Felietony

Demokracja albo śmierć!

Bartosz ĆwirPan Bóg musiał doskonale zdawać sobie sprawę z efektów własnego działania, kiedy mieszał ludziom języki. Wieża Babel – pomnik ludzkiej pychy – ostatecznie pozostała niedokończona. Trudno dziś wprost stwierdzić, czy biblijna opowieść opisuje wydarzenie historyczne, czy też odsłania przed czytelnikami tylko alegoryczny obraz, którego zasadniczym celem jest ukazanie pewnego przesłania. W każdym razie pointa tego fragmentu Księgi Rodzaju pozostaje jednoznaczna bez względu na historyczność lub ahistoryczność opisu – ludzkie działania kończą się fiaskiem, jeśli między ich wykonawcami nie ma zrozumienia. Dotyczy to zarówno przedsięwzięć parszywych, godnych potępienia, jak i – żeby nie powiedzieć: w szczególności – tych zasługujących na aprobatę.

Współczesne założenie, iż biblijna nauka straciła jakoby na aktualności, prowadzi do zatracenia w społeczeństwach odruchów sprzeciwu wobec pewnych zabiegów, mających na celu zburzenie jedności ludzkich wspólnot. Zabiegi takie z całą pewnością są stosowane, a to za sprawą potężnej broni, jaką są media. Kreuje się niemal powszechnie pojęciowy zamęt, stanowiący wprawdzie zaledwie namiastkę tego, co Pan Bóg zafundował budowniczym Wieży Babel, lecz wbrew pozorom wyjątkowo niebezpieczny. Od kiedy małżeństwa przestały być domeną wyłącznie par mężczyzn i kobiet, skoro zwrot „małżeństwa homoseksualne” nie budzi w społeczeństwach większego odruchu sprzeciwu? Od kiedy to neutralność światopoglądowa państw czy bezideowość partii politycznych przestały być pojęciami absolutnie paradoksalnymi? Sama bezideowość przecież jest już jakąś ideą. Przyzwolenie na aborcję i eutanazję to obecnie gest miłosierdzia, zaś tolerancja sprowadza się do akceptowania wszelkich zboczeń czy dewiacji oraz – jakby tego było mało – z urzędu uznawania ich za właściwe.

Do tego wszystkiego dochodzi jeszcze demokracja – największe bożyszcze postępowych rządców Europy. Pojęcie użyte po raz pierwszy przez Herodota już w V wieku przed Chrystusem określało ustrój, występujący w greckich polis i polegający na bezpośredniej zwierzchności ludu nad państwem (o ile maleńkie miasteczka greckie można w ogóle nazwać państwami i do współczesnych państw je przyrównywać). Ta definicja wciąż jeszcze figuruje w różnego rodzaju encyklopediach i to z reguły na pierwszym miejscu, choć dodano do niej jedno, niewielkie ograniczenie. Lud może bowiem sprawować rządy nie tylko bezpośrednio, ale także przez swoich przedstawicieli, wybranych w jak najbardziej demokratycznych wyborach. W praktyce tenże lud skazany jest w zasadzie na to drugie rozwiązanie – mimo że konstytucja gwarantuje mu teoretyczne zwierzchnictwo – bo jakoś żaden z jego przedstawicieli nie kwapi się do pytania swego domniemanego pryncypała o zdanie. Mamy tu w zasadzie kolejny paradoks, zresztą wpisany do polskiej konstytucji: w rozdziale pierwszym najwyższego dokumentu państwowego czytamy o władzy zwierzchniej narodu, a w kolejnych o tym, iż tę samą władzę sprawuje Sejm, Senat, prezydent oraz sądy i trybunały. Jaki oni stanowią procent wszystkich obywateli dość łatwo wyliczyć.

