Felietony > Bramin na wojnie, tylko spokojnie

Ziomuś, Ziomuś i ich kolega Ziomuś

11.04. Dzień osiemnasty

Na śniadanie pasztetowa, tłusta i gęsta, o konsystencji brązowej i finalnej. Usiedliśmy. Ja i ona. Patrzałem na nią wzrokiem moim potulnym, zza okularów sfatygowanych. Opowiadała czule tysiącem czarnych oczek osadzonych bezładnie w jej treści. Kto katem? Kto ofiarą? Plastikowy nóż w ręce wzdrygał się i podkulał ogon. Nie lękaj się! Nie trwóż serca! Oto jeszcze teraz plumkniesz w zbawienne giera otmęty, a wody bystry strumień spłucze cię ku nowej podróży… Hej, ciury! Więcej margaryny!

Wybieg. 15 osobników. Zwłaszcza 3 dorodne odyńce – Ziomuś, Ziomuś i ich kolega Ziomuś. Ziomuś, słuchaj… Ziomuś, ale…! Ziomuś, musisz! Truchtały dookoła wybiegu rządkiem, tuptuptuptup, mówili do siebie miło i uśmiechali. Człapał dostojnie i pan Marabut, zgarbiwszy się dumał uczenie i rozkminiał kratę w koło. Krata, pod wpływem rozkminiania marabuciego, była kratą jeszcze bardziej, jeszcze szczerzej i jeszcze piękniej.

Stąpam równo, tempo 80 uderzeń na minutę. Podchodzi Szczur, żulik. Opowiada o sobie, że jest. Tu i tu, to a to i w ogóle. Twarz mu się łuszczy, kuleje się, chwieje, zatacza leciutko. Ogon za sobą powłóczy niedbale. Kurwuje sobie gawędziarsko, trochę do siebie, nieco do mnie, mijamy szympansy, orangutany, oraz młodego, smutnego zagubionego Szopa. Dwa stare Gawrony skubią na ławce słonecznik. Młody pan Czapla zamyślony człapie powoli i ukratkiem zbiera niedopałki chowając je następnie do kieszeni.

Spoza falistej blachy ogrodzenia spoziera na nas rozetą Gmach neogotycki, brunatny i ponury, po prusku surowy, bucząc teutońskim umlautem przez wentylatory. Oddycha powoli i płynie ku nam na tle nieruchomych chmur w kolorze brudnej bielizny. Jeszcze 2, może 3 kwadranse i Gmach połknie nas nazad, zanurzy w swoich penitencjarnych enzymach, socjalizując, uszlachetniając i zawracając w cegłach swoich trzewii. Ziomuś z Ziomusiem truchtają pogodnie, chrumkają sobie i pokwikują, Szczur kurwuje, nieco już pozbawiony zapału. Apelacja, wokanda, grupa, podgrupa, zakład. Wróbelek usiadł na siatce zbrojeniowej oddzielającej nas od nieba. Wydaje krótkie, ale bardzo stanowcze komendy, potwierdza je jakby, kiwając ogonkiem. Jestem posłuszny – zmieniam tempo na marszowe, a wróbel dyryguje. TAM, za murem, za kratą kamienica, w niej okno, z którego kontempluje nas babinka, stoicko pogodzona z naszą rotacją. Chłonie ją trochę z nudy, trochę z niemocy. Przystaję i odpowiadam jej wpatrzeniem. Moja potrzeba dialogu z TAM, silniejsza niż narażanie się na uwagę osobników wokół unieruchamia mnie. Babinka po chwili zamyka okno speszona…

Wtem! Ziomuś postanowił! On będzie, a Ziomuś z Ziomusiem mu pomogą. Stają pod kratą, Ziomuś siada ziomusiowi na barana, a następnie ich obu na barana bierze Ziomuś, po czym ćwiczy przysiady z dwoma odyńcami na karku. Gawrony rozdziawiają dzioby, przerywając łuskanie, Szczur daje mi spokój i ogląda. Ja też spozieram ciekawie udając obojętność. Po chwili drzwi wybiegu się rozwierają zgrzytem. Gmach wdycha nas zachłannie nozdrzem bocznej bramy. Jego umlaut nabiera nuty rozkoszy kiedy znikamy w środku. Qui pro quo, moje incognita…

