zapraszamy do współpracy
Zapraszamy do współpracy
Powieści i opowiadania > Gdzieś w ostatecznej krainie

Gdzieś w ostatecznej krainie, część 11

Gdzieś w ostatecznej krainieTę modlitwę przypomniał sobie Aaron, kiedy jadł kromkę chleba w piwnicy, w której ukrywał się przed Niemcami. Widział przez swoje małe okienko nie tylko Joasię karmiącą kury i Piotra codziennie wychodzącego do pracy, ale i piekarnię pana Wojnowskiego. I kiedy jadł chleb, który upiekł Wojnowski, przypomniał sobie Aaron, że przed wojną jego ojciec odmawiał tę modlitwę przed posiłkiem:

Baruch atah Adonaj, elohenu melech haolam hamocija lehem min haarec1

Wyprowadzasz chleb z ziemi.

*

Dostojewski to geniusz. Pisze tak sugestywnie, że nie można potem długo wyzwolić się od jego wizji. Do tego stopnia, że kiedy spojrzysz z wieży zamku będzińskiego przez lunetę w stronę Syberki, to co widzisz? Widzisz kopuły cerkwi. Czas musi minąć jakiś, by otrząsnąć się z tego widoku. Ale oto przychodzi inny widok. Golgota Wschodu. Co to znaczy? Dostojewski pisząc „Biesy” w Dreźnie, mieście sztuki, mieście pięknych pałaców i obrazów, dawał obraz piekła. Ale to piekło było w ludziach i ci ludzie, ci młodzi rewolucjoniści marzący o powszechnej wolności, stworzyli monstrualne zło. Pisał Dostojewski, że zaczęli od powszechnej wolności, a skończyli na powszechnym zniewoleniu. Tak widział XX wiek, kilkadziesiąt lat przed jego nastaniem. Bo te łagry, obozy i zbrodnie były już w głowach młodych rewolucjonistów w połowie XIX wieku. I takie refleksje nachodzą, kiedy z zamku będzińskiego patrzymy na Golgotę Wschodu na Syberce.

*

Borys Sawinkow, o którym pisaliśmy wcześniej, tak pisze:

Z lutego 1905 Kalajew zrezygnował z zamachu na wielkiego księcia Sergiusza, gdyż jechała z nim żona i dwójka dzieci.

I Sawinkow go poparł: „Słusznie, dzieci zabijać nie wolno.”

A Albert Camus w dramacie „Sprawiedliwi” tak pisze:

Stiepan: Dopiero w dniu, w którym postanowimy zapomnieć o dzieciach. Staniemy się panami świata i rewolucja zwycięży.

Pisze Kohelet:

Jest czas rodzenia i czas umierania czas zabijania i czas leczenia czas płaczu i czas śmiechu czas rozdzierania i czas zszywania czas miłowania i czas nienawiści czas wojny i czas pokoju

A zło jest w głowach, w sercach. Najpierw jako mała iskra, a potem rozprzestrzenia się i za późno już. Już złu służy książka zła i zły obraz. A zło ma dar przekonywania i sugestii i zaczyna się czas nienawiści.

*

„Czas okradnie człowieka ze wszystkiego.” A gdyby tkwił człowiek ciągle w tym samym, czym by był? Ale czym jest czas? Już św. Augustyn 1700 lat temu zastanawiał się nad istotą czasu: Czymże więc jest czas? Jeśli nikt mnie o to nie pyta, wiem. Jeśli pytającemu usiłuję wytłumaczyć, nie wiem. Przeszłości już nie ma, a przyszłości jeszcze nie ma…

…Nie możemy więc właściwie mówić, że czas jest, jeśli nie dodajemy, iż zmierza on do tego, że go nie będzie.

*

A więc każda chwila ważna i sens posiadająca. Nawet ta, która przed chwilą umknęła. Przejechał tramwaj, samochód, radio coś tam mówiło. Zadzwonił telefon. Ktoś wszedł na górę, ktoś odszedł na zawsze.

*

Gdzieś zostawiliśmy Juliusza. A on w Szwajcarii. Tam w pensjonacie pani Pattey pisze swoje wizje. W Szwajcarii. Do tej Szwajcarii zaczną przyjeżdżać w połowie XIX wieku rosyjscy rewolucjoniści, i tam wśród bajecznych krajobrazów będą układać wizję stworzenia na ziemi raju. Pożar jest w głowach. A Juliusz też chce „zjadaczy chleba” przerobić w aniołów.

Teraz jedzie do Ziemi Świętej. I tam przeżyje wstrząs. Tam zrozumie wiele, a może wszystko. W Egipcie jest wielki grób faraona. I faraon jako mumia, jako trup czeka. A obok w Ziemi Świętej drugi grób. Grób Jezusa. Pusty grób. Dwa groby, dwie wizje życia. Która prawdziwa?

