Powieści i opowiadania

Bar O’Maleya

Dla Cave’a za „Ballady morderców”...

W tym mieście były dwa skrzyżowania. Tak mi powiedzieli: „Są tutaj dwa skrzyżowania”. Nie wydało mi się to wtedy specjalnie istotne, a oni to tak mocno podkreślali – dokładnie dwa skrzyżowania! Uśmiechałem się pobłażliwie, myśląc sobie – dobra, kurwa, załapałem: są dwa skrzyżowania. A oni jeszcze mi powiedzieli, że miasto nie jest życzliwe, wobec czego powinienem mieć się na baczności. Często oglądać się za siebie i przyspieszać kroku za każdym zakrętem; szczególnie uważać na skrzyżowaniach. Rozbawiła mnie ta ich przezorność (widziałem, że sami rozglądali się na wszystkie strony w trakcie naszej krótkiej rozmowy), a także upór i niezmordowanie z jakimi starali się ustrzec mnie – całkowicie obcego człowieka, który tylko od niechcenia zapytał o drogę – ustrzec mnie od rzekomego niebezpieczeństwa. Cóż, pomyślałem wtedy, może jednak miasto jest o wiele bardziej życzliwe, niż samemu mu się wydaje.

Przybyłem w piątek. Początek weekendu nie zapowiadał się ciekawie, na niebie zebrały się czarne chmury i już o piętnastej zrobiło się prawie całkiem ciemno. Za cholerę nie mogłem trafić do żadnego motelu, co mnie zirytowało. Ile razy bym nie zapytał o drogę, słyszałem tylko to jedno: „są tutaj dwa skrzyżowania”. Nakręceni jak katarynka, do znudzenia to samo! Dwa skrzyżowania! Rzygałem już tymi skrzyżowaniami i jedyne, czego było mi potrzeba, to chwila relaksu w miłym pokoju motelowym. Nie musiał być specjalnie przytulny ani drogi, usatysfakcjonowałby mnie nawet dziurawy materac i prysznic z zimną wodą, przywykłem do spartańskich warunków. Byle tylko przespać się choć godzinkę…

Piątek to niedobry czas na podróże. Na początku weekendu każdy normalny człowiek wyjeżdża z rodziną na łono natury i cieszy się życiem, zamiast włóczyć się po brudnych uliczkach jakiegoś zapyziałego i wyludnionego miasteczka. Tym sposobem na swojej drodze spotykałem samych wywrotowców i odmieńców, którzy nie potrafili mówić o niczym konkretnym, tylko o tych dwóch pieprzonych skrzyżowaniach. Głęboko wierzyłem, że to odszczepieńcy i wariaci, że normalni mieszkańcy miasteczka spędzali weekend gdzieś na wsi, gdzie pogoda była w tym czasie prawdopodobnie o wiele ładniejsza, i dlatego nie mogłem ich wtedy spotkać.

Przysiadłem na chwilę na ławce i zapaliłem papierosa. Widok nie specjalnie mnie rozkoszował: ulice były zupełnie puste, nie było nawet typowo ulicznych zwierząt – gołębi, kotów – martwota. Jedyny ruch, jaki zauważyłem to gnane wiatrem po asfalcie brudne, obszarpane gazety i inne śmieci. Wystraszyłem się, gdy wiatr przygnał do moich stóp pustą puszkę po coca-coli. Złapałem ją i cisnąłem w kosz, z którego śmieci wysypywały się na chodnik. Sam chodnik zresztą też był taki, że tylko się na nim zabić – betonowe płyty sterczące jak łuski jakiejś wyjątkowych rozmiarów, skamieniałej morskiej potwory, popękane, połamane, omszałe gdzieniegdzie. Czy po tych chodnikach w ogóle nikt nie chodzi?! Czy w tym mieście w ogóle nikogo nie ma, tylko ten przeklęty wiatr, stare gazety i puszki po coca-coli?! Ach! No i są tutaj te dwa skrzyżowania…

Podniosłem się w końcu, dopaliwszy papierosa i skierowałem się do kosza na śmieci, ale po zastanowieniu wyrzuciłem peta na chodnik, nawet nie przydeptując. Wiatr pognał go gdzieś hen daleko i tyle go widziałem. Nie tęskniłem bynajmniej, nawet wprawiło mnie to w dobry humor. Dokopałem mu. Temu miasteczku. Już wcześniej było brudne i zasyfiałe, a ja jeszcze mu dokopałem. Było mi z tym nadzwyczaj dobrze. He he.

