Powieści i opowiadania

Wawelski

Walter Bez MieniaPaździernikowy deszcz bębnił o metalowy dach ostatniego peronu dworca PKP jednego z wojewódzkich miast. Znaczy — o dachy innych peronów też bębnił, ale nas interesuje konkretnie peron czwarty. A bardziej konkretnie sam jego skraj, tam gdzie kończy się zadaszenie. Peron wprawdzie ciągnie się jeszcze kawałek dalej, lecz jest to już strefa wyłącznie dla pracowników kolei. Tak więc właśnie tu, na końcu peronu czwartego, na ostatniej ławce siedział sobie stary, brodaty człowiek ubrany w podziurawiony płaszcz. Obok niego stały oparte o ławkę trzy wypchane i mocno nadwerężone reklamówki, w których znajdował się cały jego dobytek. Osobnik ów spoglądał tęsknie na rozmyty deszczem industrialny krajobraz torowiska i gdybyśmy mogli poznać jego myśli, to ze zdziwieniem dowiedzielibyśmy się, że wolałby znaleźć się właśnie na tym odkrytym skraju peronu, gdzie „nieupoważnionym wstęp surowo wzbroniony”, i nie przeszkadzałby mu zupełnie padający deszcz. Dlaczego? Bo chciałby znaleźć się jeszcze dalej od ludzi, odgrodzić od świata, wcisnąć w jakąś dziurę i być całkiem sam. Nasuwa się w tym momencie pytanie: skoro tak bardzo pragnął izolacji, czemu nie zaszył się gdzieś, choćby na mało uczęszczanych i trudno dostępnych krzaczasto-bagnistych pustkowiach otaczających przemysłową część miasta? Ano miał już takiego pecha, że kilka razy znalazł się przypadkiem w miejscu i czasie bardzo kłopotliwym. Z wielkim trudem udało mu się przekonać funkcjonariuszy organów ścigania, że nie ma nic wspólnego z żadnym z popełnionych wykroczeń i przestępstw, które raczyły wydarzyć się w pobliżu. To jednak nauczyło go, że jeśli dalej będzie usilnie szukał odludnego schronienia, stanie się wręcz etatowym podejrzanym. Przeniósł się więc na dworzec, by zapewnić sobie alibi względem wszystkich przestępstw, które jeszcze planowano w tym mieście popełnić. Na dworcu, jednym z nielicznych miejsc, w którym przynajmniej od czasu do czasu można było mieć święty spokój, był koniec zadaszenia peronu czwartego. Pociągi pojawiały się tu rzadziej niż na pozostałych peronach i były też krótsze, przez co od najbliższych pasażerów oddzielały go zazwyczaj dwie, trzy ławki.

Nasza opowieść zaczyna się w momencie, gdy na peronie czwartym pojawiło się nagle dwóch mężczyzn, ubranych w świetnie skrojone czarne garnitury, z przeciwsłonecznymi okularami na oczach, mimo że od słońca odgradzała ich oprócz dachu peronu gęsta warstwa chmur i nic nie wskazywało na to, żeby do końca dnia coś się miało w tej kwestii zmienić. Byli mniej więcej równego wzrostu, dość wysocy obaj. Starszy nosił hiszpańską bródkę i był lekko szpakowaty. Młodszy miał twarz starannie ogoloną. Całości dopełniały nienagannie ułożone fryzury. Słowem — reprezentacyjni agenci bez najmniejszej skazy. Podeszli zdecydowanym krokiem do ławki, na której siedział nasz bezdomny, co wskazywało niezbicie, że znaleźli się tu nieprzypadkowo. Pomimo że siedział tyłem do nich, a szum deszczu zagłuszał ich kroki, doskonale zdawał sobie sprawę z ich obecności. Nie wykonał najmniejszego ruchu, ale oni wiedzieli, że on wie.

— Pan Wawelski? — zapytał starszy. Było to pytanie retoryczne, by coś po prostu powiedzieć. Bezdomny nie miał zamiaru ułatwiać im sprawy i milczał nadal.

— Panie Wawelski, przysłano nas ponownie... Pan wie dlaczego... Czemu jest pan taki uparty? Przecież my chcemy dobrze. Czy to warto tak się upierać? Co to panu da? Przecież mógłby pan żyć zupełnie inaczej. Niech pan będzie rozsądny... — Postać okutana w podarty płaszcz jednak nawet nie drgnęła. Młodszy w tym czasie wyciągnął paczkę ekskluzywnych papierosów, których marki nie ujawnimy, przypalił jednego, po czym wyciągnął paczkę w stronę bezdomnego.