*

I do szklanej trumny położyli człowieka o mongolskich rysach, człowieka, który na lata całe zaszczepił zło i nienawiść. I kazali oddawać mu cześć boską. A człowiek ten też ze Szwajcarii przyjechał. Właściwie przywieźli go w zaplombowanym pociągu do miasta, które car Piotr na kościach niewolników zbudował. I człowiek ten zapoczątkował triumf zła na niepospolitą skalę. I to wszystko przewidział Fiodor Dostojewski, pisząc „Biesy”.

*

Szczęśliwy, który nie idzie za radą występnych… Ukarz ich… niech staną się ofiarą własnych knowań; wygnaj ich z powodu licznych ich zbrodni…

Te słowa Psalmów usłyszał Stefan, który w kościele obok zamku rozmyślał o słowach agitatorów.

…są oni jak plewa, którą wiatr rozmiata…

*

Oto postawiłem jako dar przed tobą drzwi otwarte, których nikt nie może zamknąć, bo ty chociaż masz moc znikomą, zachowałeś moje słowo i nie zaparłeś się mego imienia. Oto sprawię, iż przyjdą i padną na twarz przed twymi stopami, a poznają, że ciebie Ja umiłowałem. Tyś bowiem zachował nakaz mojej wytrwałości i Ja cię zachowam od godziny próby, która ma przyjść na cały obszar zamieszkany, by wypróbować tych, co mieszkają na ziemi. Przyjdę niebawem: Trzymaj, co masz, by nikt twego wieńca nie zabrał! Zwycięzcę uczynię filarem w świątyni…Ap 3, 8, 9–12

Była godzina dziesiąta. Jak zwykle wyszedł przed „dom”. W dole leniwie toczyła swe wody rzeka, dalej miasto ruin. Wszędzie ruiny. Wyglądało to nawet malowniczo, gdyż ruiny tonęły w zieleni. Dzisiaj miał przyjść on. Już dwadzieścia lat nie widział człowieka. Dwadzieścia lat nie rozmawiał z nikim. Tylko z sobą.

Tak, z sobą mówił dużo. Musiał mówić, by nie zapomnieć. Wiedział, że pamięć jest najważniejsza. I dzisiaj powie mu wszystko. I będzie spokojny, że on zaniesie tę pamięć do tamtych.

Te ruiny wokół to miasto, które otrzymało numer 3185, a ten, który patrzy na rzekę i ruiny to Piotr. Piotr urodził się w roku Pańskim 2089, a w dniu, w którym ujrzeliśmy go, przypadały jego 39 urodziny. A więc mamy 2128 rok, jesteśmy w przyszłości, a przyszłość tutaj przedstawiona będzie bardzo prawdopodobna, gdyż stanowić będzie konsekwencję wydarzeń sprzed 100 i więcej lat.

*

Każdy krajobraz jest wypełniony tajemniczymi znakami. To mowa Boga, to mowa człowieka, to mowa historii. I kiedy Piotr patrzał na ruiny miasta wokół siebie, to co mógł odczytać. Ruiny. Co one mogą powiedzieć? Trzeba szukać śladów. Piotr przez lata całe szukał i odtwarzał to, co się wydarzyło w mieście 3185 i w innych miastach, które już nazw nie miały, tylko numery. I Piotr postanowił przywrócić dawną nazwę. Gość, który wchodzić będzie do miasta, odczyta jego nazwę, którą Piotr napisał na tablicy i ustawił niedaleko domu.

*

Dzisiaj opowie Piotr wszystko. Opowie, jak przybył tutaj 20 lat temu, jak szukał miejsca na dom swój i znalazł to miejsce. Jak odnalazł stare książki, zdjęcia, mapy, a zwłaszcza mapę tego miejsca zwanego 3185.

A na jednym zdjęciu była budowla, którą w dawnych wiekach zwano zamkami. A ten zamek był inny, taki mały raczej, ale miał dziwny urok. I szukał Piotr miejsca, gdzie mógłby ten zamek być. I znalazł to miejsce. To wzgórze było najbardziej odpowiednie. I kamienie, jakie pozostały, były inne od pozostałych ruin. Tak, tutaj był zamek.

I wtedy zaczął budować tu swój dom. Ja będę tutaj – powiedział.

Będę.

*

Dwudziesty drugi wiek, a tutaj zaczynać trzeba wszystko od początku. A przecież nie było wojny w dwudziestym pierwszym wieku. Cios i upadek przyszedł z innego kierunku. Zaczęło się niewinnie. Zaczęto lansować model życia w permanentnym sukcesie. Rozpoczął się morderczy wyścig po laury. Ci, którzy nie mogli się wykazać byli eliminowani.

Nie. Nie fizycznie. Oni sami rozumieli, że są zbędni, że nie przystają do tych norm, gdyż nie wykazali się osiągnięciami, przekroczyli barierę wieku i nigdy nie byli na topie. Oni nie potrafili walczyć, nie umieli się wyróżnić, a wokół huczało o ludziach sukcesu.

