zapraszamy do współpracy
Zapraszamy do współpracy
Felietony

Erasmus, impresje niezapomniane

Ołomuniec„Nie uciszycie mnie! Napiszę, jak to było naprawdę!” – tak według niektórych zdawał się krzyczeć mój poprzedni artykuł. I chociaż nie każdy dostrzegł rzekomo wylewające się z niego rozgoryczenie, nie zamierzam ubiegać się o miano naczelnego mizantropa którejś-tam RP. Nie zamierzam udawać, że ludzie są źli, a mnie przysługuje tytuł „dobrego duszka”, bo zdecydowanie tak nie jest. I wreszcie nie zamierzam nikogo zniechęcać do wyprowadzania się z domu, odkrywania świata czy chodzenia na imprezy.

Wszystko zaczęło się znacznie wcześniej

Do worka ze wspomnieniami z Erasmusa wrzucę nawet wydarzenia, które miały miejsce dużo wcześniej niż sam wyjazd. Wiecie, że moje życie już długo przed wyjazdem zaczęło być mu podporządkowane? Ile spraw chciałam załatwić przed wyprowadzką, ile twarzy zobaczyć, ile osób przytulić... I właśnie wtedy wydarzyły się najlepsze rzeczy. Dwukrotna samotna podróż za granicę, co teraz nie stanowi już dla mnie wyzwania oraz najmilsze pożegnanie, jakiego kiedykolwiek doświadczyłam. To są niestety skróty myślowe, bo wszystkiego nie da się streścić, a emocji i przeżyć nie opiszę słowami.

Mam współlokatorkę!

Łał! Moją jedyną współlokatorką była młodsza siostra, z którą w dzieciństwie dzieliłam pokój. A tu proszę! Teraz będę mieszkała z kimś zupełnie obcym. Jak ja to wytrzymam? – zastanawiałam się z lekkim niepokojem. Gdy po raz pierwszy przekroczyłam próg mojego pokoju, przekonałam się, że obawy są całkowicie bezpodstawne. Moja współlokatorka okazała się strasznie ciepłą i pozytywną osobą. Później oczywiście bywało różnie, bo jednak spędzanie ze sobą dużej ilości czasu w tak małym pokoju męczy, ale jedno jest pewne, kogoś takiego chcielibyście mieć w swoim akademiku. Możecie mi zazdrościć tego, że przez pół roku ktoś częstował mnie smakołykami, pytał jak się czuję i był gotów przynieść mi obiad do łóżka, kiedy akurat leżałam chora. Ktoś z kim dobrze rozmawiało mi się przy herbacie i dobrze tańczyło na imprezie, ktoś, kto organizował dla mnie konspiracyjną niespodziankę...

To jest MOJE miasteczko

Wyobraź sobie, że przyjeżdżasz po raz pierwszy do jakiegoś miasta (bo decyzję o studiowaniu w nim podjęłam zaocznie i intuicyjnie) a to miasto od razu cię zaskakuje. Czym? Wszystkim! Prostotą, bo od razu spod dworca kolejowego możesz jechać w dowolne miejsce miejską komunikacją. Widokami, bo urokliwe uliczki i romantyczne zakątki dają się poznać już od pierwszej przejażdżki tramwajem. Życzliwością, bo „Dzień dobry”, to podstawa, a w autobusie dziękują ci za to, że zdecydowałeś się nim jechać. Czy tylko ja dostrzegam kontrast z otaczającą nas rzeczywistością? Od początku czułam się tam jak w domu i wręcz byłam dumna, że mogę pokazać odwiedzającym mnie osobom takie śliczne miejsca.

Najlepsza impreza

Wydarzeń tego typu na Erasmusie jest chyba najwięcej. Zarówno tych oficjalnych jak i bardziej prywatnych. To nieprawda, że wszystkie imprezy są takie same, bo dla mnie jedna była wyjątkowa. Może z powodu tego, że przed nią miałam dobry humor i dobrze spędziłam czas? Najbardziej jednak dlatego, że było to Polish National Party, na którym czułam się „jak u siebie”. Był polski pieróg na powitanie, wódka z ogórkiem i polskie piosenki, a trochę po północy próbka polskich talentów tanecznych. Ubrana na biało-czerwono, co jednoznacznie wskazywało narodowość, spotkałam się z wieloma przejawami sympatii wobec Polaków. Stwierdziłam, że ci wszyscy ludzie jednak są mili.