Łaziłem, powłócząc nogami. Jakby mnie kto obserwował, to mógłby pomyśleć, że jestem jaki włóczęga, poeta albo co gorszego. Podejrzany typ w czarnym prochowcu, kapeluszu „lata trzydzieste”, z rękami w kieszeniach i wzrokiem utkwionym w chmurach. Ooo, a chmury były istotnie warte takiego utkwienia! Utworzyły na niebie coś w rodzaju twardej i zwartej skorupy, z bliznami i wypryskami; gdzieniegdzie kłębiły się, w innych miejscach były gładkie i jakby rozmazane jednym przesunięciem kobiecej dłoni… czemu kobiecej? Tak jakoś sobie wtedy pomyślałem, że to musiała być ewidentnie kobieca ręka. Gdyby należała do mężczyzny, chmury nie wyglądałyby tak pięknie i groźnie, nie tworzyłyby takiej harmonii. Mężczyzna wprowadziłby tylko chaos. Jezu, w ogóle nie mam pojęcia, dlaczego tak wtedy myślałem, to przyszło samo! Chmury w każdym razie wraz z wiatrem szaleńczo gnały na zachód.

W końcu moim zmęczonym już oczom ukazało się jedno z dwóch legendarnych skrzyżowań. Budynki przy nim nie różniły się wcale od tych mijanych przeze mnie dotychczas. Większość z nich zbudowana była ze starej, czerwonej cegły – poszarzałe, brudne i nieprzyjemne. Bił od nich chłód… i martwota. Wydawało mi się niemożliwe, by ktoś mógł mieszkać w tych kamienicach. Z framug okien odłaziła biała farba, a na szybach widoczny był brud. Nawet ja go widziałem, z odległości trzech, czterech pięter! A może mi się zdawało, a może to była mgła…

W oknach co prawda wisiały firanki, a na parapetach stały gdzieniegdzie doniczki z kwiatami, ja jednak mimo wszystko nie byłem w stanie uwierzyć, że ktoś tam mieszkał. Nie chodziło o to, że nikt nie wygląda z okien, nie krzyczy do mnie „co pan tu robi?”, nie wita, ani nie przegania, nie rzuca tymi doniczkami, celując w mój łeb. Chodziło o to uczucie przejmującego chłodu, jakiego doznawałem, choćby niewinną myślą zahaczając o te niesamowite budynki. Już przyjemniejsze (choć być może należy powiedzieć: mniej przykre) było przypatrywanie się sklepom i instytucjom. Również nic się w nich nie działo, ale robiły wrażenie prawie normalnych. W środku widziałem ludzi, wykonujących swoją pracę: zmywających podłogi, ustawiających na półkach produkty, siedzących za ladą sklepową i czytających gazetę. Skrzyżowanie wydawało mi się w niczym nie odbiegające od pozostałych części miasta.

Przemknęło mi nawet przez myśl, by wstąpić do sklepu i zamienić choć słowo ze sprzedawcą, tak tylko dla pozbycia się tego paskudnego uczucia wszechogarniającej beznadziei (jeszcze nie minęła godzina odkąd zatrzymał się tutaj mój pekaes, a już przesiąkłem atmosferą tego miejsca!), ale wtedy moim oczom ukazał się duży i ładny szyld po drugiej stronie skrzyżowania. Wiatr powiał mocniej, przegnał mi przed oczami jakąś gazetę i garstkę ulicznego kurzu. Owinąłem się mocniej połami płaszcza, nacisnąłem mocniej kapelusz, by nie zwiało mi go ze łba i bym nie musiał go ganiać po tych zasyfiałych, garbatych chodnikach. Byłem wycieńczony. Zmęczyła mnie sześciogodzinna podróż rozklekotanym autobusem i potem dokopał jeszcze widok tego piekielnego miasteczka. Potrzebowałem odpoczynku – godzinki snu w cichym i ciepłym moteliku, albo… albo porządnego, mocnego drinka w barze u O’Maleya.