O wynalazcach, którzy swoimi wynalazkami przysparzali chwałę miastu i światu. Konstruowali coraz doskonalsze maszyny, które potrafiły wszystko. Człowiek stawał się zbędny.

O genialnych kompozytorach, poliglotach (15 języków to norma), i sportowcach – cyborgach.

Powstawały miasta idealne i tylko w nocy chyłkiem opuszczali je ludzie zbędni. Ludzie przeciętni. Ludzie niepotrzebni.

Niepotrzebni mogą odejść. Zbędni na aut.

*

Gdyby w 1903 roku ktoś zechciał napisać książkę o roku 2003 i o całym stuleciu, to co by pisał?

Spróbowałby sobie wyobrazić, jak będzie. Rozejrzałby się wokół i co by zobaczył? To zależy oczywiście od tego, z którego miejsca by patrzył. Ale mniej więcej uważałby, że wszystko idzie w dobrym kierunku. XX wiek będzie wiekiem pokoju i dobrobytu. Nie byłby w stanie w żaden sposób wyobrazić sobie, jak będzie naprawdę.

A przecież wszystko to, co miało się zdarzyć, już istniało i szykowało się, by odegrać swoją rolę. Wszystko. Dlatego to, co ma się zdarzyć między 2003 rokiem, a 2128 już jest. Już żyje gdzieś w zalążkach. Już urodził się, może teraz, gdy to czytasz, człowiek, który zmieni oblicze wieku. I tylko pytanie – czy będzie dobry? Ten człowiek oczywiście.

*

Andrzej już z daleka ujrzał sztandar. Szedł od zachodu. Zbliżając się do miasta, do którego zmierzał, ujrzał tablicę z napisem. To Piotr przywrócił dawną nazwę. Dano miastu numer, w którym przypadkowo zaszyfrowana była data powstania tego miasta. Andrzej nigdzie nie dostrzegł tablicy z numerem. Mijał, idąc tutaj miasta z numerami, a to miało nazwę. I ten sztandar, na nim też wypisana nazwa. Jest rok 2128. Andrzej i Piotr witają się.

– Witam cię w moim mieście. Witaj w Będzinie.

*

Zostawmy ich. Za chwilę Piotr rozpocznie swoją historię. Teraz zjedzą rybę, bo w Przemszy tak jak w 1358 roku tak i w 2128 ryb dostatek. Niech przełamią się chlebem, który upiekł Piotr, niech wypiją herbatę z malin. Bo głód i pragnienie są zawsze takie same, niezależna od czasu i miejsca.

*

Niech oni sobie rozmawiają. Niech odkrywają miasto sprzed stu lat. Tu kiedyś było osiedle zwane Syberka, tu patrz, kawałek żelaznej szyny, tramwaj jeździł, a dalej znalazłem ułamane skrzydło, chyba to orła. Musiał być na jakimś pomniku.

A ci ludzie z przełomu XX i XXI wieku – co się z nimi stało? Nie zostawili żadnych śladów. Tylko wraki pojazdów i góry śmieci. A my wracamy do naszego miasta – do teraźniejszości.

*

Jędza chwyciła za ramię Jasia, wepchnęła go do ciemnej komórki i zaryglowała za nim drzwi. – Siedź cicho złodzieju! – wrzasnęła wiedźma – Zjadłeś mój dom, teraz ja zjem ciebie!

A właśnie, gdzie jest Jasiek? W pierwszym, drugim, trzecim i czwartym tomie tej książki był wysyłany przez autora, gdzie tylko autor sobie wymarzył. Przeważnie podpatrywał Jasiek Juliusza Słowackiego albo siedział w dworku w Radziwiliszkach i słuchał mądrych ludzi. I o Jaśka upomniano się. I Jasiek wraca. A był w mieście Będzinie w 2128 roku. On mógł. On mógł być w Radziwiliszkach w roku 1808, a potem przenieść się 320 lat później. Pospacerował Jasiek po ruinach miasta, po zardzewiałych szynach, po ulicach zarośniętych pokrzywą. Tu kiedyś kwitło życie, lecz oni wybrali złą drogę. Ale w końcu nic się nie stało. To nie pierwsze i nie ostatnie miasto ruin. I chodzi Jasiek po mieście ruin i wspomina:

– O, tutaj był pałac. Zostały tylko dwie kolumienki i szkło potłuczone. A tam był kościół, zostały fragmenty organów. Kiedy zagrały ostatni raz?

Jasiek się nie da. Nie zje go wiedźma, czyli zło. On wygra. Bo jest czystą myślą, jest ideą dobra.

*

Na chwilę tu jestem i tylko na chwilę Co dalsze przeoczę, a resztę pomylę.

