zapraszamy do współpracy
Zapraszamy do współpracy
Powieści i opowiadania > Gdzieś w ostatecznej krainie

Gdzieś w ostatecznej krainie, część 44

Gdzieś w ostatecznej krainieCi, co wierzą w Ewangelię, są już poza czasem, poza historią. Te wydarzenia tam się dziejące, codzienne normalne coś nam mówią. To list, to przekaz, który trzeba odczytać.

*

Ale listy dostajemy zawsze i wszędzie przez znaki. Bez przerwy Bóg do nas przemawia, ale nie zawsze chcemy odczytywać ten list. Wolimy często jakieś zakłamane formuły. Wolimy często kolorowy pył... a życie pędzi i co dzień bliżej... bliżej... no właśnie bliżej czego?

Co nas tam czeka?

Zielone łąki... to, czego oko nie widziało... coś niewyobrażalnego, czy pustka, która też niewyobrażalna. I czy zapisane wszystko będzie? Muzyka Bacha, dramaty Szekspira, katedry średniowieczne, czy TAM będą? Czy okaże się, że nie warto było.

*

Śniła mi się moja babka Irena – prześliczna – jak żywa. – Jareczku – powiedziała. – Twoja Śmierć cię wzywa. – Ale ja w nic nie wierzę! – Ja też nie wierzyłam, Lecz ze Źródła Mądrości wody się napiłam. – Nie umieraj! – krzyknąłem. – Zostań jeszcze ze mną! – Ach, to nie da się zrobić. Wokół jest tak ciemno. Ciągle trzeba umierać. Na tym to polega. – I odeszła w jaśminach, w liliach, w przebiśniegach.

Ten wiersz Jarosława Marka Rymkiewicza to przecież nie nadzieja, to pewność. Właściwie babka Irena powiedziała mu wszystko, co trzeba wiedzieć. I nam też. Nam też.

*

Dzień po dniu, godzina po godzinie, minuta po minucie zbliżamy się do tej ostatecznej krainy. Nic o niej nie wiemy. Ale jakoś próbujemy, próbujemy na wszystkie sposoby przeniknąć zasłonę.

I nic. Żadnej pewności. Tylko wiara i aż wiara. W wersy piękne sięgamy, może tam coś jest. Bo przecież musimy mieć pewność, bo jakże tak żyć bez pewności. Ale jakieś przeczucie jest najpierw małe, a potem coraz większe, a potem potężne, że czeka na nas Ostateczna kraina, której oko nie widziało.

*

A na razie o wiele lepsi jesteśmy w trwonieniu życia. W trwonieniu każdej chwili, która jedyna przecież, jedyna i niepowtarzalna.

*

Przecież spotkamy się nad cembrowiną niebiańskiej studni i porozmawiamy z kimś Innym za kurtyną czasu... I wtedy wszystko stanie się jasne i proste.

*

„Wszystko to głupstwo” – tak miał powiedzieć Juliusz Słowacki Szczęsnemu Felińskiemu, swemu

przyjacielowi, o swoich rękopisach. I co ciekawe, podobne słowa powiedział św. Tomasz z Akwinu do swojego sekretarza. „To wszystko słoma, spal to wszystko”. A słomą nazwał swoje wielkie dzieła teologiczne, nazwał wtedy, kiedy w błysku jednym ujrzał to, czego „oko nie widziało i ucho nie słyszało”. Juliusz też miał mistyczną wizję, wizję, która zmieniła wszystko. Zmieniła jego spojrzenie na życie tutaj. Na życie w tej dostępnej nam rzeczywistości.