Sprawa jest na tyle błaha, że niektóre mądre głowy w ogóle nie dostrzegają problemu i rozważają tylko, dlaczego ta polska demokracja jest, jaka jest (bo przecież wszyscy chyba wiedzą, że ma poważne wady). Dlaczego we wskaźniku demokracji, opracowanym przez jednostkę badawczą brytyjskiego tygodnika The Economist, jesteśmy dopiero na 45 miejscu – za Urugwajem i Mauritiusem? I tutaj zaczynają się wyliczanki: kolejne przyczyny, czasami domniemane rozwiązania, porównania do innych państw, które w tym samym badaniu zajęły jakieś wyższe pozycje. A tymczasem samo badanie stanowi sztandarowy przykład niesłychanej wręcz niekompetencji i semantycznego matactwa. Spośród wszystkich światowych państw demokracją najbardziej pełną i udaną okazało się... Królestwo Norwegii. Jakby tego było mało miejsce 3, 4, 5 i 6 zajmują kolejno monarchie: duńska, szwedzka, nowozelandzka i australijska. Oczywiście, istnieją w tych państwach parlamenty oraz konstytucje, jednak ich istnienie nie świadczy o charakterze ustrojowym kraju. Wracając do Norwegii – tamtejsza konstytucja wprost określa państwo jako monarchię, a skoro gwarantuje świętość i nietykalność osoby króla, który w ogóle nie może być sądzony (mimo że ten sam dokument powierza mu odpowiedzialne funkcje władzy wykonawczej), to nie może tu być mowy o iluzoryczności jego wpływu na politykę.

Tak właśnie dyskusja wokół demokracji się urywa. Nie sposób rozmawiać na temat pojęcia, którego znaczenia dobierane jest zupełnie dowolnie, w zależności od aktualnie pasujących norm. Do tego o jego aktualnym sensie mogą zaświadczać tylko ci, którzy akurat z rzeczywistym, bo historycznym jego objaśnieniem niewiele mają wspólnego. Unia Europejska od długiego już czasu kreuje się na jedynego sprawiedliwego inkwizytora w tej sprawie, szafując na potęgę chwytliwymi hasłami. Ostatnie przemiany na Węgrzech – mimo że są efektem wolnych wyborów – wywołały gromkie głosy sprzeciwu i groźne potrząsanie pięściami w stronę premiera Victora Orbana i jego partii. Pojawił się również postulat utworzenia nowego organu w ramach Wspólnoty, nazwanego roboczo Komisją Kopenhaską, który miałby za zadanie monitorowanie europejskich demokracji oraz reagowanie w razie domniemanego zagrożenia. Przywracaniem właściwego porządku miałby zająć się oczywiście „Jedyny Sprawiedliwy”, chociaż jego naczelny organ – Komisja Europejska – nie posiada najmniejszego nawet znamienia demokracji (w klasycznym jej znaczeniu).

Ostatnią mutacją, jaką poddano dawne ludowładztwo, było przyrównanie go z wolnościami obywatelskimi i pokojem. O ile w pierwszym wypadku mamy do czynienia ze zwyczajną kradzieżą znaczenia liberalizmowi (przy jednoczesnym nadaniu temu ostatniemu innego, bardziej negatywnego), to drugi w pełni opiera się na zwykłym kłamstwie. Demokracja od samego początku swojego istnienia łączyła się jedynie z totalitarnym aparatem przemocy organizowanym w granicach prawa. Na tym opierał się ateński ostracyzm, czyli zasada, że tzw. wolnym głosem większości można przesądzić o życiu lub śmierci obywatela (wygnanie w tamtych czasach miało znacznie poważniejsze konsekwencje niż obecnie). Tego samego rodzaju działania doświadczył Sokrates – osądzony za domniemane podburzanie młodzieży i ostatecznie skazany na śmierć. Faktyczna przyczyna była zgoła inna. Sokrates otwarcie krytykował demokrację, która w owym czasie zaciskała swoje szpony na Atenach, przez co stał się niewygodny dla politycznych elit. Tak samo jest i z „postępowym” wydaniem tegoż ustroju. Bojowe hasło włoskich rewolucjonistów – democrazia o la morta! (wł. demokracja albo śmierć!) – nie miało bynajmniej na celu dochodzenia jakiegokolwiek kompromisu. Co ustalił uzbrojony, dziki tłum było prawem, a o apelacji nikt nawet nie śmiał pomyśleć. Jak jest dzisiaj? Obecnie uzbrojeni policjanci gazują protestujących obywateli Grecji za ich sprzeciw wobec kosztów, które sami muszą ponieść za udział w polityczno-ideologicznym eksperymencie, jakim jest strefa euro.