Drzwi zaskrzypiały cicho gdy je otwierałem i zadzwonił mały dzwoneczek, zawieszony tuż nad nimi, by zwiastować przybycie gościa. Wszyscy obecni od niechcenia spojrzeli w moim kierunku, jakby kierowani raczej wyuczonym odruchem niż choćby cieniem ciekawości. Z głośników leciał nastrojowy jazzik, a paru gości oglądało mecz w małym telewizorze. Zorientowałem się, że były to jakieś zupełnie podrzędne i nic nieznaczące klubowe mecze towarzyskie. Patrzenie w telewizor również wydawało się u tych mężczyzn czysto rutynowym odruchem, pozbawionym jakichkolwiek śladów aktywnego uczestnictwa. Skierowałem się do lady i poprosiłem o drinka.

-Jaki? – zapytał barman oschle.

Rozejrzałem się, ale nie zauważyłem nigdzie menu.

-A co by mi pan zaproponował? – starałem się być grzeczny.

-Co chcesz? – odpowiedział barman pytaniem, zupełnie ignorując moje starania.

Zrezygnowałem z dalszych dyskusji i ponieważ tak naprawdę miałem raczej ochotę na coś mocnego, zamówiłem ostatecznie szkocką z lodem.

-To nie jest drink – mruknął barman pod nosem, sięgając za siebie do półki w ciemno jakby na pamięć i jednocześnie zaciągając się papierosem trzymanym w drugiej ręce. Trochę popiołu spadło na ladę tuż przy mojej dłoni, ale nie zauważył tego, wpatrywał się w telewizor. Bez słowa nalał alkohol, wrzucił dwie kostki lodu i postawił przede mną szklankę akurat na tym utrąconym z papierosa popiele. Zastanawiałem się przez chwilę, czy zrobił to celowo, by jeszcze bardziej okazać mi swój brak szacunku. W jego twarzy szukałem potwierdzenia lub zaprzeczenia moich podejrzeń, ale najwyraźniej już zapomniał o moim istnieniu. Kiedy tak gapiłem się badawczo w jego nos i policzki, w końcu burknął, czy czegoś jeszcze od niego chcę, ale pokręciłem głową przecząco. Zabrałem swoją szklaneczkę szkockiej z lodem i przeniosłem się do wolnego stolika w rogu pomieszczenia. Mogłem tam chwilę posiedzieć w spokoju, sącząc swój alkohol, nikomu nie wadzić i oglądać irytująco nieważny mecz.

Przesiedziałem tak kilkanaście minut, ale kiedy już wypiłem wszystko z mojej szklaneczki, poczułem, że mam ochotę na więcej. Ostatecznie, jak nie znajdę nigdzie tego pieprzonego motelu, pomyślałem, mogę się tutaj urżnąć i przekimać na narożniku, czy pod stołem i nie jest to wcale taka tragiczna perspektywa. Oczekiwałem, że rano pogoda się poprawi, miasto jakoś ożyje i zakręcę się gdzieś na przyszłość, może praca, jakieś mieszkanie, w końcu miałem trochę grosza przy sobie, ktoś by mi coś wynajął. Uznałem, że jestem wystarczająco daleko, by poczuć się w miarę bezpiecznie. Miasto było co prawda parszywe i ponure, ale odpowiadało mi. Przynajmniej na jakiś czas.

Kiedy podszedłem do lady, czekała tam już na mnie następna szklaneczka szkockiej, a barman spoglądał na mnie spode łba wzrokiem, z którego wyczytałem, że gość mnie wypatroszy, jeśli zmienię zamówienie. Zawahałem się przez chwilę, bo nie lubię, gdy mi się coś narzuca, ale ostatecznie postanowiłem odpuścić. Nie unikając wzroku barmana wziąłem przygotowaną dla mnie szklankę, podziękowałem i skierowałem się z powrotem na swoje miejsce. Czułem coraz większą irytację, która, czułem to doskonale, już za moment miała przeistoczyć się w jakieś zupełne wkurwienie. Na moim miejscu ktoś siedział.