*

O! wy, którzy się nigdy nie spotkacie Z prawdziwą twarzą waszego tu stróża! Dla których żywot widzialny jest w chacie, A Bóg w błękitach próżnych się zanurza; Dla was są próżne tych czynów postacie, Dla innych... ducha ton i straszna burza

*

Tylko niewielu może życie przeżyć w sposób ciekawy. Tylko niewielu zanurzy się w wersy Juliusza i jemu podobnych i przeżyje życie swoje kilka – kilkanaście, a może kilkadziesiąt razy. Bo nie tylko będzie żył swoim życiem, ale wejdzie w życie Beniowskiego, księdza Marka, Balladyny... i wielu, wielu innych. Szkoda więc tych, co nigdy nie spotkają się z „prawdziwą twarzą waszego tu stróża”, którzy nie potrafią lub nie chcą dostrzec tajemnicy i listu przeczytać, który nieustannie Bóg przysyła poprzez swych posłańców. A tym posłańcem jest ksiażka, film ciekawy, i każde wydarzenie, które umyka.

Całą potęgą ducha cię wyzywam Człowieku przyszły... z żywota sztandarem Jeżeli trzeba, to cię zmuszę czarem Potęgą, którą mam – a nie używam.

Tych słów Juliusza Słowackiego jemu współcześni nie odczytali. Nie zrozumieli. Nie chcieli odczytać, nie chcieli zrozumieć. Lecz on pisał to dla nas. Dla mnie. Dla Ciebie.

*

Mimo wszystko warto jednak tworzyć, zatrzymywać w jakimś sensie czas. A potem wracać do tych zapisanych liter, nut, zdjęć. Odczytywać siebie, dziwić się i zastanawiać nad tą przebytą drogą.

Ale...

Cóż przyjdzie człowiekowi z całego trudu, jaki zadaje sobie pod słońcem? Pokolenie przychodzi i pokolenie odchodzi, a ziemia trwa po wszystkie czasy

*

Jak wcześnie gnije życie ludzi! Gdy z wonnych skrzyń wyjmuje się pieluszki cienkie Dla noworodków, w których drobnej piersi Dech się dopiero budzi - Te szmatki są to całuny maleńkie, Co spowijają ciało i wydają śmierci. Gdy dziecko pierwszy raz wstępuje Do łóżka, w dobrowolny swój grób się układa, Obezwładnione snem; dech tylko w piersi Wątłą nić życia snuje: I noc za nocą, niby fal gromada, Niesie dziecko pośpiesznie ku przystani śmierci. Gdy młodzik, wesół i swobodny, Muzyki się domaga wśród kompanii gwarnej, I krew mu wzbiera w żyłach, a dech w piersi Szerokiej i dorodnej - Muzyka owa brzmi jak dzwon cmentarny, Co mu kompanem będzie w porze jego śmierci. Gdy mąż, stateczny i dojrzały, Własny swój dom buduje, gdzie oczy rozumne Maja oparcie, gdzie dech męskiej piersi Wyznacza mu krąg stały - Ów dom zamknięty przypomina trumnę, Która będzie niebawem służyć jego śmierci. Gdy starzec słabnie, siwą głową Chyli się ku mogile i niby śnieg szary Coraz to bardziej taje, topiąc w piersi Każdy oddech o słowo - Lektyka jego wygląda jak mary, Na których trafi wkrótce do domostwa śmierci. Człowiek, nim tego jest świadomy, Zaczyna swój karawan w żałobę ubierać I czyni to, aż wydrze mu się z piersi Ostatni dech znikomy: Wszelako, Panie, ucz nas tak umierać, By wszystkie umierania były życiem w śmierci. Gdy stałem kiedyś w mroźną noc, dygocząc wśród zamieci, Znienacka jakiś dziwny żar w mym sercu płomień nieci: I kiedym podniósł trwożny wzrok, by ujrzeć, co się pali, Dziecię płonące niby stos zjawiło mi się w dali. Prażone przez straszliwy żar, z ócz słone lało zdroje, Na próżno pragnąc morzem łez płomienie zgasić swoje, „Zaledwiem przyszedł na ten świat”, powiada, „w ogniu płonę, Lecz nikt nie przyjdzie, by w nim grzać swe serce wyziębione! Pierś ma niewinna – oto piec, opałem cierń jest goły, Miłość to żar, westchnienia – dym, hańba i ból – popioły; Podkłada Sprawiedliwość drew, a Litość w węgle dmucha, Żeliwem pieca zaś jest fałsz i brud ludzkiego ducha; Skoro więc zbawić ludzi mam, a żar mnie straszny spala, Roztopię się i własną krwią grzech zmyję, co ich kala.” To rzekłszy, Dziecię znikło gdzieś; wyrwany z osłupienia, Pojąłem nagle, że jest dzień Bożego Narodzenia

