam, że biorą tu tylko ludzi z wyższym wykształceniem, później były inne przyczyny, ale sądzę, że wszystko przez nasze rosyjskie nazwisko. Po tacie. Polacy mają taką rusofobię. A po chwili dodaje: Ale nie narzekam. Żeby powiedzieć czy się podoba, czy nie, trzeba tu jakiś czas pomieszkać.

Po drodze

Nagrań wideo nie mają, płyt z muzyką też nie, ani narkotyków, papierosów, wódki. Wzbudza to podejrzliwość przedstawicieli straży granicznej. Chcą sprawdzić bagaże pasażerów. Po drodze z Astany do Warszawy jest kilka przejść – kazachskie, rosyjskie, ukraińskie, polskie – największe problemy są na granicy z Ukrainą. Prowodnicy3 nas uprzedzili – mój brat kiedyś z nimi jeździł, znał ich – o sytuacji gdy strażnicy wchodzą do pociągu, widzą w paszporcie pieczątkę ’na pobyt stały’, i myślą, że ludzie mają pieniądze. A ludzie, zgodnie ze starą radziecką szkołą, twierdzą, że nie mają nic. Mundurowi zaczynają straszyć brygadą antyterrorystyczną, która wpadnie i rozbierze wszystkich do naga (kobiety na czas podróży chowają duże sumy w majtkach i stanikach), a pieniądze zatrzyma. Ludzie się na to nabierają. Dobrze, że nas uprzedzili. Kazali wypełnić deklarację i ukazać w niej cała sumę, jaka przewozimy, - opowiada Maksim Tkaczew. Przyjechało nas pięć osób: moi rodzice, ja i moja żona. Miało przyjechać o jedną osobę mniej, ale mój brat przed wyjazdem na studia do Polski – studiuje na Politechnice Warszawskiej - ożenił się, więc jest też jego żona. Chciał ze sobą zabrać cześć Kazachstanu - kontynuuje.

Cztery dni spędzają w pociągu. Z Astany do Warszawy skład odjeżdża tylko raz w tygodniu, we wtorek. W sobotę jedzie z powrotem. W kierunku Europy nie wybudowano prostej linii torów, więc pociąg krąży niemal wzdłuż całej północno-zachodniej granicy Kazachstanu, ciągle wjeżdża do kraju, zmienia trasę, wyjeżdża. Tak przez dwa dni. Podróż odbywają w czteroosobowych zamykanych przedziałach, zastawionych zewsząd charakterystycznymi chińskimi torbami w kratę. Przewożą w nich: handlowcy towar, a wyjeżdżający na stałe cały swój dorobek życiowy. Bardzo często w czasie jazdy w pociągu psuje się klimatyzacja, zwłaszcza latem, więc wysiadając z wagonu w punkcie docelowym, podróżni odczuwają wielką ulgę.