Kamila podróżuje

Tutaj nie będę się rozpisywać, bo ani zwierzenia, ani zdjęcia nie oddadzą tego, co czułam, zwiedzając Budapeszt. To było zderzenie z inną kulturą i egzotycznie brzmiącym językiem. Spacery wzdłuż i wszerz Dunaju i odnajdywanie śladów obecności Polaków. Nic też nie będzie w stanie uzmysłowić, jak bardzo przemoknięta, przemarznięta i zmęczona byłam w Wiedniu, i jak bardzo uratowały mnie wtedy gorący poncz i doborowe towarzystwo.

Zajęcia

„A teraz weźmiecie kamery i na następne zajęcia nakręcicie coś, z czego później będziemy montować taki materiał, jak przed chwilą widzieliście” – szok! Ktoś pożycza mi profesjonalny sprzęt i pozwala się realizować. Czy mi się to wszystko śni? Na innych zajęciach oglądam filmy, które w Polsce nie miały premiery, a na jeszcze innych wykładowca mówi mi, że cieszy się z tego, że wybrałam jego przedmiot. Brak mi słów...

Dalecy-bliscy

To, że zostawiłam w Polsce tak wiele bliskich osób miało wiele minusów, ale jestem w stanie odnaleźć też kilka pozytywnych aspektów. Przede wszystkim dostrzegłam, jak ważny jest dla mnie kontakt z tymi osobami. Doceniłam to. Bardzo podobały mi się powitania, kiedy odwiedzałam ojczyznę (pożegnania już trochę mniej, ale też miały swój urok). Cieszyłam się, kiedy ktoś chciał mnie odwiedzić, sprawiało mi radość robienie innym prezentów.

I oddychałam z ulgą, kiedy po tych kilku dniach mogłam wrócić do mojego akademika i znowu być niezależną od wszystkich.

Taka długa droga

Podróżowanie pociągiem na krótką metę i od czasu do czasu może być ciekawe, a nawet ekscytujące, ale kiedy zajmuje pół dnia i obejmuje kilka przesiadek... Kiedy wszystko jest poukładane tak precyzyjne, że jedno opóźnienie może spowodować, że przykro mi, ale – nie dotrzesz dzisiaj do domu. W takich przypadkach podróżowanie definitywnie do rozrywek nie należy. Jestem naprawdę wdzięczna, że czasem w powrotach towarzyszył mi kolega, z którym przemierzałam część trasy. Kolega od zadań specjalnych – od gonienia uciekającego busa i przewożenia nadprogramowego bagażu. Od rozważań filozoficznych i od kłótni na-niby. W podróży pociągiem dobre jest jeszcze to, że masz dużo, dużo czasu do wykorzystania. Możesz spać (tę opcję zwykle wybierałam ja, bo odsypiałam wcześniejszą noc), czytać lub (przyznaj, że czasem musisz) uczyć się.

To dopiero początek

Może zaczynanie od rachunku sumień nieczystych było błędem, ale był to (kolejny) mój własny błąd i kolejna lekcja dla mnie. Nie życzę Wam więc właściwego podejmowania decyzji, bo – umówmy się – nie ma decyzji w 100% właściwych. Życzę Wam udanego Erasmusa i wielu WŁASNYCH błędów, na których nauczycie się życia. Własnego życia. Czego życzę sobie? Żebym obudziwszy się jutro rano, poczuła, że pewne etapy w moim życiu zostały już zamknięte, i żebym uwierzyła, że koniec czegoś jest początkiem czegoś nowego.

Kamila Zygmunt
Najpopularniejsze FelietonyPowrót z trzeciego świataZ poradnika ogrodnika, czyli jak dbać o storczykiMaj… kwiaty… flirt… mężczyźni… ech…Pliki cookies (tzw. ciasteczka) i podobne technologieKoniec (gorszy) świata
Najwyżej oceniane FelietonyZazdrośćAfera srajtaśmowaDzień jak co dzieńCichoWolność słowa
PrzewodnikiAlbaniaNepalPolskaRumunia
Najpopularniejsze zdjęcie w dzialeJeremi i Rekin 2Najwyżej oceniane:Storczyki
Oceń zamieszczony obok artykuł.(Uwaga! Warto wcześniej się zalogować ponieważ głosy zarejestrowanych czytelników mają większą wagę.)
Login (jak do forum): Hasło (jak do forum): zapamiętaj mnie
Minister kazał, więc uprzejmie informujemy, że nasze strony wykorzystują pliki cookies (ciasteczka) i inne dziwne technologie m.in. w celach statystycznych. Jeśli Ci to przeszkadza, możesz je zablokować, zmieniając ustawienia swojej przeglądarki. Więcej informacji znajdziesz w artykule: Pliki cookies (ciasteczka) i podobne technologie.