— Zapali pan, panie Wawelski?

Tym razem siedzący odwrócił się gwałtownie i obydwaj panowie w czerni ujrzeli nie starego, obdartego, brodatego włóczęgę, lecz najprawdziwszego smoka z ogromną, uzębioną paszczą, skrzydłami, długim ogonem i łuskami na skórze. Rozmiarami wprawdzie tylko nieznacznie przekraczał ludzkie gabaryty, lecz dla nich było oczywiste, że Wawelski w rzeczywistości zajmowałby pół peronu. Doprowadzona przez wieki do perfekcji magia pozwalała mu stale trwać w pomniejszonym kształcie, co było osiągnięciem mistrzowskim, gdyż najpotężniejsi czarnoksiężnicy wytrzymywali w takiej formie najwyżej kilka miesięcy. Wizerunek obdartusa był już tylko zwykłą iluzją i wręcz dziecinnym trikiem w porównaniu ze zmniejszeniem rozmiaru.

— Po pierwsze, tu nie wolno palić — smok powoli cedził słowa, wpatrując się przy tym w młodszego z mężczyzn tak, że od takiego spojrzenia ciarki przeszłyby niejednego chojraka, o ile wcześniej nie dostałby zawału na widok smoka. — Po drugie, grzeczność nakazuje najpierw poczęstować, a dopiero potem wziąć samemu. Po trzecie, dziękuję, mam własne.

— Własne? Pety wyciągnięte ze śmietnika? — młodszy wybuchnął wymuszonym, sarkastycznym śmiechem.

— Daj już spokój — odezwał się starszy. Okrążył ławkę i usiadł obok smoka, opierając łokcie na kolanach, a brodę na złożonych dłoniach. Jego poza miała świadczyć o głębokiej zadumie. Głęboka zaduma miała świadczyć o podejmowanej właśnie trudnej decyzji. Trudna decyzja miała z pewnością dotyczyć niezwykle atrakcyjnej propozycji, którą miał za chwilę złożyć, a która została ukartowana już z góry. Wawelski znał doskonale każdy element tej gry.

— Odpowiedź brzmi: NIE - rzekł wpatrzony w deszcz.

— Panie Wawelski, nie wysłuchał pan nawet... — zaczął z oburzeniem młodszy.

— I nie wysłucham! Wystarczy mi, że raz na sto lat muszę oglądać wasze mordy. Już od tego robi się dostatecznie niedobrze. A odpowiedź zawsze będzie brzmiała: NIE! Dopóki żyję! Nie ruszę się stąd. Jest mi tu dobrze i nie potrzebuję żadnej zmiany. A teraz wynocha!

— Taaa... — starszy podniósł się z ławki. — No to... widzimy się za sto lat, panie Wawelski. Pstryknął palcami i w tym momencie znikli obaj. Jedynym śladem ich obecności był toczący się po peronie wpół wypalony papieros. Brodaty mężczyzna w podartym płaszczu czym prędzej schylił się i złapał niedopałek. Drugą ręką chwycił swoje reklamówki i niemal biegiem podążył do wydzielonego sektora dla palących, by tam dokończyć papierosa.

Listopad przyniósł pierwsze przymrozki, porywiste, zimne wiatry i deszcz ze śniegiem. Wawelski miał zimno w pogardzie i nadal zajmował swoje miejsce na końcu zadaszenia czwartego peronu. Funkcjonariusze patrolujący dworzec podchodzili czasem, by sprawdzić, czy jeszcze żyje, dlatego też zdawał sobie sprawę, że z nadejściem zimy będzie musiał przenieść się do budynku dworca, gdyż w przeciwnym razie i tak go przepędzą z peronu w obawie, że zamarznie. Na razie trwał jeszcze na swoim miejscu, ciesząc się ostatnimi w tym roku dniami samotności. I wtedy właśnie pojawił się chłopak. Podszedł do Wawelskiego, gdy ten na chwilę wraz ze swym dobytkiem przystanął w sektorze dla palących, by w pośpiechu wypalić znalezionego peta. Chłopak ubrany był w dżinsy, całe pogryzmolone długopisem, i skórzaną kurtkę nafaszerowaną błyskawicznymi zamkami. Napisy „Punk’s not dead”, „Sex Pistols” czy „God fuck the queen” oraz sterczące we wszystkich kierunkach włosy jednoznacznie wskazywały na to, że chłopak jest punkiem. Wawelski wiedział o punkach, wiedział o istnieniu różnych subkultur młodzieżowych. Mało go to obchodziło, podobnie jak większa część pozostałej wiedzy o ludziach.