Różnie ta chwila trwa. No i zadanie trzeba wykonać. A jak zadanie będzie wykonane, to skończy się chwila tutaj. I potem uświadomi sobie każdy, że żył dla jednej chwili. Wszystko ważne było, lecz zadanie do wykonania było jedno. Skomponować „Pasje”. Namalować fresk. Oślepnąć, a potem przejrzeć i mówić Prawdę. Wystąpić z szeregu i oddać życie za kogoś. Za kogoś tam.

*

…ale tak namalowani, że przestaje się myśleć o własnym przetrwaniu, byleby mieć pewność, że ten obraz przetrwa na wieki.

To napisał Goethe w październiku 1786 roku, podziwiając obraz Rafaela. Czy coś jest warte przetrwania? Jeżeli tak pisze Goethe, to pewnie jest.

*

W poprzednich rozdziałach tej książki byliśmy często na przyjęciu w dworku w Radziwiliszkach. Radziwiliszki istnieją. Spójrz na mapę Litwy. Na granicy Litwy i Łotwy, niedaleko miasta Birże leżą Radziwiliszki.

A w Będzinie jest ulica Sierakowskiego. Co ma wspólnego Sierakowski z Będzinem? Nie wiem. Ale ma związek z naszą opowieścią. Sierakowski był dowódcą Powstania Styczniowego na Litwie i złapany przez oddział rosyjski, jedną noc spędził w dworku Marcina. Był ranny. Tam rozmawiał z Marcinem całą noc i podyktował mu testament oraz listy do rodziny. Ja, autor tej książki mieszkałem na ulicy Brzozowickiej, i prostopadła do niej biegnie ulica Sierakowskiego. Nie podejrzewałem, że kiedyś wejdzie on na karty tej książki.

Na razie jest noc. Rok 1864, dogorywa Powstanie na Litwie. W Będzinie już Moskale uciszyli młodych powstańców z zamku, zabrali im kije wystrugane i wrzucili je do Przemszy. Jeszcze Brzozowica niezamieszkała, tylko brzozy rosną. A tam Zygmunt Sierakowski dyktuje testament. Za 140 lat odtworzymy te chwile i pospacerujemy ulicą Sierakowskiego w mieście, o którego istnieniu ani Marcin Cumft, ani Zygmunt Sierakowski pewnie nie wiedzieli.

*

Narzekasz na piekło na ziemi? Idź w góry. Tam na szczytach będziesz bliżej nieba, znajdziesz Tego, którego szukasz i będziesz z Nim rozmawiać jak Mojżesz z Jahwe. Idź więc w góry.H. Monedo

I jak oni wrócili z tych gór, z Alp, to inni chcieli tej mistyki trochę od nich przejąć, tego spokoju, tej ciszy. Spojrzeć poprzez nich na ten skamieniały świat, który żyje życiem tajemniczym. Prawdziwym.

*

Istotą świecy nie jest stearyna, wosk, ale płomień. Spala się świeca, przestaje istnieć, ale w tym czasie dała światło i wokół tego światła zgromadzeni ludzie czytali książkę, a książka ta przeniosła ich w inny świat. I wzięli wspomnienie tego wieczoru, tej nocy ze sobą. A świecy nie ma, zapomniana już. I tak istotą miasta, bo wracamy do naszego miasta, nie jest budowla taka czy inna, ale wydarzenia, emocje z nią związane.

*

Nie gromadźcie sobie skarbów na ziemi, gdzie mól i rdza niszczą i gdzie złodzieje włamują się i kradną.Mat 6, 19

Niezniszczalna jest myśl. Krąży ona gdzieś i trwa. Wszystko się rozsypuje, przemija i tak mało zostaje. Wspomnienie. No i dobro zostaje. W poprzednim tomie tej książki napisane było o Aaronie, który siedział w piwnicy w domu na ulicy Brzozowickiej i czekał na dzień wolności. On doświadczył zła i dobra. Zło rozsypało się, a dobro zostało. 60 lat minęło i pamięć trwa.

*

Wokół wrzask i zgiełk. Bilbordy, setki kanałów telewizyjnych i radiowych, kolorowe gazety. Wszyscy coś mówią. I teraz jak wyłowić prawdę z tego zgiełku? Co jest ważne? Właściwie każdy to wie, ale zagłusza to w sobie. Prawda jest niemodna, bo cicha i cierpliwa. Ale ten zgiełk porani wielu i stworzy ludzi bez właściwości. Bez korzeni, bez tradycji, bez wiary, bez oparcia, będą faszerować się narkotykami, alkoholem, mocnymi wrażeniami. A po nich świat popiołów powstanie. I nawet okruchu diamentu nie znajdzie nikt. Nawet okruchu.

*

Jeszcze tylko kilka kroków niewiedzy

Czyli całe życie, gdzie zdobywa się mądrość, ogromne biblioteki z ludzką myślą, zdjęcia z zapisaną chwilą, to droga niewiedzy. No, czasami odkryje nam jakiś twórca rąbek tajemnicy. Kieślowski ukaże błysk nieskończoności, Juliusz powie, że ujrzał twarz Jahwe, i to wszystko.

