zapraszamy do współpracy
Zapraszamy do współpracy
Powieści i opowiadania

Złoty łańcuch

Złoty łańcuchOn miał rzęsy jak hinduska księżniczka i tak bardzo głęboko osadzone, czarne oczy. Spod potężnych, gęstych brwi spoglądał na mnie w kawiarence, kiedy piłam lemoniadę. Już wtedy przeczuwałam, ale jeszcze nie wiedziałam dokładnie, co będzie dalej. Przeczuwały moje ręce, nogi, skóra, moje starannie upięte włosy i umalowane powieki. Ciało przeczuwało, ale umysł trwał w impasie, w paraliżu, w tym myślowym zamrożeniu, by nie wiedzieć, by nie zgadnąć, aby zawsze być daleko i zaprzeczyć oczywistości. Oczywistość w końcu to jedyne, czemu koniecznie trzeba tak gwałtownie i desperacko zaprzeczyć, by ratować swoje życie przed nieuniknioną klęską o wielkości rozdmuchanej siłą wyobraźni.

On miał śniadą, piękną cerę i błękitną koszulę rozpiętą pod szyją na trzy guziki. I czarny, niewielki plecak, a w nim swoje skarby. Był pogody, szarmancki, ciekawy, zalotny, delikatny i obłędnie pewny siebie. Cała paleta najwyśmienitszych i najwybitniejszych cech ludzkiego charakteru. Gdyby stworzyć koło fortuny, na którym wypisałoby się wszystkie te najznamienitsze cechy, to można by nim zakręcić na oślep i na czymkolwiek by się nie zatrzymał jego lepki, czerwony języczek – to on by to miał. Cud natury człowieczej i boskiej techniki. Powinnam była od razu się zorientować, że coś z nim nie tak.

On w końcu tak orgazmicznie wyglądał w tym garniturze ślubnym koloru połyskującego w słońcu grafitu! I tak stąpał w nim przez kościół, a jaśniejsze prążki na materiale spodni podrygiwały mięciutko w rytm jego męskiego, majestatycznego kroku. Czarne lakierki połyskiwały kolorowymi plamkami światła filtrowanego przez olbrzymie okienne witraże z wizerunkami statecznych i dostojnych świętych. On dążył ku mnie, gdy ja już pod rękę z ojczymem przy samym ołtarzu umierałam w płomieniach niewypowiedzianego zachwytu i ledwo łapałam dech w ciasnym gorsecie ślubnej sukni typu „beza”, podtrzymywana silnym ojczymskim ramieniem, by nie runąć na ten ołtarz jak składana w ofierze łania z naciętym podgardlem. Bo i na to bym mu wtedy pozwoliła. O, jak ja bym pozwoliła... Na wszystko bym pozwoliła, gdy te prążki tak na jego spodniach w jego rytmie, w jego chwale przez ten kościół...

On codziennie rano zakładał wyprasowaną, pachnącą koszulę i całował mnie w szyję, a ja czułam od niego zapach żelazka. Smyrał ustami gęsią skórkę na mojej szyi, a szorstkim dwudniowym zarostem na krótką chwilę zostawiał siateczkę lekusieńkich zadrapań na moim rumianym policzku. Potem wychodził, wracał wieczorem i zawsze wyglądał tak doskonale. Nie wiem, jak to się stało. Naprawdę nie wiem, jak doszło do tego, że nasza historia tak się potoczyła.

Przecież wszystko było doskonałe. Byłam taka doskonała w praniu, sprzątaniu, prasowaniu, gotowaniu – nic mi nie umknęło, nic nie zaniedbałam, wszystko było przyrządzone i zrobione idealnie w czasie. Co do minuty, co do ostatniego ostrego tyknięcia sekundnika w zegarze nad drzwiami – byłam istną mistrzynią rutynowych prac domowych, zarazem najgorliwszą czcicielką i najznamienitszą boginią czystej perfekcji. Niekwestionowane Grand Prix w domokurstwie, pierwsza gospodyni domowa rzeczpospolitej polskiej, a gdyby tylko organizowano konkurs mistrzowski na najlepsze prace plastyczne i inne artystyczne formy dzieła z zakresu sińców, otarć, guzów, ran ciętych i kłutych oraz złamań z przemieszczeniem (otwartych i zamkniętych) na powierzchni i we wnętrzu ciała kobiecego, to również byłabym w nim liderką na skalę światową i zebrałabym najwięcej glorii i honorów ze wszystkich kobiet tego łez padołu. Moje życie, cokolwiek by nie powiedzieć, w tych palonych ochrach, sjenach, paryskich błękitach i karminowych czerwieniach było przecież właśnie doskonałe, tak królewsko piękne.

Złoty łańcuchOn zawsze miał wokół siebie porządek na najwyższym poziomie. Nie zapominał, gdzie położył, nie mylił się, nie odkładał w nieodpowiednie miejsce, nie gniótł przypadkiem i nie przekrzywiał niechcący. Chodził krokiem dumnym i pewnym, tupał mocno piętami, nawet domowe kapcie miał na obcasie. Na przepięknym, męskim, twardym obcasie. Ja znałam ten obcas, o, dobrze go znałam. Poznałam go pewnego dnia, a dzień ten zapamiętam aż do końca wszystkich swoich kolejnych dni. To był wspaniały dzień. To była wiosna i śpiewały ptaki. Słońce zaglądało ciekawskimi promykami do dużego pokoju, w którym ja właśnie z namaszczeniem prasowałam różową koszulę mego doskonałego męża. Gdyby nie on, nie wiedziałabym, co to jest doskonałość. Nie poznałabym perfekcji w najsroższych jej odcieniach. Byłabym nikim, byłabym tylko nędzną, sobą, kobiecinką z prowincji, pijającą lemoniadkę w taniej kawiarence. Co ja bym wiedziała o życiu, co ja bym z niego miała, gdyby nie on, gdyby nie ten obcas na mym gładkim policzku? Gdyby nie on na mych plecach, dłoniach, brzuchu i pośladkach, na mej głowie, piersiach, szyi... co ja bym wiedziała??