— Przepraszam pana bardzo... Czy mógłby mnie pan poczęstować jednym papierosem?

Wawelskiego zatkało. Przez głowę przemknęło mu kilka ciętych ripost, by spławić natręta, a następnie, zupełnie bezwiednie, sięgnął ręką do kieszeni płaszcza i wyciągnął pudełko z trzema papierosami, które znalazł przedwczoraj na peronie. Chłopak zapalił i zachłannie się zaciągnął.

— Dzięki. Nie mam już kasy na fajki.

Tak zaczęła się przedziwna znajomość, która od samego początku wymknęła się smokowi spod kontroli. Chłopak miał niespełna osiemnaście lat. W jego przypadku „prawie” robiło kolosalną różnicę. Był uciekinierem z domu dziecka.

— Czwartego stycznia kończę osiemnastkę. Wtedy mogą mnie w dupę pocałować.

— I co wtedy zrobisz?

— Nie wiem.

Wawelski polubił go. Nie za jego opowieść, przesyconą bólem, ale jakoś tak... po prostu. Gdy czyjeś życie mierzy się w tysiącach lat, to naprawdę niewiele rzeczy jest w stanie go poruszyć. Chłopak pochodził z patologicznej rodziny, w której alkohol i przemoc były na porządku dziennym. Do domu dziecka trafił, mając niespełna osiem lat.

— Dlaczego nawiałeś?

— Bo nie wytrzymam tam dłużej nawet minuty.

Przesiedzieli razem na peronie prawie cały dzień. Pod wieczór chłopak zapytał:

— Nie ma pan może złotówki? Jestem cholernie głodny. Moglibyśmy kupić chleb...

Wawelski nie miał złotówki. Był w stanie przeżyć, odżywiając się raz na dwa, trzy miesiące. Ale chłopak tego nie potrafił.

— Nie zbiera pan puszek?

— Nie, nie zbieram.

— To może spróbuję coś ukraść...

— Nie kradnij — odparł smok. — Wytrzymaj do jutra. Jutro będziesz jadł. Obiecuję.

Wyszli z dworca bardzo wcześnie, około czwartej nad ranem. I Wawelski pierwszy raz w swoim życiu zaczął zbierać puszki. Przeszli przez dwa osiedla, gdzie wizyty w śmietnikach dały dość mierne rezultaty, lecz już dalej było coraz lepiej. Smok bez trudu odnajdywał porzucone lub wręcz zakopane aluminiowe elementy. Koło południa mieli już kilka kilogramów kolorowego złomu. W większości były to puszki, lecz gdy zagłębili się w przemysłową dzielnicę, ich łupem padły różne aluminiowe profile i kształtowniki. Trafiło się też trochę miedzi i mosiądzu, za które płacono w skupie najlepiej. Po spieniężeniu towaru w najbliższym sklepie kupili chleb, kiełbasę i wodę mineralną. Pieniędzy starczyło nawet na ruskie papierosy od handlarza na rynku.

— Kurde, pan to ma nosa do odnajdywania — powiedział chłopak z pełnymi ustami. — Naprawdę nie zbierał pan wcześniej?

— Nie — odpowiedział smok. — Nie zbierałem.

Pod wieczór zaczął padać deszcz ze śniegiem i zrobiło się zimno. Schronili się w dworcowej poczekalni, lecz tam nie było spokojnie. Co chwila zaczepiali ich inni bezdomni, próbując wejść w komitywę i w ten sposób wycyganić coś lub wręcz bezczelnie ich okraść. Z trudem udało im się trochę przespać, a właściwie chłopakowi, bo smok snu nie potrzebował. Nad ranem wyszli znowu na poszukiwanie złomu. Po południu mogli znów się najeść i kupić papierosy.

— Nie chcę wracać na dworzec — powiedział chłopak. — Jak mnie złapią, to wyląduję z powrotem w domu dziecka.

Szałas Wawelskiego na peryferiach miasta stał wciąż nienaruszony. To było ryzyko, gdyż pół roku wcześniej nieopodal zgwałcono i zabito jakąś dziewczynę. Właśnie wtedy smok przeprowadził się na dworzec. Gdy byli jeszcze w sklepie chłopak zapytał:

Możemy kupić wino?