*

I postanowiłem sobie poznać mądrość i wiedzę, szaleństwo i głupotę. Poznałem, że również i to jest pogonią za wiatrem, bo w wielkiej mądrości – wiele utrapienia, a kto przysparza wiedzy – przysparza i cierpień.

*

A na koniec poprosimy pana Bolesława Leśmiana, by powiedział nam coś, tą swoją cudowną polszczyzną.

– Nie „coś” wam powiem, ale wiersz o rycerzu, który w dębowej trumnie śpi... Tak jak my wszyscy kiedyś zaśniemy łącznie z autorem tej książki... Autorem, który zmierzał do ostatecznej krainy, razem z wielką gromadą wielkich i małych. Znanych i nieznanych:

Śpi owo rycerz, śpi bezrozumnie I raz na zawsze – w dębowej trumnie. Leży wygodnie, bo się ułożył Tak, aby nigdy snu nie zatrwożył... Jego kochanka z różańcem w ręku Zawodzi, pełna skargi i jęku: Przyszłam ci wyznać moje niemoce, Że nie wiem, jak tam spędzasz swe noce?... Bo odkąd w ciemnym nocujesz grobie - Ani ty przy mnie – ni ja przy tobie! Kochałam oczy i usta twoje,

Wczoraj kochałam, dzisiaj się boję! Boję się szatą w mrok zaszeleścić, Boję się w myśli ciebie popieścić!... Trzy dni się w myśli twój czar promienił, Dziś nie wiem, ile grób cię odmienił... Ani mi z tobą łoża podzielić, Ani urodą swoją weselić - Darmo przymuszam uparte ciało, By się twym oczom podobać chciało! Przy tobie martwym – ja nieszczęśliwa Wstydzę się jeno, żem jeszcze żywa!..." Rozważył rycerz, że w słowach – zdrada, I po dawnemu leżąc, powiada: „Choć mi robaki oczy wyżarły – Nie wstyd mi tego, żem już – umarły!... Chociaż podziemiec jestem nikczemny - Nie wstyd mi tego, żem już podziemny!... Taką mam sytość i przepych w próżni, Że mnie od króla Bóg nie odróżni! Taka noc błysła nad życia zbiegiem, Że mi świat cały – jednym noclegiem! Ani mi słońca, ani mi nieba, Ani miłości twojej potrzeba! Ani mi zemsty w onej ustroni, Gdzie krew nie szemrze i miecz nie dzwoni! Nie znasz ty dumy, nie znasz pogardy Tych, którzy w ziemi posnęli twardej... W piersi ich – wielka ciszy potęga I żaden zawód ich nie dosięga! I nawet z resztek zsiniałej wargi Nie wydobędziesz jęku ni skargi! Oto w pobliżu mam ja sąsiada, Co już od serca w proch się rozpada. Ten ci jest śmiercią ode mnie starszy – I śpi, na żmijach głowę oparłszy. Lecz co przecierpiał i co zobaczył – Nawet półszeptem wyrzec nie raczył! Nie ulżył jękiem niemej żałobie, Nie wyznał nigdy, co przeżył w grobie!... A wszak ci w trupach taka moc bywa, Że trup i w grobie wiele przeżywa! Lecz Bogu chyba, w dzień zmartwychwstania, W twarz rzuci wzgardę swego wyznania!” I zamilkł rycerz – dumnie i godnie I po dawnemu leżał wygodnie...