… jeszcze tylko kilka kroków…

A za 100, 200, czy 1000 lat te same pytania zadawać będą. To samo pisać, co ty teraz czytasz. Chociaż epoka Gutenberga się kończy. Wchodzi galaktyka obrazów. Ale to nie ma znaczenia. Będą pytania zadawać, obrazami, czy czym tam jeszcze. Te same pytania. Co tam jest? Czy jest coś? I nie będzie odpowiedzi. Pozostanie wiara, nadzieja.

*

Jeszcze o nich nic nie wiemy, a oni już są w odwiecznych planach. Jeszcze nie urodzili się ich pradziadkowie, a oni już są. To pokolenie, które się narodzi kiedyś, nie wiemy, w jakim świecie będzie żyło. To przecież nie ma znaczenia. Nie wiadomo, czy coś wezmą od nas, czy coś ich zastanowi, zachwyci, czy coś uznają za warte pielęgnowania, warte pamięci. Jedyne co wiemy, że będzie trwał Krzyż. W ich życiu też.

*

Ale czy my mamy prawo sięgnąć za zasłonę przyszłości? My mamy swój czas, nam dany. Tylko dla nas. Więc prawa nie mamy. Ale ciekawi nas, bardzo ciekawi co będzie za 100 lat. Jak będzie wyglądało nasze miasto, jacy ludzie wtedy będą? Jak będą żyć? Co będzie dla nich ważne? Właśnie. Co będzie najważniejsze w ich życiu.

*

Wizja szklanych domów to wizja piekła. Szklane miasta, gdzie wszystko błyszczy, gdzie wszędzie kamery obserwują wszystkich, to koniec życia. Miasta bez zaułków, bez wąskich uliczek, skrzypiących schodów, piwnic i strychów. Miasta pocztówkowe. Miasta bilboardowe. W tym świecie przewodnikiem jest diabeł. On jest miły, uprzejmy, wyrozumiały. On jest bezduszny, bez serca. Eliminuje chorych, starych, niepasujących do jego wizji szklanych domów. On nie zna litości. On zarządza coraz większym obszarem miasta. I daje błyskawiczną sławę. Bez trudu.

*

W tym mieście panuje kult doczesności. Ludzie w szklanych domach nie biorą pod uwagę, że w życiu jest krzyż, że życie jest kruche. Tutaj jest kult sukcesu. I to życie jest puste. A gdy przyjdzie cierpienie, wtedy cudowna pigułka daje zapomnienie, albo złoty strzał. I znów jest kolorowo.

*

Kiedyś upadną szklane miasta szklanych domów. Stojące w równej odległości od siebie domy będą kupą gruzów i nikt ich nie odbuduje. Nikomu do głowy nie przyjdzie zrekonstruować miasto szklanych domów. Rekonstruujemy domy z dawnych wieków, opisujemy życie tamtych ludzi, lecz o tych nie napiszemy nic. Nie opiszemy ich życia, bo tutaj życia nie było. Oni żyli życiem bohaterów telewizyjnych. Swojego życia nie mieli. Wyrzekli się go. Bali się być sobą. Ich celem życia było wtopienie się w tłum. Upodobnili się jeden do drugiego. Zmarnowali talent. Zakopali go głęboko.

*

Właściwie powiem ci Marcinie, że ten twój tajemniczy gość – Aleksander, a swoją drogą świetny szachista – nie wiadomo, jaką rolę tutaj pełni. Czyżby chciał zmienić historię?

– Nie, historii zmienić się nie da, myślę, że on chce nas bliżej poznać, a przez to bardziej zrozumieć. Pojechał na tereny, którym daleko do siły mistycznej naszych ziem. Tu, jak wiesz, wszystko paruje mistycyzmem, a tam kominy, hałdy, ubogie robotnicze osiedla.

– A co ty masz na uszach Janku?

– To takie urządzenie do słuchania muzyki?

– Masz, posłuchaj Marcinie.

Marcin włożył do ucha miniaturową słuchawkę, posłuchał chwilę, i oddał Jaśkowi.

– To nie dla mnie.

– Dlaczego… dobra muzyka. Wiesz co to za utwór? To „Dziecko w czasie” Deep Purple.

– Ale Jaśku takie zestawienie… XIX-wieczny dworek, my, a zwłaszcza ty, wymyślony przez autora, postacie z polskiej literatury, Chopin grający Chopina, Bach grający Bacha, Eglantyna Pattey mająca przyjechać ze Szwajcarii, Juliusz Słowacki i Deep Purple. Przecież tego nie zniesie żaden czytelnik.

– Marcinie, u nich skończył się XX wiek, już parę lat trwa wiek XXI. Jeżeli znieśli XX wiek z jego całą gamą okrucieństw, dziwactw, to zniosą i to. „Dziecko w czasie”, słuchane w XIX-wiecznym dworku, w wieku XIX.