— Nie.

— Dlaczego?

— Bo... jesteś za młody!

— Za dwa miesiące będę pełnoletni. Robi to panu aż tak wielką różnicę?

Kupili wino. Zanim dotarli do szałasu, chłopak zdążył porządnie przemarznąć. Temperatura powietrza utrzymywała się tylko nieznacznie na plusie. Smokowi było to obojętne, ale chłopak... Rozpalanie ogniska w takim miejscu było jednak ryzykowne...

...Siedzieli przy ogniu, popijali wino, przegryzali kiełbasą. Ogień dawał ciepło. Kiełbasa i chleb dawały uczucie sytości. Wino dawało rozluźnienie... W pewnym momencie smok ze zdumieniem zdał sobie sprawę z tego, że... jest szczęśliwy. Jakże to wszystko było inne od tego tępego wysiadywania na peronie i wpatrywania się w dal... Od tego bezruchu, tego bezżycia...

Rano chłopak obudził się z silnym kaszlem. Wawelski przeklinał swoją głupotę. On sam mógł spędzić noc nawet na siarczystym mrozie, ale dzieciakowi należało się ciepłe schronienie. Tylko skąd je wziąć? Gdy zbierali złom, chłopak wciąż kaszlał i potykał się o własne nogi. Na szczęście dzień był słoneczny i w miarę ciepły. Około południa Wawelski kazał chłopakowi usiąść na ławce i zaczekać. Za resztę pieniędzy kupił mu aspirynę, wodę i bułkę. Sam udał się do punktu skupu, a wracając, wstąpił do apteki i dokupił lekarstw. Kupił też jedzenie. Ale co dalej? Chłopak wciąż siedział zgarbiony, gapiąc się bezmyślnie w ledwo nadgryzioną bułkę. Wawelski usiadł obok.

— Jedz. Chcesz kiełbasy?

— Nie chcę.

— Weź lekarstwa. Dzisiaj żadnych pikników, wracamy na dworzec. Cholera, tobie potrzebne jest ciepłe łóżko i dach nad głową.

Chłopak pokręcił głową.

— Mogą mnie szukać. Nie chcę wrócić do domu dziecka.

— To co, do diabła, wolisz zdechnąć?

— Wolę...

I gadaj tu z takim... Smok nagle spojrzał na niego bystrzej.

— A może coś nawywijałeś?

— Nie. Ale jeśli będę musiał tam wrócić, to dopiero nawywijam. Nienawidzę tego miejsca.

— Głupie dwa miesiące...

— Głupie dziesięć lat! I ani jednego dnia dłużej!

Wawelski zamyślił się. Właściwie to go rozumiał. Mieli coś wspólnego: obydwaj nie zgadzali się na rzeczywistość, która miała być ich udziałem. Tyle że o rzeczywistości smoka chłopak nie wiedział nic.

— Może... — chłopak rozkaszlał się znowu — ...może włamiemy się gdzieś na działki?

Smokom nie wolno łamać prawa. Śmieszne i głupie. Ale kara za to jest jedna: koniec smoczego życia. Gdy się jest ostatnim smokiem, któremu od tysiąca lat trują dupę, żeby wyrzekł się swojej przeszłości, wszystkiego, w co wierzył, i dokonał żywota jako człowiek... nawet jako krezus! Gdy się jest ostatnim smokiem na planecie, która miała być i była planetą smoków, zanim pojawili się ludzie... Gdy się jest ostatnim reliktem epoki tak starej, że nie wspominają o niej najstarsze ludzkie zapiski, to to głupie smocze życie jest wszystkim, jedynym skarbem i jedynym sensem istnienia. Choć i bezsensem również...

— Posłuchaj — powiedział do chłopaka — wrócimy do szałasu. Rozpalę ci ognisko i poczekasz tam na mnie. Ja pójdę do jednego z tych zakładów, gdzie dziś zbieraliśmy złom. Tam w rowie widziałem trochę wyrzuconej wełny mineralnej. Przyniosę, ile się da, i spróbuję ocieplić szałas. Zrobię potem dziurę w dachu, to będzie można w środku małe ognisko palić. Jak będzie ciepło, to wyzdrowiejesz.

