zapraszamy do współpracy
Zapraszamy do współpracy
Felietony

Na przekór malkontentom!

Polskie książki w norweskiej biblioteceWydaje mi się, że ktoś usilnie próbuje stłamsić Polaków. Komuś zależy na tym, abyśmy czuli się bezwartościowi, a jednocześnie zachwyceni wszystkim, co nie jest polskie. Komu na tym zależy – nie mam pojęcia. Ktoś może powiedzieć, że pewnie Ruscy, Niemcy i ogólnie Zachód, Żydzi, Służby, Masoni czy kto tam aktualnie jest na topie. Może jest w takich podejrzeniach coś prawdy, a może nie ma jej tam wcale. Prawdą jest jednak, że zatracamy szacunek do samych siebie. Najwyraźniej widzę to, przebywając za granicą. W grupie Polaków wcześniej czy później dochodzi do politykowania. I wtedy się zaczyna utyskiwanie na polski zaścianek, buractwo, cebulactwo, Kościół, komunę, kolesiostwo i ciemną masę, która jest całkowicie niereformowalna. Wydawać by się mogło, że rdzenni mieszkańcy „kolonizowanych” krajów patrzą na Polaków przez pryzmat imigrantów z niską samooceną – tych, którzy za swoje niepowodzenia obwiniają innych. Jest w tym troszkę prawdy, ale w dużej mierze okazuje się, że tubylcy patrzą na przyjezdnych również przez pryzmat własnych kompleksów. Dobitnym tego przykładem może być Norwegia. Utarło się, że przeciętny Norweg postrzega przeciętnego Polaka jako dobrego pracownika, mało wymagającego, znającego język gospodarza słabo, lub wcale, nadużywającego alkoholu i kombinującego jakieś lewe interesy. Niezbyt pochlebne, ale jakże prawdziwe (prawda?). Jednak z drugiej strony jak polski imigrant widzi przeciętnego Norwega? Ano jest to człowiek zamożny, ale starający się zaoszczędzić na remoncie/naprawie, więc jako pracowników zatrudni Polaków, którzy zrobią pracę solidniej i taniej (bo sam nie umie). Przeciętny Norweg zna język angielski, ale ku utrapieniu Polonii uparł się go nie używać, jeśli naprawdę nie musi, lub jeśli nie przynosi mu to korzyści. Przeciętny Norweg pije po kryjomu, tak aby sąsiedzi nie pomyśleli, że ma jakieś problemy. Ale jeśli już zdarzy mu się wypić jawnie, to robi to bez pojęcia, mieszając trunki i kończąc imprezę przedwcześnie. A i najważniejsze, przeciętny Norweg jest uczciwy i praworządny do chwili, gdy nie zauważy, że dzięki szarej strefie, może mieć więcej koron na zakup nowej tesli. Myślę, że mógłbym pokusić się o stwierdzenie, że przeciętny Norweg jest dla przeciętnego imigranta z Polski wszystkim tym, czym ów imigrant we własnych oczach nie jest. I odwrotnie. A co to wszystko ma do rzeczy z niską samooceną Polaków? Ma i to wiele, ale o tym za chwilę.

W Oslo znajduje się największa i najstarsza biblioteka publiczna, w Norwegii – Deichmanske Bibliotek. Bywając tam, wielokrotnie miałem okazję porozmawiać z innym rodzajem Norwegów niż ci wspomniani wcześniej. Podczas pierwszej wizyty w tym miejscu rozmawiałem z Viktorem – osobą odpowiedzialną za dział muzyczny. Spodziewałem się, że gdy dowie się o moim pochodzeniu, wspomni może coś o Chopinie i ewentualnie o polskich korzeniach Jana Garbarka (znany saksofonista, twórca sceny jazzowej w Norwegii). Ku mojemu zdziwieniu Viktor wymienił kilku polskich artystów, w tym Kapelę ze wsi Warszawa oraz zespół De Press. Powiedział mi również o kultowym w Norwegii projekcie Andreja Nebba – grupie Holy Toy. W tym momencie to ja wyszedłem na ignoranta, gdyż nie miałem bladego pojęcia ani o Nebbie, ani o projekcie Holy Toy. Okazało się, że Andrej Nebb to po prostu norweskie nazwisko Andrzeja Dzióbka z De Press. W latach 80. Dzióbek wraz z norweskimi kolegami nagrali płytę (Dzióbek śpiewał głównie po polsku...) „Warszawa”, która to płyta uznawana jest za unikat na norweskiej scenie muzycznej. Przy moim kolejnym spotkaniu z Viktorem, dane było mi zajrzeć w listę rezerwacji (pozycji, które użytkownicy biblioteki zamawiają przez internet, a później odbierają, bez tracenia czasu na wyszukiwanie). W dziale muzycznym ludzie mogą zamówić książki o tematyce muzycznej, płyty cd z muzyką, filmy, a także nuty. Na liście znalazłem płytę z nokturnami Chopina, muzykę filmową Zbigniewa Preisnera, oraz nuty Henryka Wieniawskiego. Tego dnia do znalezienia było około stu pozycji, z czego większość stanowiła muzyka anglojęzyczna i norweska oraz oczywiście prawdziwa klasyka (Mozart, Bach...). Myślę, że na tym tle polskie akcenty wypadły bardzo dobrze.