Myślałem, że zacznę się wściekać, kiedy go zobaczyłem, ale ostatecznie ta sytuacja tylko mnie rozbawiła. Przy stoliku były trzy inne, wolne miejsca, więc po prostu przysiadłem się na jedno z nich, nie pytając, czy mogę. Ostatecznie obaj doskonale wiedzieliśmy, że pierwszy byłem dzisiaj przy tym stoliku. Koleś nie protestował, wpatrywał się w telewizor. Mogłem do woli przyglądać się jego twarzy, w ogóle nie zwracał na mnie uwagi. Przyglądałem się więc: był dość szczupły i łysy na czubku głowy. Resztka włosów jaka mu została po bokach czaszki również szykowała się już do wypadnięcia. Oczy miał wodniste i zmęczone, otoczone siateczką głębokich zmarszczek. Nie wiem, ile mógł mieć lat, ale nie był już młody. Ubrany w wytarte dżinsy i niebieską flanelową koszulę wyglądał jak typowy małomiasteczkowy mąż swojej typowo małomiasteczkowej żony. Której notabene nie było w barze, ale taka już jest zapewne specyfika małomiasteczkowych żon, że nie towarzyszą w barach swoim małomiasteczkowym mężom. Mężczyzna, który zajął moje miejsce przy stoliku był człowiekiem wybitnie niegodnym mojej uwagi, toteż odwróciłem od niego wzrok, by rozejrzeć się po pomieszczeniu.

Bar OmaleyaBył jeden tłuścioch i jeden chudzielec, to już chyba reguła, że tacy zawsze trzymają się razem. Zabawne typki. Podpierali brody na dłoniach i patrzyli w telewizor jak zauroczeni. Co jakiś czas któryś z nich pociągnął z kufla zupełnie rozgazowane i na pewno mocno sikowate piwo. Na kogo bym nie spojrzał, każdy utkwił wzrok w telewizorze, goście lokalu wyglądali jakby ich kto zaczarował… a jednak słyszałem czyjeś rozmowy!

Przyjrzałem się uważniej i rzeczywiście dostrzegłem, że parę osób przy stolikach w głębi sali – miejscu, z którego telewizor nie był widoczny – rozmawiało. Zapragnąłem nagle przyłączyć się do tych ludzi, wydawali mi się trochę bardziej normalni… ale z drugiej strony nadal czułem się zbyt obco; siedziałem tylko i obserwowałem wszystkich po kolei: rudą z kudłatym rockmanem, dwóch mężczyzn wyglądających na wędkarzy, w szarych kamizelkach z dużymi kieszeniami, tłuściocha i chudego, jeszcze dwie babeczki w dżinsach i barmana też… obserwowałem ich wszystkich; przez cały czas; cały długi czas; a w mojej głowie coś się kłębiło i być może były to te wielkie, czarne chmury, które wcześniej widziałem na zewnątrz…

Kiedy tak przyglądałem się wszystkim szczegółom garderoby i włosów tych ludzi, do lokalu weszła kobieta. Mimo zaangażowania całej mojej uwagi w przyglądanie się gościom Baru O’Maleya niemożliwym było, bym nie zauważył jak przestępuje próg i nie chodziło wcale o ten cholerny dzwoneczek, bo zwróciła moją uwagę jeszcze zanim on zdążył zadzwonić. Przypatrywałem się już opadającej cicho klamce i uchylającym się drzwiom, w których po sekundzie pojawiła się chuda kobieca stopa w czerwonym pantoflu. Zamurowało mnie. Gapiłem się w nią jak ci idioci w ten pieprzony telewizor! Miała piękne, chude nogi, płaski brzuch i małe, sterczące piersi. Nos, taki spiczasty jak świeżo zastrugany ołówek, wyglądał agresywnie i pociągająco. Na dodatek była cała mokra, bo na dworze zaczął padać deszcz. W tej chwili usłyszałem nawet szaleńcze wycie wiatru za murami pomieszczenia i dalekie jeszcze pomruki nadciągającej burzy. Czarne włosy kobiety oklejały się na jej bladych policzkach i szyi. Chciałem oderwać od niej wzrok, bo całe to piękno i zmysłowość zaczynały mnie już boleć, ale nie mogłem. Gapiłem się.