Zanim zostawił chłopaka przy ognisku, dopilnował jeszcze, żeby ten wziął tabletki i zjadł kawałek kiełbasy. Do zakładu, przy którym widział wełnę, nie było zbyt daleko. Miał nadzieję, że w godzinę zdąży obrócić. Najbardziej obawiał się ochroniarzy. Mogli go wziąć za szabrownika i pogonić. Tłumaczenia takich jak on na ogół nikt nie chciał słuchać. Na wszelki wypadek odcinek drogi, który najlepiej było widać z okna stróżówki, przebył skulony, chowając się za przydrożnymi krzakami...

— Stać, policja!

— Panie komisarzu, mamy ptaszka!

Wawelski nie musiał bardzo wysilać wyobraźni. ZNOWU ktoś tu popełnił przestępstwo i ZNOWU on znalazł się w złym miejscu i czasie. A najgorsze było, że się skradał. Gdyby chociaż szedł normalnie...

Panowie, ja nic nie zrobiłem...

— Pogadamy na komendzie. Jest pan zatrzymany pod zarzutem próby włamania na teren zakładu. Pozostałe zarzuty usłyszy pan, gdy zdejmiemy odciski palców.

— Panowie, proszę... Ja muszę wrócić!

— Do radiowozu z nim!

Tej nocy przeklinał całą planetę, cały rodzaj ludzki oraz samego siebie. Przeklinał życie. Nad ranem go wypuścili. Jego odciski nie zgadzały się z tymi, które pozostawił włamywacz. Biegł całą drogę, resztką woli powstrzymując się, by nie wzbić się w powietrze. Lecz było to zabronione. Magii używać mógł jedynie do kamuflowania swego prawdziwego wyglądu. W nocy musiał być mróz, jego świadectwem był zalegający wszędzie gęsty szron. Gdy Wawelski wpadł do szałasu, ujrzał chłopaka skulonego na ziemi i trzęsącego się w potężnych spazmach. Klęknął przy nim i dotknął jego czoła. Było rozpalone. W pierwszym odruchu złapał butelkę wody, odkręcił korek i przytknął chłopakowi do ust, ale on nie mógł już przełykać. Był nieprzytomny. Nie było co się oszukiwać: miał ciężkie zapalenie płuc i skrajnie wyziębiony organizm. Nawet natychmiastowe odwiezienie do szpitala nie gwarantowało już, że z tego wyjdzie.

Wawelski zdjął płaszcz i okrył nim chłopaka. Chwilę później dotarła do niego bezcelowość tego działania.

On umrze! Stary durniu, on umrze!!! A ty możesz tylko stać i patrzeć, jak umiera. I nic nie możesz zrobić!

— Nie! Nie!!! NIE!!!

Deski szałasu pofrunęły na wszystkie strony. Nad drobnym, skulonym ciałem stał teraz monstrualny potwór, kołysząc w gniewie skrzydłami. Szpony przednich łap ryły ziemię, a ogon niczym gigantyczny pejcz ze świstem przecinał powietrze. Wtedy poczuł obecność. Z wściekłością odwrócił łeb, a z jego nozdrzy buchnął potężny słup dymu.

— Jakim prawem nachodzicie mnie przed upływem kolejnych stu lat?! - ryknął.

— Pierwszy złamałeś prawo! — krzyknął ten z hiszpańską bródką. — Zdjąłeś kamuflaż. Wiesz, jakie są konsekwencje. Proponowaliśmy ci uczciwą zamianę. Twoje smocze życie w zamian za prawo przeżycia jednego człowieczego żywota. Teraz oddasz je za darmo!

— Nie tak prędko! — warknął Wawelski. — Brakuje wam mnie do kompletu, co? Ostatni smok do pełnej puli i czarnoksiężnicy przejmują całkowitą kontrolę nad planetą! Ale wiecie co? Mogę sam się zabić i pozbawić was radochy.

— Głupcze! Smok nie może sam się zabić. Wiesz o tym doskonale.

— Taki jesteś pewien? Utrzymywałem przez kilkaset lat wielokrotnie zmniejszony kształt. To również było kiedyś niemożliwe. Magia ewoluuje razem z tymi, którzy jej używają, a wy, czarodzieje od siedmiu boleści, jesteście tylko cieniem potęgi smoczej magii. Mogę się zabić, ale mam lepszy pomysł. — Smok wykorzystał moment, w którym obydwaj czarnoksiężnicy skupili się na jego słowach. Jego ogon świsnął w powietrzu i okręcił się błyskawicznie wokół ramion starszego. Jednocześnie Wawelski rzucił się do przodu i powalił na ziemię młodszego, przyduszając go potężną łapą do ziemi.