Na nowym miejscu

Ocena Polaków na świecie jest jak krzywa arytmetyczna: im bardziej na wschód, tym wyżej jest promień krzywej. W wyobrażeniach Polaków z republik post radzieckich kraj ich przodków jest rajem. Rogiem obfitości, który jednak przy bliższym kontakcie okazuje się dobrze zamaskowaną puszką Pandory. Mieszkamy tutaj już osiem miesięcy, a do dzisiaj nie dostaliśmy mieszkania. Wszystko dlatego, że dom był w budowie, a deweloper nie wyrobił się na czas. Dostaliśmy zaproszenie z dzielnicy Wawer, gotowe mieszkanie mieliśmy otrzymać w lipcu. Przyjechaliśmy w czerwcu. Od tamtej pory mieszkamy w ośrodku pomocy społecznej. W centrum dla emerytów – nie wiem co to jest, w Kazachstanie nie było czegoś podobnego. Emeryci przychodzą tam na obiady, są urządzane dla nich konkursy. W ośrodku są też pokoje jak w hotelu, w nich właśnie czasowo mieszkamy - mówi Maksim Tkaczew. Na pytanie dlaczego przyjechali, odpowiada: Wróciliśmy chyba z patriotyzmu. Mimo wszystko ciągnie do historycznej ojczyzny, korzenie rodzinne dają o sobie znać. Także jakieś elementarne dążenie do czegoś lepszego w życiu – przynajmniej w naszej rodzinie uważało się, że Polska jest krajem bardziej rozwiniętym. Żałuję, że przed przyjazdem na stałe nie miałem okazji zwiedzić Polski jako dorosła osoba, zobaczyłbym na własne oczy, porównał. Byłem w Warszawie jeszcze jako dziecko, w 1997 roku, na koloniach. Byłem, oglądałem. Oprowadzili nas po najpiękniejszych miejscach stolicy, spodobało mi się. Repatriantów przyjmują zupełnie inaczej. Nie jestem rozczarowany, ale oczekiwałem czegoś lepszego. W porównaniu do Ałmaty, wielkiej różnicy nie ma. Może jak ktoś przyjechał ze wsi, to widzi różnicę. Tak jak brat i siostra mojej mamy, oni są już tutaj 3 lata. Przyjechali ze wsi, tam nawet toalety nie mieli w domu. Im przeprowadzka sprawiła większą radość. Jakby potwierdzając tę teorię, Walery Reszko, pochodzący z malutkiej wioski, na pytanie dotyczące pierwszych wrażeń po przeprowadzce do Polski, odpowiada: Bardzo mi się podoba w Polsce, nie żałuję, że przyjechałem. A jego młodsza siostra, Olesya, dodaje: Mam takie wrażenie, jakbym się tu urodziła.

O przyjeździe repatriantów do Polski decydują władze gminy, do ich obowiązków należy więc zapewnienie rodzinie lokalu mieszkaniowego. Mijają długie miesiące zanim urzędnicy znajdą odpowiednie pomieszczenie, zrobią w nim remont, urządzą. Czasem listownie uprzedzają zaproszoną rodzinę o planowanym terminie oddania lokum. Nam kazali nie przyjeżdżać, dopóki mieszkanie nie będzie zakończone. Czekaliśmy miesiąc w Kazachstanie, siedząc na walizkach, - mówi Olesya Reszko.

Jednak, o ile, w większości wypadków, na przyjeżdżających czeka gotowe mieszkanie, o tyle z miejscem pracy bywa różnie. Władze gminy nie zajmują się kwestią zatrudnienia repatriantów. Pracy państwo nie gwarantuje – opowiada Maksim Tkaczew – przynajmniej ja się z tym nie spotkałem. Ludzie przyjeżdżają i rejestrują się w Urzędzie Pracy. A tam im proponują posadę sprzątaczy w biurach, albo mycie podłóg prywatnym osobom. Wiele osób się o to obraża: w Kazachstanie pracowali jako inżynierowie, zajmowali wysokie stanowiska. Przybywającym repatriantom przez pierwszy rok, tzw. adaptacyjny, jest wypłacana pomoc socjalna. Co miesiąc i na każdego członka rodziny. Jedyny warunek to brak zatrudnienia. Oficjalnego zatrudnienia. Ludzie zatem szukają półlegalnego zajęcia, nawet takie same sprzątanie jakie było oferowane przez biuro pośrednictwa, tyle że bez sporządzania umowy. Cieszą się, gdyż zarabiają podwójnie. Kontakty do „pracodawców” wędrują z rąk do rąk: przyjeżdżający dopiero co Polacy zwracają się z prośbą o pomoc do repatriantów ze stażem. Na rynku pracy na „czarno” konkurują z przyjeżdżającymi do Polski Ukraińcami, repatrianci z Azji Centralnej obrażają się jednak, gdy zwraca się do nich, Polaków z pochodzenia, per Ruscy. Czy to moja wina, że nasi przodkowie zostali zesłani? Taka była kiedyś polityka – oburza się Walery Reszko.