On zawsze czuł, że ma duszę nauczyciela. Czuł powołanie i pasję, jakich może pozazdrościć niejeden, pożal się Boże pedagog po swojej żałosnej szkółce. On doskonale wiedział, co to jest szkoła. Rozumiał ją całym sobą na wskroś. W jego czarnych, przepięknych oczach rysowało się dogłębne zrozumienie tych słów: nauka, szkoła, dyscyplina. On mnie właśnie niestrudzenie uczył. Od podstaw wszystkiego uczył mnie kroczek po kroczku, co każda kobieta powinna potrafić, co każda kobieta powinna wynieść z domu rodzinnego, ale wiadomo, że ludzie są słabi, rodzice są słabi, nie potrafią uczyć, wpoić podstawowych zasad, nie trzymają dyscypliny, dystansu, nie potrafią należycie dać miłości. Bo nie wiedzą, co to miłość, wszystko im się myli, ja wiem, on mnie uczył. Kiedy patrzył na mnie spod tych wspaniałych, wachlarzowatych rzęs, kiedy mówił do mnie, a jego wargi jak kwiat lilii na wodzie rozchylały się i schylały w kolejnych sylabach, w zwolnionym tempie, podobne płatkom nenufaru w filmie przyrodniczym w dzień i w noc i w dzień i w noc i...

On dawał mi szansę. Wiedziałam, że daje mi szansę, o którą błagałam. Nocami uwielbiałam momenty, kiedy spał i spokojnie oddychał, bo mogłam patrzeć na niego w błękitnym blasku księżyca lub w żółtym świetle latarni i wyobrażać sobie, że to dla mnie tak oddycha, że to o mnie śni spokojnie, że to ja jestem w jego każdej komórce. Korzystałam z tych chwil i celebrowałam je, bo wiedziałam, że jutro z samego ranka kant koszuli ułoży się o trzy milimetry w lewo, a na mankiecie pojawi się fałdka. Wiedziałam, że to się wydarzy pomimo mojej domokurskiej perfekcji i doskonałości. Wiedziałam, że żadnym sposobem nie zdołam sięgnąć jego ideału, że perfekcja boga jest dla mnie – maluczkiej – na zawsze niedostępna i że nauczyciela uczeń prześcignąć nie może. Cokolwiek bym nie zrobiła, mogłam tylko celebrować te momenty, kiedy spał i mogłam sobie wyobrażać, że jestem w jego snach, pod tymi jego uroczymi, idealnie wyprofilowanymi powiekami...

On był silny, niejednokrotnie doświadczyłam jego siły i kochałam ją. I wygląda na to, że tak bardzo zadurzyłam się w niej, że mnie też w końcu dopadła, niepohamowana, władcza i bezwzględna. Cóż, mówię przecież prawdę, nie kłamię. Naprawdę nie mam pojęcia, jak to się stało, że któregoś ranka udusiłam go tym kablem od żelazka. On był taki długi i poręczny, szorstki w dotyku, pokryty białą przeplatanką ze złotymi nićmi. Kiedy prasowałam w letnie poranki, to te niteczki błyszczały w słońcu jak biżuteria hinduskiej księżniczki. Odbijały światło w pełnym majestacie i glorii swego niekwestionowanego, wrażliwego piękna. Były jak łańcuszek od jubilera na pierwszą Komunię Świętą, jak złota bransoletka na drugą rocznicę zawarcia małżeństwa, jak łańcuch u trzpienia, którym rzymski rycerz trzydziesty dziewiąty raz batożył Chrystusa. Jak rozświetlone jerozolimskim słońcem sploty sznura, na którym powiesił się Judasz.

On był... no właśnie. Pod każdym względem pasowały mu na szyję.

Joanna Burgiełł
Najpopularniejsze Powieści i opowiadania3. Gwałt27. Opowiadanie erotyczneNestor - Powieść minionych lat (rozdz. 1-7)1. Seks w pociągu pospiesznym2. Seks w pociągu osobowym
Najwyżej oceniane Powieści i opowiadaniaList do Ani z Zielonego WzgórzaHistoria pewnego zerwaniaGdzieś w ostatecznej krainie, część 39Rozdział 1. Witajcie kotySkąd wzięły się kolory na ziemi, czyli historia jak najbardziej prawdziwa
PrzewodnikiAlbaniaNepalPolskaRumunia
Najpopularniejsze zdjęcie w dzialePlaża w Ksamil (Albania)Najwyżej oceniane:Narodziny
Oceń zamieszczony obok artykuł.(Uwaga! Warto wcześniej się zalogować ponieważ głosy zarejestrowanych czytelników mają większą wagę.)
Login (jak do forum): Hasło (jak do forum): zapamiętaj mnie
Minister kazał, więc uprzejmie informujemy, że nasze strony wykorzystują pliki cookies (ciasteczka) i inne dziwne technologie m.in. w celach statystycznych. Jeśli Ci to przeszkadza, możesz je zablokować, zmieniając ustawienia swojej przeglądarki. Więcej informacji znajdziesz w artykule: Pliki cookies (ciasteczka) i podobne technologie.