zapraszamy do współpracy
Zapraszamy do współpracy
Felietony

Moim dzieciom

Brygida BłażewiczJako matka mam w dowód osobisty wpisaną miłość do własnych dzieci. Generalnie jest OK, ale moja miłość i cierpliwość czasami wystawiana jest na ciężką próbę. Może jednak po kolei, w chronologicznym porządku.

Wakacje z najstarszą. Pierwszy wyjazd z 1,5-roczną córką tylko we dwie. Same w Borach Tucholskich. Piękne miejsce, domek w lesie, jezioro jakieś 50 m od altanki. Wydawać by się mogło, raj na ziemi, pełen relaks, książki, woda, no po prostu super.

Noc pierwsza. Zmęczone poszłyśmy spać około 21, ale jeszcze leżąc, gadałyśmy o wszystkim, i o niczym. Generalnie dziecko zaczynało nadawać, gdy otworzyło oczy i wyłączało się, kiedy zasnęło, choć i przez sen gadać jej się zdarzało. Ja zasnęłam coś około 2, oglądając w zachwycie mleczną drogę. Blednące nad głową gwiazdy dały znak, że pora spać. Czekał nas dzień pełen wrażeń.

Obudziło mnie jakieś delikatne potrząsanie i...

– Mamo ćpisz? Mamo ćpisz, czy nie – słodkie seplenienie nieomal nie doprowadziło do tego, bym wyznała, że nie śpię, ale na szczęście mózg zaczął szybko analizować zmęczenie organizmu i doszedł do wniosku, że jednak śpię, tym bardziej, że kątem oka zobaczyłam budzik, na którym świeciła się na zielono godzina 4:04.

Nastąpiła chwila ciszy więc uspokojona, że dziecię zasnęło również ponownie oddałam się w objęcia Morfeusza.

Nagle dwa małe paluszki córki (kciuk i wskazujący) zaczęły rozwierać moje powieki, walczyłam do ostatniej rzęsy, ale niestety, paluszki okazały się silniejsze i otworzyły oko. W tle usłyszałam:

– Mamo ćpisz – pytała sama słodycz w osobie mojej pierworodnej.

No kurna, jak ja mam spać, mając paluchy w oczach, więc śpiąco-niechętnie odpowiedziałam:

– Nie kochana córeczko, mamusia pilnuje, by nikt nie zrobił krzywdy mojej kruszynce.

– To już przestań mnie pilnować, tylko choć do piaskownicy, bo słoneczko już nie śpi i możemy się bawić.

Po czym dziecko wstało, ubrało się i z łopatką w ręku czekało przy drzwiach, poganiając:

– Szybciej, szybciej...

Nie chcecie wiedzieć, jakich to ja słów w głowie użyłam na to porypane słońce, które akurat dziś musiało roziskrzyć się na nieboskłonie o 4:30 i tym samym spowodować moje męczarnie. Na nic zdały się tłumaczenia, że jest jeszcze tak naprawdę noc. Dziecko uparcie twierdziło, że ono nie pójdzie do łóżka, świeci słońce, a to oznacza, że jest dzień i trzeba iść się bawić i kąpać, i w ogóle robić tyle fajnych rzeczy, po które się przyjeżdża w takie miejsca jak to, znaczy na wakacje.

Myślałam, że to jednorazowa akcja z tym słońcem i piaskownicą, ale jak trzy dni z rzędu moja pierworodna budziła mnie za każdym razem jak świtało ze słowami: „Mamo! Słońce wstało, idziemy się bawić”, to przyznam, że miałam momentami myśli dzieciobójcze, a jedno z najlepszych było wyobrażanie sobie, że wrzucę ją w to cholerne wschodzące słońce.

Gdy przyszła kolejna noc i dziecko zasnęło, wpadłam na pomysł, by zrobić w domu zaciemnienie. Szczelnie pozasłaniałam wszystkie okna nie tylko firankami i zasłonkami, ale nawet brązowym papierem do pakowania. No, było ciemno, było super, czekałam z niecierpliwością czy mój tajny plan oszukania własnego dziecka zadziała. Nie macie pojęcia, jak pięknie było się obudzić o takiej 8:30 w kompletnej ciszy bez gadającego paszczaka, a kolejną przyjemnością było oglądanie go, gdy śpi...

Były to jedne z lepszych wakacji, które spędziliśmy razem. Książki, łażenie po bagnach, nauka pływania, grzyby i w ogóle, wierzcie mi, było super.

Czas płynął, dziecię się zestarzało, pojawiły się nowe równie piękne i cudowne, no i takie jedno najmłodsze (lat 10) ostatnio po raz kolejny tłumacząc mi, że skoro ja taka samotna i nie mam z kim spać na tym 185-centymetrowym szerokim łóżku, zaoferowało pomoc i przyszło na noc...