*

Postukiwał dziadyga o ziem kulą drewnianą, Miał ci nogę obciętą aż po samo kolano. Szedł skądkolwiek gdziekolwiek - byle zażyć wywczasu, Nad brzegami strumienia stanął tyłem do lasu. Stał i patrzał tym białkiem, co w nim pełno czerwieni, Oj da-dana, da-dana! - jak się strumień strumieni! Wychynęła z głębiny rusałczana dziewczyca, Obryzgała mu ślepie, aż przymarszczył pół lica. Nie wiedziała, jak pieścić - nie wiedziała, jak nęcić? Jakim śmiechem pośmieszyć, jakim smutkiem posmęcić? Wytrzeszczyła nań oczy - szmaragdowe płoszydła - I objęła za nogi - pokuśnica obrzydła. Całowała uczenie, i łechtliwie i czule, Oj da-dana, da-dana! - tę drewnianą, tę kulę! Parskał śmiechem dziadyga w kark poklękłej ułudy, Aż przysiadał na trawie, jakby tańczył przysiudy. Aż mu trzęsła się broda i dwie wargi u gęby, Aż się kulą obijał o perłowe jej zęby! „Czemuż jeno całujesz moją kłodę stroskaną? Czemuż dziada pomijasz aż po samo kolano? Za wysokie snadź progi dla czarciego nasienia, Ty, wymoczku rusalny - ty, chorobo strumienia ! Pieszczotami to drewno chcesz pokusić do grzechu? Oj da-dana, da-dana ! - umrę chyba ze śmiechu !” - Spowiła go ramieniem, okręciła, jak frygą! „Pójdźże ze mną, dziadoku - dziaduleńku -dziadygo! Będę ciebie niańczyła na zapiecku z korali, Będę ciebie tuczyła kromką żwiru spod fali. Będziesz w moim pałacu miał wywczasy niedzielne, Będziesz pijał z mej wargi pocałunki śmiertelne!” Pociągnęła za brodę i za torbę żebraczą Do tych nurtów pochłonnych, co się w słońcu inaczą. Nim się zdążył obejrzeć - już miał falę na grzbiecie - Nim się zdołał przeżegnać - już nie było go w świecie! Zakłębiły się nurty - wyrównała się woda, Znikła torba dziadowska i łysina i broda! Jeno kloc ten chodziwy - owa kula drewniana Wypłynęła zwycięsko - oj da-dana, da-dana! Wypłynęła - niczyja, nie należna nikomu, Wyzwolona z kalectwa, wypłukana ze sromu! Brnęła tędy - owędy szukająca swej drogi, Niby szczątek okrętu, co się wyzbył załogi! Grzała gnaty na słońcu ku swobodzie, ku życiu, Zapląsała radośnie na swym własnym odbiciu! I we żwawych poskokach podyrdała przez fale. Oj da-dana. da-dana! - w te zaświaty - oddale!

*

Często w duszy mi dzwoni pieśń, wyłkana w żałobie, O tych dwojgu ludzieńkach, co kochali się w sobie. Lecz w ogrodzie szept pierwszy miłosnego wyznania Stał się dla nich przymusem do nagłego rozstania. Nie widzieli się długo z czyjejś woli i winy, A czas ciągle upływał - bezpowrotny, jedyny. A gdy zeszli się, dłonie wyciągając po kwiecie Zachorzeli tak bardzo, jak nikt dotąd na świecie! Pod jaworem - dwa łóżka, pod jaworem - dwa cienie, Pod jaworem ostatnie, beznadziejne spojrzenie. I pomarli oboje, bez pieszczoty, bez grzechu, Bez łzy szczęścia na oczach, bez jednego uśmiechu. Ust ich czerwień zagasła w zimnym śmierci fiolecie, I pobledli tak bardzo, jak nikt dotąd na świecie! Chcieli jeszcze się kochać poza własną mogiłą, Ale miłość umarła, już miłości nie było. I poklękli spóźnieni u niedoli swej proga, By się modlić o wszystko, lecz nie było już Boga. Więc sił resztą dotrwali aż do wiosny, do lata By powrócić na ziemię - lecz nie było już świata