Plany na przyszłość

O swoich zamiarach na przyszłość mówią mało – nie wiedzą na razie nic o teraźniejszości, więc ciężko im cokolwiek planować. Pierwszy i najważniejszy cel, do którego dążą – to perfekcyjne opanowanie języka. Wiedzą, że tylko dzięki temu mają szanse na znalezienie dobrej pracy i adaptację w nowych warunkach. Dobrze, że są ważne dyplomy, nie trzeba potwierdzać wykształcenia. Można nauczyć się języka i mieszkać jak urodzeni tu Polacy – twierdzi Maksim. Ma ukończone w Kazachstanie studia na wydziale architekturno-budowlanym. Zdaje jednak sobie sprawę, że aby pracować w zawodzie, musi nauczyć się terminologii fachowej po polsku. Zastanawia się czy nie kontynuować nauki na studiach podyplomowych, aby mieć większą szansę na znalezienie zatrudnienia.

Walery Reszko zapytany o plany na przyszłość, zwierzył się, że chciałby zrobić uprawnienia na maszynistę tramwaju. Czemu? Ponieważ jest to praca państwowa, pewna. A poza tym, doszły go słuchy, że po kilkunastu latach pracy otrzymuje się mieszkanie służbowe. Przecież nie będę mieszkał ciągle z rodzicami – mówi.

Olesya, siostra Walerego, fryzjer z wykształcenia, chciałaby się zatrudnić w salonie piękności. Na razie nie może jednak, musi skończyć praktyki. Chcę pracować jako fryzjer męski, nie damski – kobiety są takie wybredne – śmieje się.

Wspólnym jednak marzeniem wszystkich przyjeżdżających osób jest wdrożenie się w nowe otoczenie, opanowanie języka, znalezienie pracy związanej z otrzymanym wykształceniem. Przecież nie po to po tylu trudach wrócili na ziemie przodków, aby społecznie i zawodowo degradować. Nie po to wyjeżdżali z kraju, w którym się urodzili, a który zawsze będą ciepło wspominać. Przypadkowo napotkana Irena Tkaczewa, mama Maksima, na pytanie o stosunek do Kazachstanu, odpowiedziała: Nigdy nie zapomnimy Kazachstanu, tam się urodziliśmy, wychowaliśmy. Złego słowa nigdy nie powiemy. Lata tam spędzone zawsze będą nam się kojarzyły z domem.

Julia Wizowska
  1. Kolektiwnoje choziajstwo – gospodarstwo kolektywne.

  2. Władze Związku Radzieckiego zesłanym mniejszościom zmieniały narodowość na Rosjanin/Rosjanka.

  3. Konduktor w rosyjskim składzie dalekobieżnym.

Najpopularniejsze Państwo, polityka, społeczeństwo...Słowianie, do sauny!Pamiętaj, to nie był gwałtGrzeczność w relacjach ksiądz – parafianinTermy Rzymskie, Pałac Saturna (Czeladź)Student w mundurze
Najwyżej oceniane Państwo, polityka, społeczeństwo...Sauna przy krytej pływalni (Tychy)Rodzaje saunTermy Rzymskie, Pałac Saturna (Czeladź)Spalskie refleksjeIrak widziany oczami chrześcijańskich emigrantów
PrzewodnikiAlbaniaNepalPolskaRumunia
Najpopularniejsze zdjęcie w dzialeLucky LuckNajwyżej oceniane:Wejście do saunarium
Oceń zamieszczony obok artykuł.(Uwaga! Warto wcześniej się zalogować ponieważ głosy zarejestrowanych czytelników mają większą wagę.)
Login (jak do forum): Hasło (jak do forum): zapamiętaj mnie
Minister kazał, więc uprzejmie informujemy, że nasze strony wykorzystują pliki cookies (ciasteczka) i inne dziwne technologie m.in. w celach statystycznych. Jeśli Ci to przeszkadza, możesz je zablokować, zmieniając ustawienia swojej przeglądarki. Więcej informacji znajdziesz w artykule: Pliki cookies (ciasteczka) i podobne technologie.