Kobieta spróbowała wygładzić sponiewierane wiatrem ubranie i włosy, choć nie na wiele się to zdało. Dopiero teraz zauważyłem, że ciągnęła za sobą walizkę, którą w tej chwili po prostu rzuciła na podłogę. Stała tak przez moment jakby na coś czekała, aż w końcu barman ocknął się z telewizyjnego letargu i ruszył w jej stronę. Podszedł, pocałował ją w usta i podniósł rzuconą na podłogę walizkę. Dopiero teraz mogłem zobaczyć jego plecy, na których widniał napis wydrukowany na czarnej koszulce „O’MALEY”. Więc był to O’Maley – właściciel we własnej osobie! O’Maley i jego zmysłowa, chudonoga i czarnowłosa żoneczka… Znikli razem na zapleczu, a ja czułem, że wzbiera coś we mnie i zupełnie nie byłem w stanie określić, co to takiego, ale byłem pewien, ze przydarzyło mi się to już wcześniej…

Czas mijał. Kiedy jeden mecz się kończył, zaczynał się następny. Włączyli widocznie jakiś niesamowicie wkurwiający kanał sportowy. Sportowe kanały zawsze mnie wkurwiają, nie mogę pojąć co za kretyńscy ludzie oglądają sport dwadzieścia cztery na dobę! Poczułem, że z rozdrażnienia poruszam nogą coraz szybciej w niekontrolowany sposób. Spróbowałem się uspokoić, ale było to niemożliwe. Spoglądałem raz za razem w stronę zaplecza, ale nikt stamtąd nie wychodził, ani barman, ani jego żona. Nagle zaschło mi w gardle i pomyślałem, że chętnie napiłbym się jeszcze jednej szklaneczki szkockiej z lodem. Wgapiałem się w bar, ale nikogo tam nie było! Widziałem tylko te przeklęte butelki z pieprzonym alkoholem i nawet nie potrafiłem powiedzieć, która z nich to właśnie moja szkocka.

Czas mijał bardzo powoli. Sekundy i minuty dłużyły się w mojej percepcji jak dni i lata. Zapaliłem papierosa, ale mi nie pomógł. Zgasiłem go zaraz o blat stolika i rzuciłem na podłogę, na co mój wcale nie zapraszany do towarzystwa towarzysz popatrzył na mnie z dezaprobatą. Na szczęście dla siebie nic nie powiedział, lecz po chwili wrócił do gapienia się w durny telewizor. Ja również tam skierowałem wzrok akurat w momencie kiedy ktoś strzelał bramkę. Nie wiem kto, ani komu, ale reszta gości też chyba nie wiedziała, bo nie zareagowali zbyt żywo. Właściwie wcale nie zareagowali. A właściwie to nie mam pojęcia, co się wtedy z nimi działo i gówno mnie to obchodziło! Myślałem już tylko o tych pioruńsko chudych nogach.

W pewnym momencie jakby kątem oka zauważyłem, że ktoś podszedł do lady szybkim krokiem. Stał przez chwilę przy ladzie i czekał ze zniecierpliwieniem, uderzając rytmicznie palcami o blat. Zagryzał wargi i uderzał coraz mocniej, a nagle jakby coś usłyszał i ja również to usłyszałem! Ciche pojękiwanie dobiegające z zaplecza i rytmiczny, sapiący oddech. Facet przy ladzie zamarł na chwilę w bezruchu, po czym szybkim krokiem wszedł na zaplecze i doskonale wiedziałem, co tam zobaczył, bo też miałem to przed oczami! Chuda, czarnowłosa kobieta oparta o ścianę, a za nią rytmicznie sapiący gruby O’Maley zadzierał jej spódnicę pod same piersi. Oboje jęczeli i stękali, a facet patrzył na nich przez chwilę w oszołomieniu i potem jakby w dzikim szale rozdarł poły swojego płaszcza, a zza pasa wyciągnął giwerę. Zastrzelił O’Maleya jak psa, trafiając w potylicę. Krew obryzgała plecy jego żony, a on sam zwalił się na nią swoim ciężkim cielskiem. Facet stał nad nimi jeszcze przez chwilę jakby wahał się, czy nie dokończyć dzieła po barmanie. Czułem, że tylko po to tam poszedł, że chodziło mu tylko o tę cipkę, a ostatecznie zastrzelił ich oboje i wykrzywił twarz ni to w uśmiechu ni to w innym przerażającym grymasie. Widziałem ten obrzydliwy grymas i napawał mnie on przerażeniem.