Na obiad makaron z serem i zupa z copopadnie. Jem. Nie patrzę, mogę czytać zarazem, smaku i tak nie czuć, aromat niezmieniony ulata pod kocem. Stoję w oknie, słucham miasta Katowic. Miasto Katowice opowiada swoją codzienną historię, wyciem silników, klaksonami, głosem ptaków, nawoływaniem pociągów. Człowiek na co dzień tego nie słyszy, zatapia się w tą dźwiękową magmę i zestraja z nią wszystkie zmysły. Czuje brak tej magmy, tej ludzkiej masy, w którą można się wtopić, jak bakteria w krew, przebijać się arteriami, chłonąc zapach potu, spalin, chemii gospodarczej, oraz tego swoistego aromatu tutejszego powietrza, przypominającego w spożyciu roladę z modrą kapustą i szarymi kluskami – ciężkiego, sytego i smakowitego. Brakuje mi galerii twarzy, w którą bezwstydnie wpatrywałem się podczas dojazdów do pracy. Daleko im do kalejdoskopu londyńskich ulic, do opasłych witraży, mieniących się różnorodnością . Nasze ulice są jak polska kuchnia – tłuste, ciężkie, ale pełne naturalnego, swojskiego smaku i maminego poświęcenia w maskowaniu niedociągnięć.

Brakuje mi kontemplowania urody naszych kobiet, których piękno rekompensuje ubóstwo naszych krajobrazów w architektoniczne fenomeny i zaśpiewa historii. Nasze kobiety są żywym bogactwem, inną, lepszą częścią tego ogłupiałego, skacowanego kraju. Wyraz ich twarzy daje nadzieję, że jutro będzie lepiej, zaraża stoicką tajemniczą pewnością i optymizmem. Jak bardzo się różnimy – statyczni polacy i dynamiczne polki… Stado samców, które oglądam tutaj, mniejsza z ich przeszłością, to z punktu widzenia ewolucji mieszkańcy ślepego zaułka, z których największy pożytek byłby, gdyby dali przerobić się na nawóz albo biopaliwo. Staję się coraz bardziej feministą. Nie mówią bynajmniej przeze mnie hormony – dzienne dawki bromu skutecznie pozwalają zapomnieć do czego służy to urządzenie w moich bokserkach. My, Polacy, samce, koncentrujemy się już tylko na pozorach, poddajemy się zgamonieniu, czego sam jestem sztandarowym przykładem. Wierzymy już tylko w siłe pieniądza, a jeśli już i nie w to, mniemy się, filcujemy i skundlamy alkoholem i samokontemplacją, kompletnie pozbawioną racjonalnych pobudek.

Gdzie się toczysz, miasto? Co powstaje z tego huku? Opowiedz mi coś wesołego, brak mi wiary w sens siebie...

Jestem niewątpliwie budowniczym tego więzienia - to jest moje, osobiste, prywatne więzienie, budowane latami, mozolnie i konsekwentnie. Oto zachodzę w głowę – czy nadal je buduję, czy konsumuję? Jak zaprzestać? Odkąd zacząć demontaż? Jak? Pytania… Znowu one. Pralka pytań, wirówka odpowiedzi. Jeśli będę cicho, nie zauważą że zniknąłem i dadzą mi spać. Tęsknię, ale mury nie słuchają moich tęsknot. Są wobec nich murami coraz bardziej i solidniej. Mówił dziad do obrazu, a obraz do dziada ni razu…

Bartłomiej Smuga
PodróżeKulturaMuzykaHistoriaFelietonyPaństwo, polityka, społeczeństwoPowieści i opowiadaniaKącik poezjiRecenzjeWielkie żarcieKomiks
PrzewodnikiAlbaniaNepalPolskaRumunia
Najpopularniejsze FelietonyPowrót z trzeciego świataZ poradnika ogrodnika, czyli jak dbać o storczykiMaj… kwiaty… flirt… mężczyźni… ech…Pliki cookies (tzw. ciasteczka) i podobne technologieKoniec (gorszy) świata
Najwyżej oceniane FelietonyZazdrośćAfera srajtaśmowaDzień jak co dzieńCichoWolność słowa
Oceń zamieszczony obok artykuł.
Minister kazał, więc uprzejmie informujemy, że nasze strony wykorzystują pliki cookies (ciasteczka) i inne dziwne technologie m.in. w celach statystycznych. Jeśli Ci to przeszkadza, możesz je zablokować, zmieniając ustawienia swojej przeglądarki. Więcej informacji znajdziesz w artykule: Pliki cookies (ciasteczka) i podobne technologie.