*

Tak mówiąc spojrzał zyzem gdzie śród biesiadników, Siedział gość Moskal; był to pan kapitan Rykow Stary żołnierz, stał w bliskiej wiosce na kwaterze, Pan Sędzia go przez grzeczność prosił na wieczerze

– Aleksander, widzisz Jaśku, przybył do nas, bo to taka tradycja, by Moskala zapraszać. Adam wprowadził do swojego „Pana Tadeusza” Moskala, to i my mamy swojego Moskala. A swoją drogą, ciekawe gdzie on teraz jest, czy już wsiadł w Wilnie do pociągu, który do Warszawy zmierza? Myślę, że będzie nam przysyłał listy z tej podróży.

– Ciekawsze listy na pewno pośle do centrali, do Petersburga. Muszę pomyśleć Marcinie, jakby je przejąć, musi istnieć jakiś sposób.

– Ty się w to Jaśku nie mieszaj, bo skończysz na Syberii.

– Na Syberii? Może być. Nie ja pierwszy i nie ostatni. Syberia to kraj wielkich możliwości, można się tam dorobić fortuny. Przyjechałbym jak bogacz jakiś, to bym z tego dworku zrobił magnacką rezydencję, z basenem, marmurowymi posadzkami, a na ścianach wisiałyby oryginalne Kossaki.

*

Złego nie przyjmiesz do siebie w gościnę…

– Teraz Marcinie jesteśmy już w następnym tomie cyklu autora „Imię moje jak dźwięk pusty”, a tytuł wziął z Psalmu 5.

A ty przyjąłeś do siebie Aleksandra, a on przecież zły, bo Moskal, a Moskal dobry być nie może, tym bardziej że on z Ochrany. Knuje coś zapewne, przygotowuje grunt, aby zatryumfował najpotworniejszy z systemów. Bo to on przygotuje grunt dla takich postaci jak ta, która leży w szklanej trumnie na placu Czerwonym w Moskwie.

– Poczekaj, Jaśku. Nie wiemy, jak się to wszystko potoczy. Zło jest połączone na zawsze z dobrem. Popatrz, taki Goethe zło uznaje za czynnik rozwojowy w dziejach świata. Bóg (tak uważa Goethe) daje człowiekowi diabła za towarzysza, by jako duch zły przeciwdziałał rozleniwieniu, umiłowaniu spokoju, by jako ferment podniecał i pobudzał do działania.

– Marcinie, filozof z ciebie. Dla mnie zło to zło. Ale dobrze, myśl sobie co chcesz. Ja opuszczam cię na jakiś czas. Jadę do Ziemi Świętej tropem Juliusza. Listy będę przysyłał, a ty je zachowaj, do skrzyni włóż na strychu, aby tam po latach różne prawnuki odczytały, bo to taka tradycja. Pamiętaj o tym. Pamiętaj.

*

Pieśń tę zostawiam wiekom, które mają Potężne ręce i potężne głosy… Niech jej w niebiosach głośniej dośpiewają Niż ja, kończący tu bolesne losy. Anioły moje już przybiegły zgrają, Tłuką mi serce – targają mi włosy I nazywają już wielką osobą, I szepczą… i już zapraszają z sobą

Gdzie cię zapraszają Juliuszu, gdzie? A jakbyś tak opisał, jak tam jest za zasłoną. Ty to zrobisz po mistrzowsku. Już ilu próbowało to opisać, przenieść na papier swe mistyczne stany. Ale teraz spróbuj ty. Napisz i przyślij na adres Marcinowego dworku. I będzie wszystko jasne. Albo też wskaż, które strofy należy odczytać jako przekaz stamtąd. Czekamy na ten znak.

I jeszcze zdanie dobrze nie wyschło na papierze, a znak już się pojawił. Marcin bowiem przejął od Dostojewskiego zwyczaj otwierania Pisma na chybił trafił i odczytywania zdania – przesłania. Bo przypadków nie ma i być nie może. A zdanie, które w tym momencie przeczytał, brzmiało:

Przyjdzie bowiem chwila, kiedy zdrowej nauki nie będą znosili, ale według własnych pożądań… będą sobie mnożyli nauczycieli. Będą się odwracali od słuchania prawdy, a obrócą się ku zmyślonym opowiadaniom.

*

Czy nie widzicie, żem chory – szatanizm, Bajronizm – siedem mnie dręczy boleści; Wierzę w religię mas – w republikanizm, W postęp… a nawet wierzę w te czterdzieści Cztery…, choć nie wiem, co ta Liczba znaczy, Ale w nią wierzę jak w dogmat… z rozpaczy.