Po dziale z literaturą popularnonaukową postanowiłem pochodzić sam. Moim celem w tym miejscu było również znalezienie polskich twórców. Zaraz po wejściu, pierwszą rzeczą, na jaką zwróciłem uwagę w tej sekcji, był obszerny zbiór książek w języku polskim. Jednak moim celem była literatura norweska lub anglojęzyczna (gdyż w tej bibliotece obydwa języki występują obok siebie). No i znalazłem. Najpierw Ryszard Kapuściński, którego książki znajdywałem na wielu półkach w działach dotyczących poszczególnych państw afrykańskich czy azjatyckich. Najbardziej ucieszył mnie „Cesarz” znaleziony w dziale dotyczącym Etiopii – nazwisko Kapuścińskiego kontrastowało wyraźnie na tle nazwisk takich jak: Habtamu Alebachew, Haddis Alemayyehu czy Nawaye Tadesse Engidashet... W dziale dotyczącym drugiej wojny światowej natknąłem się na Zygmunta Baumana. Nazwisko to znalazłem również w naukach społecznych. W dziale biografii znalazłem Stanisława Lema („Wysoki Zamek” po szwedzku...). Kilka książek Lema spotkałem też w dziale z literaturą piękną. Oprócz tego natknąłem się na książkę o kunszcie Krzysztofa Kieślowskiego oraz biografie: Skłodowskiej i Chopina.

Należy tu nadmienić, iż w Deichman Bibliotek na półkach znajdują się książki z ostatnich 10 lat. Starsze pozycje przechowywane są w magazynach. Postanowiłem pogrzebać w katalogu i wyłuskać coś więcej. Oto kilka tytułów: „Herr Tadeusz eller Den sista utmätningen i Litwa: en adelshistoria från åren 1811 och 1812 i tolf sånger” („Pan Tadeusz” po szwedzku z 1898 r.), „Ild og sverd: historisk roman”, „Syndfloden: historisk roman” i „Den lille oberst” (Trylogia Sienkiewicza z 1903 r. Prócz tego było jeszcze „Quo vadis”, „Krzyżacy” oraz zbiory opowiadań. Wszytko po norwesku), „Natt over verden: og andre polske noveller” („Noc ponad światem i inne polskie nowele” z 1956 r. Na liście autorów pojawili się m.in. Dąbrowska, Żeromski, Konopnicka, Orzeszkowa, Prus). Przytoczyć mógłbym tutaj jeszcze wiele takich perełek, jednak nie jest to miejsce ku temu. Zadziwiające jest to, że książki polskich autorów były na początku XX w. wydawane po norwesku. Był to czas, w którym na mapie Europy nie było ani wolnej Polski, ani niepodległej Norwegii (która to odzyskała wolność w 1905 r.).

Wychodząc z biblioteki, natknąłem się na Espena – jednego z pracowników. Spytany o znajomość polskiego wkładu do światowej kultury wymienił mi oczywiście Fryderyka Chopina, Josepha Conrada, Ryszarda Kapuścińskiego, Stanisława Lema i ku mojemu zdziwieniu Zygmunta Baumana (okazuje się, że jest on chyba bardziej znany w Norwegii, niż w Polsce). Espen wspomniał mi również o polskich żołnierzach biorących udział w bitwie o Narwik w czasie drugiej wojny światowej. Nie znał szczegółów tej kampanii i wspomniał mi, że gdy pierwszy raz usłyszał o udziale Polaków, nie bardzo miał pojęcie skąd oni się tam wzięli. Wiedział również o enigmie i Polakach pod Monte Cassino. Całkiem nieźle jak na kogoś, kto nie był z wykształcenia historykiem. Już przy samym wyjściu rzuciłem okiem na półkę, na której wcześniej zamówione pozycje czekały na odbiorców. Wśród setek książek i płyt, wiele było po polsku (gdyż polski księgozbiór w Deichman Bibliotek wynosi około 5 tys. pozycji). Wiadomo, że z tych książek, jak i słowników polsko-norweskich, których kilka też czekało na odbiorców, korzystali głównie polscy imigranci. Jednak wśród tego wszystkiego dostrzegłem komiks o Thorgalu. Myślałem, że ten komiks znany jest tylko w Polsce (bo rysownikiem jest Grzegorz Rosiński) i krajach francuskojęzycznych (scenarzystą pierwszej serii był Belg – Jean Van Hamme). Okazało się, że miał on też swoją norweską edycję. Obok półki z zamówieniami, była półka na oddane pozycje. Wśród sterty zwróconych książek, płyt i czasopism wyłuskałem twarz naszego wiedźmina, czyli zachodniego „witchera”, który zadziornym wzrokiem patrzył na mnie z okładki jakiegoś magazynu komputerowego.