*

Czemu, cieniu, odjeżdżasz, ręce złamawszy na pancerz, Przy pochodniach, co skrami grają około twych kolan? — Miecz wawrzynem zielony, gromnic płakaniem dziś polan, Rwie się sokół i koń twój podrywa stopę jak tancerz. „Panie, serce moje jest pełne podziwu i chcę rozmawiać z Tobą, Bo myślę, że mnie rozumiesz, mimo moich sprzeczności. Zdaje mi się, że teraz już wiem, co znaczy kochać ludzi I dlaczego nam w tym przeszkadza samotność, litość i gniew. (...) Cóż mogę więcej, Panie, niż tak rozpamiętywać I stanąć przed Tobą z pokłonem błagalnika, Dla ich bohaterstwa prosząc: przyjm nas do swojej chwały. „Nie chełp się tu przechodniu, ani lżyj proch i kość My w domu a ty gość”

*

Tak napisał Czesław Miłosz w wierszu „Ogrodnik”:

Adam i Ewa nie na to zostali stworzeni, Żeby kłaniać się księciu i władcy tej ziemi. Inna, słoneczna, ziemia poza czasem trwała. Im obojgu na wieczną szczęśliwość oddana. Siwobrody ogrodnik drzew na niej doglądał, Chociaż świat nie stał w blasku, tak jak tego żądał. Na dni i wieki patrzył niby przez lunetę Na całe swoje dzieło, tak dobrze zaczęte, Które z winy poznania obrócić się miało W nienasycenie duszy i ranliwe ciało. Ostrzegł ich, ale wiedział, że to nie pomoże, Bo byli już gotowi i tak jakby w drodze. Niewidoczny w listowie, dumał, zasmucony, Widział ognie i mosty, okręty i domy, Samolot w nocnym niebie migający iskrą, Łoża z baldachimami i pobojowisko. O biedne moje dzieci, więc tak wam się spieszy Do piachu, w którym czaszka żółte zęby szczerzy? Do zamykania bioder w majtki, krynoliny, Do odkrywania ciągów skutków i przyczyny? Oto zbliża się wróg mój i zaraz wam powie: Spróbujcie, a staniecie się jako bogowie. Lokaje samolubnej miłości i zbrodni, I zaiste bogowie, tylko że ułomni. Nieszczęsne moje dzieci, jaka długa droga, Nim zrujnowany ogród zakwitnie od nowa, I lipową aleją wrócicie przed ganek, Gdzie na rabatkach pachną szałwia i tymianek. I czy było konieczne nurzać się w otchłani, Systemata układać, zamiast mieszkać w baśni, Nad którą nieustanna jest moja opieka? Bo prawdę mówi Pismo, że mam twarz człowieka.

Grzegorz Pieńkowski

Załóż wątek dotyczący tego tekstu na forum

Najpopularniejsze Powieści i opowiadania3. Gwałt27. Opowiadanie erotyczneNestor - Powieść minionych lat (rozdz. 1-7)1. Seks w pociągu pospiesznym2. Seks w pociągu osobowym
Najwyżej oceniane Powieści i opowiadaniaHistoria pewnego zerwaniaGdzieś w ostatecznej krainie, część 39Rozdział 1. Witajcie kotyNa poczucie winyZłoty łańcuch
PrzewodnikiAlbaniaNepalPolskaRumunia
Najpopularniejsze zdjęcie w dzialePlaża w Ksamil (Albania)Najwyżej oceniane:Narodziny
Oceń zamieszczony obok artykuł.(Uwaga! Warto wcześniej się zalogować ponieważ głosy zarejestrowanych czytelników mają większą wagę.)
Login (jak do forum): Hasło (jak do forum): zapamiętaj mnie
Minister kazał, więc uprzejmie informujemy, że nasze strony wykorzystują pliki cookies (ciasteczka) i inne dziwne technologie m.in. w celach statystycznych. Jeśli Ci to przeszkadza, możesz je zablokować, zmieniając ustawienia swojej przeglądarki. Więcej informacji znajdziesz w artykule: Pliki cookies (ciasteczka) i podobne technologie.