Ale nie pisze Juliusz nic o tym cyrografie. Chociaż badacze od dawna podejrzewali, że coś jest na rzeczy. Szatan daje sławę, powodzenie szybko, a Juliusz… dla Juliusza sława to była rzecz numer jeden, przynajmniej w pewnym okresie życia. Nie wiadomo, czy w Wilnie podpisał. Wilno piękne miasto, w ładnej by się to odbyło scenerii. 44… Nie wiadomo do dziś, ale sam pomysł genialny. Zadać zagadkę następnym wiekom, niech się męczą. „Pana Tadeusza” nie przeczytają, „Dziadów” też nie, ale 44 będzie ich pasjonować. Ale może jakiś komputer to rozwiąże. Komputer może wygrać z Kasparowem, to i rozwiąże zagadkę 44. Trzeba mu tylko wprowadzić w pamięć tysiące strof o tym dziwnym kraju. I niech pracuje. Niech się męczy. My poczekamy.

*

Wszyscy się jednak do mnie zlatywali Pytając, gdziem był…

Już właściwie chcieliśmy usunąć Juliusza z Marcinowego dworku. Ale im bardziej usuwany tym bardziej obecny. Okazuje się, że właściwie usunąć Juliusza się nie da. Bo to tak jakby wymazać go z naszej świadomości.

A zjadacze Marcinowego chleba (Boże, co za smak) jednak poczuli się aniołami.

Juliusz jest jedyny. Coś w nim jest takiego, że potrafi zawładnąć czytelnikiem jego dziwnych strof.

Bo weźmy na przykład taką strofę:

Patrzajcie – rzekną – Otośmy przez wieki w tych pięknych urnach ledwo się ruszały…

I zjawił się Juliusz i poruszył urny. Wszystko ożyło, anioły się zjawiły, świat się zmienił.

A gdzie jest Juliusz?

Właśnie, gdzie jest? W Genewie go nie ma, we Florencji też, z klasztoru Betheszban też się wyniósł z ogromnym, jak pisze „butlem” pełnym wina. Ach wiem, jest nad oceanem atlantyckim w Pornic.

Mama przecież napisała mu w liście „kąp się w morzu”, więc Juliusz potraktował to jak rozkaz i pojechał, aby zażywać morskich kąpieli. Liczyła na to, że morska kąpiel pomoże mu odzyskać zdrowie. Nie pomogła, bo Juliusz już od dziecka był tą chorobą naznaczony, a Fleming, wynalazca penicyliny, jeszcze się nie urodził. Nic się nie da zrobić. Przynajmniej na razie, bo książka dopiero się zaczyna. Coś wymyślimy Juliuszu. Będzie dobrze.

*

Aleksander Fistonow przysłał Marcinowi list.

Piszę z Wilna. Pociąg do Warszawy mam dopiero jutro, postanowiłem więc poznać bliżej to miasto. Pierwsze kroki skierowałem na ulicę Zamkowa, tam jak wiesz Marcinie, pod numerem 24 mieszkał August Becu ze swoją drugą żoną Salomeą, dwiema córkami Olą, Hersylią i przybranym synem Julkiem. Twoim jak myślę najważniejszym gościem. Byłem też na grobie Ojca Julka, nawet świeczkę zapaliłem. Powiedz o tym Juliuszowi, może choć trochę zmieni on swój stosunek do nas, Moskali. Wilno piękne miasto. A w malutkie księgarence kupiłem „Beniowskiego”. I popatrz, nasza cenzura nie pozwala drukować Juliusza, a ci Polacy z Wilna jakimś sposobem przemycają go. Przymknę na to oko. Na razie przynajmniej. Bądź zdrów. Aleksander F

Marcin skończył czytać, schował list i poszedł do salonu, gdzie jego goście właśnie schodzili się, by obejrzeć film. Dzisiaj miał być zaprezentowany ostatni film Krzysztofa Kieślowskiego „Czerwony”. Chcieli poznać motywacje emerytowanego sędziego, który podsłuchuje sąsiadów, gdyż tak rozumie hasło rewolucji francuskiej BRATERSTWO.

*

Rozpętała się burza. Potężne błyskawice malowały srebrne nitki na niebie. W dworku Marcina niespecjalnie zwracano na nią uwagę, gdyż zafrapowała ich historia opowiedziana przez Krzysztofa Kieślowskiego.

A w Wilnie tymczasem stało się nieszczęście. Do mieszkania położonego przy ulicy Zamkowej 24, wpadł piorun. August Becu odpoczywał po obiedzie i piorun go zabił. Pani Salomea została wdową po raz drugi.

I ten piorun był też przyczyną, jedną z przyczyn niechęci Juliusza do Adama Mickiewicza. Bo Adam uważał, że to nie przypadek, że to kara Boża za postawę wobec Moskali, doktora Becu.

I pani Salomea zaczęła od rządu rosyjskiego otrzymywać emeryturę profesorską, której korzystał również Juliusz.

Mógł na przykład opłacić pensjonat pani Pattey i spokojnie kontemplować Mont Blanc, na którym ujrzał Kordiana, wroga Moskali.