Potem widziałem jak facet wychodził z zaplecza, a przed nim wszyscy goście tłoczyli się w przeciwległej części sali. Na twarzach mieli przerażenie i niemy okrzyk, ja sam byłem przerażony wszystkim tym, co widziałem, ale nie mogłem nic zrobić! Mój wzrok padł najpierw na tłuściocha pod ścianą. Trząsł się jak galareta, facet z giwerą też się na niego gapił, a pod ciężarem jego spojrzenia tłuścioch uginał się coraz niżej, aż w końcu usłyszałem huk wystrzału i gruby upadł na podłogę. Wszyscy zaczęli wrzeszczeć, ale nie ja. Ja byłem cicho, nie wydawałem żadnego dźwięku, choćby najmniejszego. Przed moimi oczami rozgrywała się ta nieprawdopodobna masakra, a ja milczałem w poczuciu bezsilności.

-Morderca! Morderca! – darła się ruda. Za chwilę rzuciła się jak szalona w stronę drzwi, ale nie dosięgła klamki, kiedy facet zastrzelił ją bez wahania. Widziałem dokładnie jak niespiesznie podnosi rękę z pistoletem i pociąga za spust. Następny był koleś tej rudej dziewczyny – kudłaty rockman; jego ciało uderzyło głucho o ziemię. Oczy miał wytrzeszczone na mnie. Po plecach przeszedł mi dreszcz kiedy tak patrzyłem w te jego oczy… A zaraz usłyszałem kolejny wystrzał; i kolejny i kolejny…

Facet strzelał po kolei do wszystkich. Po chwili podłoga była zasłana trupami, a on stał dumnie na środku pomieszczenia i śmiał się. Głośny, obrzydliwy śmiech, wwiercał mi się w uszy, opętańczy, urywany śmiech, charczący… Zakręciło mi się w głowie i zemdlałem, nie słyszałem i nie widziałem już nic.

Kiedy się ocknąłem, leżałem w kałuży krwi, czując, że trzymam coś w dłoni. W oddali usłyszałem dźwięk karetki pogotowia lub policji, nie miałem czasu ani ochoty wnikać, którego z nich. Wstałem szybko i wybiegłem z baru, kierując się gdziekolwiek, na oślep. Wbiegłem niezgrabnie w jakąś wąską uliczkę, czułem, że zataczam się od ściany do ściany, a przed oczami widziałem miliony gwiazd. Sygnał policji, czy pogotowia był coraz bliżej i napawał mnie przerażeniem. Płaszcz przesiąknięty krwią ciążył mi coraz bardziej i wciąż czułem, że trzymam coś w dłoni. W głowie miałem zupełny mętlik, nie pamiętałem, co się stało, gdzie i z kim byłem, która była akurat godzina, ani jaki dzień tygodnia…

W końcu zatrzymałem się za jakimś dużym śmietnikiem i przysiadłem na chwilę, by złapać tchu. Nad głową zobaczyłem piękne, błękitne niebo, nieco zaróżowione przy horyzencie. Świt – pomyślałem – nie ma piękniejszej pory dnia dla mordercy. Uśmiechnąłem się sam do siebie. Nawet nie wiem, z jakiego powodu, w końcu nie powinno mi być do śmiechu. Trzymałem w ręku moją giwerę całą zbroczoną krwią tych skurwysynów. Ale za chwilę już nie mogłem się powstrzymać i wybuchłem nagle takim śmiechem, że aż sam się nim przeraziłem. Musiałem zatkać sobie usta dłońmi, żeby psy mnie nie usłyszały i nie dogoniły. Znowu jakbym widział gdzieś przy sobie roześmianego faceta w zakrwawionym płaszczu, z giwerą w łapie…

Nie znaleźli mnie. Sam zastanawiam się, jak to możliwe, ale mnie nie znaleźli. Zdążyłem przejść do drugiego skrzyżowania. Ach, te sławetne dwa skrzyżowania! Kto by w to uwierzył, że są akurat dwa skrzyżowania, dlaczego nie jedno i dlaczego nie pięć? Takie myśli mi chodziły po głowie, myśli, których żadnym sposobem nie byłem w stanie odgonić. Co i raz przemykało mi przez głowę, że „są dwa skrzyżowania!” i nie mogłem tego powstrzymać. Niepohamowana gonitwa myśli.