A teraz do sedna. Wbrew stereotypom polski wkład „w Norwegię”, to nie tylko tania siła robocza, szara strefa, kontrabanda i żerowanie na systemie socjalnym. Okazuje się, że Norwegowie (ci myślący, mający coś mądrego do powiedzenia, nie patrzący na przyjezdnych przez pryzmat stereotypów, uprzedzeń i własnych kompleksów) doceniają też polskich intelektualistów, pisarzy, artystów. Wiedzą o polskim udziale w zmaganiach wojennych u boku aliantów. Wiedzą, że nie było czegoś takiego jak „polskie obozy koncentracyjne”. Niestety nie są to ci przeciętni Norwegowie. Jednak ci drudzy również podziwiają Polaków – choćby sportowców. Kiedyś Adam Małysz, dziś Justyna Kowalczyk figuruje zimą w nagłówkach połowy gazet sportowych. Sami Polacy wydają się niewiele o tym wszystkim wiedzieć. Bo niby skąd? Norwescy podatnicy łożą na utrzymanie ogromnego polskiego księgozbioru, o którym Polacy w większości nie mają pojęcia. W internecie, po polsku, łatwiej jest znaleźć godziny polskich mszy w poszczególnych miastach norweskich niż godziny otwarcia bibliotek. Wydaje się, że nikt nie dba o podtrzymywanie polskiej kultury (o podtrzymanie polskiej tradycji poniekąd dba Kościół, ale ma z tego bardzo wymierne korzyści, o czym może jeszcze kiedyś napiszę). Podobnie sprawa wygląda w Kraju. Polskie media nie informują zbyt chętnie o polskich sukcesach, natomiast wpadki wyliczają skrupulatnie. Do tego zaobserwować można jakiś chory podział „na nas” i „na nich”. Polacy dzielą się (lub są dzieleni) na Pisiorów lub Platfusów, lewaków lub katoli, tych, co uciekli jak szczury i tych, co nie umieli złożyć wniosków o paszport... Po co to wszystko? Kto na tym zyskuje? Nie wiadomo, czy jest to czyjeś działanie celowe, czy tylko, jak twierdzą niektórzy publicyści, typowe zachowania społeczeństw postkolonialnych. Wiadomym jest natomiast to, że zarówno w Kraju, jak i na emigracji, nie szanujemy siebie nawzajem i myślimy, że inni też nas mają za nic. Nie prawda. Polski wkład w rozwój nauki czy kultury jest ogromny i inne nacje zdają się go doceniać bardziej, niż My sami! Nawet „wrodzy” Rosjanie pamiętają polskich badaczach Syberii, bez których wiedza o tej krainie byłaby znacznie uboższa. Mamy z czego być dumni – więc bądźmy, na przekór malkontentom!

 Snusmumriken
Najpopularniejsze FelietonyPowrót z trzeciego świataZ poradnika ogrodnika, czyli jak dbać o storczykiMaj… kwiaty… flirt… mężczyźni… ech…Pliki cookies (tzw. ciasteczka) i podobne technologieKoniec (gorszy) świata
Najwyżej oceniane FelietonyZazdrośćAfera srajtaśmowaDzień jak co dzieńCichoWolność słowa
PrzewodnikiAlbaniaNepalPolskaRumunia
Najpopularniejsze zdjęcie w dzialeJeremi i Rekin 2Najwyżej oceniane:Coraz bliżej święta
Oceń zamieszczony obok artykuł.(Uwaga! Warto wcześniej się zalogować ponieważ głosy zarejestrowanych czytelników mają większą wagę.)
Login (jak do forum): Hasło (jak do forum): zapamiętaj mnie
Minister kazał, więc uprzejmie informujemy, że nasze strony wykorzystują pliki cookies (ciasteczka) i inne dziwne technologie m.in. w celach statystycznych. Jeśli Ci to przeszkadza, możesz je zablokować, zmieniając ustawienia swojej przeglądarki. Więcej informacji znajdziesz w artykule: Pliki cookies (ciasteczka) i podobne technologie.