*

Nade mną wielka ćma duchów latała I różne złote, straszne komet miotły Pędzały mego anioła szelestem Skrzydeł… żem wcale nie wiedział, gdzie jestem

Gdzie jest Aleksander?

Właśnie wsiadł do pociągu jadącego do Warszawy z Wilna. Kołdunów litewskich nakupił na drogę, gazet również i zajął miejsce w przedziale klasy pierwszej. Był sam.

Kiedy pociąg ruszył, na peronie zobaczył dziewczynę, właściwie mignęła twarz dziewczyny, bardzo podobnej do tej, którą kiedyś poznał w Petersburgu.

Miał 17 lat. Był na spacerze w parku i tam ujrzał siedzącą na ławce, czytającą książkę dziewczynę.

Przechodząc koło niej, poruszony jednakże niezwykłym u niego przypływem śmiałości, zapytał tytuł książki. I wtedy otrzymał odpowiedź wypowiedzianą miłym i sugestywnym głosem: to są „Biedni ludzie”. I teraz Aleksander, gdyż nosił tę książkę zawsze ze sobą, zaczął czytać.

A tamtej dziewczyny już nigdy nie zobaczył, mimo iż jeszcze 2 lata przychodził w to samo miejsce.

*

A tymczasem w dworku Marcina poruszenie: przyjechała Eglantyna Pattey, dziewczyna o zniewalającej urodzie. A Juliusza nie ma. Jak zwykle jej unika.

*

Król-Duch zaczyna się grzmotami, piorunami i błyskawicami. W takiej scenerii Juliusz czuje się najlepiej.

A ja czekałem aż piorun uderzy Tak byłem pewny, że w owe rumiane Grzmotem powietrze – jak duch zmartwychwstanę

Piorun może zabić, ale może też dać życie. A Aleksander jedzie tymczasem do Warszawy, ale nie jedzie już sam. Do przedziału wszedł pasażer w habicie. Był to brat Łukasz z zakonu dominikanów.

Uśmiechnął się i usiadł naprzeciw Aleksandra.

Wyciągnął Biblię i zaczął czytać.

– Gdzie to braciszek się wybrał – Aleksander zapytał, by zacząć rozmowę?

– Do Warszawy zmierzam, jestem brat Łukasz.

Aleksander rzucił szybkie spojrzenie na pokaźnych rozmiarów tobołek, który spoczął obok zaczytanego Łukasza. By przekonany, że jest tam nielegalna literatura.

Wszyscy oni przejęli się rolą księdza Robaka, a intuicja Aleksandra wyszkolona latami praktyki nie pozostawiała żadnych wątpliwości.

Jednakże – pomyślał sobie – nie będę wszczynał żadnych akcji. Niech sobie knują.

Może braciszek skosztuje kołduna, mam też pyszny chleb, pieczony w polskim dworku, brat pewnie głodny?

Dziękuję, skosztuję.

A pan o ile można zapytać gdzie zmierza?

O, daleko. Jadę do Zagłębia, do takiego miasta nad Przemszą.

Jestem Włodzimierz. Włodzimierz Krasnow – nauczyciel rosyjskiego języka. Kłamstwo, które teraz wypowiedział, przyszło mu niezmiernie łatwo, aż sam zdziwił się, że tak łatwo.

Grzegorz Pieńkowski
  1. Błogosławiony bądź, Panie, Boże nasz, Królu Wszechświata, który wyprowadzasz chleb z ziemi.

Załóż wątek dotyczący tego tekstu na forum

Najpopularniejsze Powieści i opowiadania3. Gwałt27. Opowiadanie erotyczneNestor - Powieść minionych lat (rozdz. 1-7)1. Seks w pociągu pospiesznym2. Seks w pociągu osobowym
Najwyżej oceniane Powieści i opowiadaniaList do Ani z Zielonego WzgórzaHistoria pewnego zerwaniaGdzieś w ostatecznej krainie, część 39Rozdział 1. Witajcie kotySkąd wzięły się kolory na ziemi, czyli historia jak najbardziej prawdziwa
PrzewodnikiAlbaniaNepalPolskaRumunia
Najpopularniejsze zdjęcie w dzialePlaża w Ksamil (Albania)Najwyżej oceniane:Narodziny
Oceń zamieszczony obok artykuł.(Uwaga! Warto wcześniej się zalogować ponieważ głosy zarejestrowanych czytelników mają większą wagę.)
Login (jak do forum): Hasło (jak do forum): zapamiętaj mnie
Minister kazał, więc uprzejmie informujemy, że nasze strony wykorzystują pliki cookies (ciasteczka) i inne dziwne technologie m.in. w celach statystycznych. Jeśli Ci to przeszkadza, możesz je zablokować, zmieniając ustawienia swojej przeglądarki. Więcej informacji znajdziesz w artykule: Pliki cookies (ciasteczka) i podobne technologie.