Nad moją głową zaśpiewał ptak. Zatrzymałem się, by na niego popatrzeć i posłuchać go. Śpiewał bardzo ładnie. Wyprężał swój malutki brzuszek, siedząc na drucie wysokiego napięcia i śpiewał jak jakiś szaleniec. Rozejrzałem się wokoło i zobaczyłem przepiękne miasto! Ruda cegła kamienic w świetle wschodzącego słońca wydawała mi się bajecznie piękna! Żałowałem, że muszę pojechać dalej, ale nie mogłem zostać w tym niedorzecznym miasteczku. Ono po prostu nie było już dla mnie. Żal mi też było płaszcza, który porzuciłem w którymś ze śmietników po drodze, ale niestety on również już nie mógł mi towarzyszyć. To jednak nie był tak dobry i elegancki płaszcz, jakim wydawał mi się na początku. Pozbyłem się go i wtedy dopiero poczułem się świeżo, mogłem odetchnąć pełną piersią. Miałem przed sobą kolejną długą podróż starym, rozklekotanym pekaesem. Ech, życie…

Po drodze na przystanek minęła mnie para młodych ludzi. Mówię – młodych, bo byli młodsi ode mnie, ale nie żadne dzieciaki, po prostu para młodych ludzi. Minęli mnie, a potem zawrócili i dziewczyna zapytała mnie grzecznie:

-Przepraszam, czy wie pan może jak dojść…

-W tym mieście są dwa skrzyżowania, moja mała – odpowiedziałem, nim zdążyła dokończyć. – Poza tym miasto nie jest życzliwe i powinniście mieć się na baczności – dodałem po chwili.

Podniosłem rękę, by pogładzić ją po policzku, miała takie piękne, gładkie policzki! Pozwoliła mi się dotknąć, stała tylko i patrzyła na mnie z rosnącym przerażeniem, a ja uśmiechnąłem się, widząc jej strach. Dopiero jej partner przerwał nam tę uroczą interakcję, odciągając ją za ramię, bez słowa.

-Nie dajcie się zwieźć tej przepięknej pogodzie! – krzyknąłem za nimi i zobaczyłem, że na przystanek podjeżdża autobus. Pobiegłem w jego kierunku i wskoczyłem nim kierowca zdążył zamknąć drzwi. Miałem przed sobą kolejną długą podróż starym, rozklekotanym pekaesem. Ech, życie…

Joanna Burgiełł
PodróżeKulturaMuzykaHistoriaFelietonyPaństwo, polityka, społeczeństwoPowieści i opowiadaniaKącik poezjiRecenzjeWielkie żarcieKomiks
PrzewodnikiAlbaniaNepalPolskaRumunia
Najpopularniejsze Powieści i opowiadania3. Gwałt27. Opowiadanie erotyczneNestor – Powieść minionych lat (rozdz. 1-7)1. Seks w pociągu pospiesznym2. Seks w pociągu osobowym
Najwyżej oceniane Powieści i opowiadaniaRozdział II. Opowieść starej GudrunHistoria pewnego zerwaniaEpilogGdzieś w ostatecznej krainie, część 39Rozdział 1. Witajcie koty
Oceń zamieszczony obok artykuł.
Minister kazał, więc uprzejmie informujemy, że nasze strony wykorzystują pliki cookies (ciasteczka) i inne dziwne technologie m.in. w celach statystycznych. Jeśli Ci to przeszkadza, możesz je zablokować, zmieniając ustawienia swojej przeglądarki. Więcej informacji znajdziesz w artykule: Pliki cookies (ciasteczka) i podobne technologie.