Nie wiem, skąd u nich rodzą się takie pomysły. Łóżko jak łóżko, ale żebym spała sama to raczej się nie zdarza! Zawsze jakiś tam Norwid, Dostojewski czy Nitsche się pokładają, a to przy głowie czy boku, więc generalnie nie śpię sama. Niemniej dziecię przyłazi i się zaczyna nocna walka o życie. Moje dziecko ma zwyczaj spania na tzw. wskazówkę zegara, znaczy obraca się wokół własnej osi, a jej kończyny żyją własnym życiem i atakują znienacka każdego, kto jest w tym samym łóżku, co ich właścicielka. A to łokieć dźgnie żebra lub kolanko spotka się z moim okiem. Po którejś tam kolejnej nocy i walce o bezpieczne dotrwanie do rana stworzyłam teorię spiskową, że te jej kończyny są sterowane siłami niewiadomego pochodzenia, którym głównym zadaniem jest unicestwienie ludzkości.

Ostatniej nocy dzieci przeszły same siebie. Młoda ponownie zaproponowała wspólne spanie, by mi smutno nie było, no i to moje poczucie matczynego obowiązku wzięło górę. Trudno dam radę, co prawda czeka mnie całonocna walka o życie, ale niech tam. O koło 2 nad ranem kończyny się zmęczyły unicestwianiem ludzkości i to było moje 5 minut, by szybko zasnąć.

Niestety nie na długo, za jakieś pół godziny drzwi się otworzyły, stanęła w nich moja najstarsza (lat dziś już 26, to ta od „mamo, ćpisz”) i mówi:

– Matko, jako pierworodna, żądam miejsca w twoim łóżku, bo mi się koszmary śnią, że mam pełne gacie ze strachu i sama spać nie będę.

No i co zrobisz? Dziecku nie pomożesz. No to jest nas trzy na tym 180-centymetrowym łóżku. Jak odłożyłam Nitschego, to nawet było OK. Śpię, ale o 4:03 wchodzi syn (lat 17) i mówi:

– Ale wy wredne piegowate świnie jesteście, by mnie zostawić samego na pastwę losu?!

I na beszczela pakuje się ze swoja kołdra do nas i jeszcze pyskuje, mówiąc: „suń się matka, bo miejsca mało”. Dupa po całości, nawet te 180 cm szerokości nie pomoże przy czterech osobach, ale ja łatwo się nie poddam! Wczepiłam się wszystkim, co mam (pazurki, zęby) i trzymam się kurczowo mojego miejsca w moim własnym łóżku, by nie zlecieć. No i na upartego da radę. Co prawda nie ma mowy o spaniu, ale choć przeleżę do rana. Wiecie, kiedy przelała się czara goryczy? Od paru dni mieszka z nami kot, no i wyobraźcie sobie, że ta cholera zaczęła się pakować na to moje łóżko, jakby myślał, że to takie stadne spanie jest...

I to był ten moment. Koniec! Nie dałam rady! Atakujące kończyny, chrapanie, gadanie przez sen i mruczenie kota to zbyt wiele. Przegrałam, opuściłam cicho własne łóżko, by się nie narazić, że któreś się obudzi i oskarży mnie, że porzucam własne rodzone dzieci w potrzebie. Uciekłam i teraz stoję i zastanawiam się, w którym z trzech pustych łóżek pójść dalej spać.

Życie może być naprawdę piękne nawet na szerokości 80 cm i z dwiema pozostałymi godzinami snu.

Tak się zastanawiam, może kiedyś przyjdzie dzień, gdy już żadne z nich nie będzie chciało ze mną spać i czy wtedy powiem, że jestem szczęśliwa? Jak myślicie?

Kochane bachorki! Z okazji dnia dziecka buziaki ode mnie i wyrazy miłości. Kocham Was, ale proszę, dajcie mi częściej spać samej.

Brygida Błażewicz
Najpopularniejsze FelietonyPowrót z trzeciego świataZ poradnika ogrodnika, czyli jak dbać o storczykiMaj… kwiaty… flirt… mężczyźni… ech…Koniec (gorszy) świataPliki cookies (tzw. ciasteczka) i podobne technologie
Najwyżej oceniane FelietonyZazdrośćAfera srajtaśmowaDzień jak co dzieńCichoWolność słowa
PrzewodnikiAlbaniaNepalPolskaRumunia
Najpopularniejsze zdjęcie w dzialeJeremi i Rekin 2Najwyżej oceniane:Cmentarz przy ul. Ogrodowej w Łodzi
Oceń zamieszczony obok artykuł.(Uwaga! Warto wcześniej się zalogować ponieważ głosy zarejestrowanych czytelników mają większą wagę.)
Login (jak do forum): Hasło (jak do forum): zapamiętaj mnie
Minister kazał, więc uprzejmie informujemy, że nasze strony wykorzystują pliki cookies (ciasteczka) i inne dziwne technologie m.in. w celach statystycznych. Jeśli Ci to przeszkadza, możesz je zablokować, zmieniając ustawienia swojej przeglądarki. Więcej informacji znajdziesz w artykule: Pliki cookies (ciasteczka) i podobne technologie.