— Jeśli teraz też masz ochotę na papierosa, to służę ogniem — wysyczał mu w twarz, osmalając go przy okazji gorącym oddechem. Starszy tymczasem usiłował wymamrotać jakieś zaklęcie.

— Milcz, jeśli ci życie miłe — Wawelski zacieśnił sploty ogona, aż poczuł, że tamtemu coś chrupnęło i tylko już dyszał z trudem.

— Nie możesz nas zabić... Nie możesz! — Głos młodszego przypominał świszczący kaszel astmatyka.

— Ależ mogę! Mogę was powolutku porozrywać na strzępy, a potem spokojnie poczekać, aż mnie piekło pochłonie. Mogę wszystko, co chcę. Nic mnie już nie obowiązuje! — Jeszcze mocniej skręcił ogon i jeszcze bardziej docisnął łapę. Zaraz jednak pofolgował jednemu i drugiemu.

— Pohandlujemy? — zapytał.

— Czego... czego chcesz? — wydyszał młodszy.

— Moje życie za życie tego człowieka. Tu i teraz. I kończymy sprawę.

Czarnoksiężnicy spojrzeli po sobie, nie bardzo rozumiejąc.

— Czego ty chcesz???

— Ten człowiek umiera — Wawelski starał się być cierpliwy. — Jeszcze niedawno proponowaliście mi przyzwoitą zamianę: moje smocze życie w zamian za jeden ludzki żywot dla mnie, więc ja wam oddam swoje życie w zamian za to, by ten człowiek nadal żył.

— Nasza propozycja przestała być aktualna z chwilą, gdy zrzuciłeś kamuflaż.

— Moja cierpliwość za chwilę też przestanie być aktualna! — kolejna chmura wydmuchanego z furią dymu okryła czarnoksiężnika warstwą popiołu. — Jest nas tu czterech, łącznie z nim. Jeśli on zginie, zdechniemy wszyscy, jasne? — Paszcza potwora znalazła się teraz przy samej twarzy tego z hiszpańską bródką. — Dosyć gadania. Bierz się do roboty. Masz wypowiedzieć zaklęcie. Będę pilnował każdego twojego słowa — spomiędzy ogromnych zębów wydostawały się nieznośnie gorące języki ognia.

Chłopak ocknął się, mrużąc oczy. Zaczął powoli przypominać sobie, gdzie jest i co się z nim działo. Czekał do późna na starego, lecz tamten się nie pojawił. Pamiętał, że było mu strasznie zimno i... no tak, był chory... ale chyba najgorsze minęło. Usiadł i rozejrzał się dokoła. Parę rzeczy mu nie pasowało. Właściwie najbardziej nie pasował mu brak szałasu, w którym zasypiał. W tym momencie zauważył, czym jest okryty. Przecież to płaszcz tego dziadka! Jednak przyszedł... Ale gdzie jest teraz? Chłopak wstał i stwierdził, że czuje się całkiem dobrze. Obszedł najbliższą okolicę, nie znajdując jednak nic prócz porozrzucanych wszędzie desek i dziwnych śladów odciśniętych na ziemi. Przeczuwał, że nigdy już nie spotka swego dziwnego kompana.

I miał rację.

Walter Bez Mienia
PodróżeKulturaMuzykaHistoriaFelietonyPaństwo, polityka, społeczeństwoPowieści i opowiadaniaKącik poezjiRecenzjeWielkie żarcieKomiks
PrzewodnikiAlbaniaNepalPolskaRumunia
Najpopularniejsze Powieści i opowiadania3. Gwałt27. Opowiadanie erotyczneNestor – Powieść minionych lat (rozdz. 1-7)1. Seks w pociągu pospiesznym2. Seks w pociągu osobowym
Najwyżej oceniane Powieści i opowiadaniaRozdział II. Opowieść starej GudrunHistoria pewnego zerwaniaEpilogGdzieś w ostatecznej krainie, część 39Rozdział 1. Witajcie koty
Oceń zamieszczony obok artykuł.
Minister kazał, więc uprzejmie informujemy, że nasze strony wykorzystują pliki cookies (ciasteczka) i inne dziwne technologie m.in. w celach statystycznych. Jeśli Ci to przeszkadza, możesz je zablokować, zmieniając ustawienia swojej przeglądarki. Więcej informacji znajdziesz w artykule: Pliki cookies (ciasteczka) i podobne technologie.