Krąży obok wymienionej sterty kłamstw jeszcze jedno: postawienie między demokracją a republiką znaku równości. O ile w Stanach Zjednoczonych konflikt między przedstawicielami obu tych ustrojów wciąż jest żywy, o tyle Europa zdaje się w ogóle zapominać o jego istnieniu. Co najgorsze podobna idea zagłębiła się głęboko w świadomości nie tylko szeroko pojętej lewicy, ale także pośród konserwatywnej części europejskiego społeczeństwa. Historia zaś podaje prosty przykład na to, iż są w błędzie. Starożytni Grecy znali trzy typy ustrojów – monarchię, arystokrację i demokrację. Dziwili się zatem, kiedy obserwowali sposób politycznego uporządkowania państwa rzymskiego, którego nie byli w stanie zakwalifikować do żadnego ze znanych sobie rozwiązań. Zdziwienie to, choć niegdyś oczywiste, obecnie najwyraźniej przestaje obowiązywać. Tym razem przyczyna znów jest ta sama – szafowanie terminem „demokracja” i rozszerzenie go do granic możliwości w połączeniu z jego upowszechnieniem doprowadziło do wypchnięcia z dyskursu publicznego pojęć właściwych. Wprawdzie problem łączenia tych dwóch ustrojów poszerza tylko chaos pojęciowy, to jednak wypada on dość blado przy badaniach nad wskaźnikiem demokracji, gdzie ludowładztwo zrównano z królestwem. I w zasadzie – mimo absurdalności tej statystyki – postronnym obserwatorom ujawnia się prawda, której twórcy na pewno nie mieli najmniejszego zamiaru udowadniać: nawet na liście światowych demokracji królują monarchie.

Trudno wprost powiedzieć czy zamęt semantyczny wokół demokracji kreowany jest celowo, czy jest wyłącznie dziełem przypadku i niewiedzy wszelkich miłośników ludowładztwa. Rozszerzenie oraz przeformowanie jego znaczenia z pewnością przysporzy nowych zwolenników, do czego demokraci – jak wszyscy działacze polityczni – niewątpliwie dążą. Obecnie do wiary w rządy ludu przyznają się już nie tylko ci, którzy widzą sens w totalitarnym głosie większości, ale również ci, którym leży na sercu obywatelskość, liberalizm albo pokój. Faktycznie zaś niepotrzebna jest demokracja, aby te ideały realizować.

Bartosz Ćwir
Najpopularniejsze FelietonyPowrót z trzeciego świataZ poradnika ogrodnika, czyli jak dbać o storczykiMaj… kwiaty… flirt… mężczyźni… ech…Pliki cookies (tzw. ciasteczka) i podobne technologieKoniec (gorszy) świata
Najwyżej oceniane FelietonyZazdrośćAfera srajtaśmowaDzień jak co dzieńCichoWolność słowa
PrzewodnikiAlbaniaNepalPolskaRumunia
Najpopularniejsze zdjęcie w dzialeJeremi i Rekin 2Najwyżej oceniane:Piotrek Adamus
Oceń zamieszczony obok artykuł.
Minister kazał, więc uprzejmie informujemy, że nasze strony wykorzystują pliki cookies (ciasteczka) i inne dziwne technologie m.in. w celach statystycznych. Jeśli Ci to przeszkadza, możesz je zablokować, zmieniając ustawienia swojej przeglądarki. Więcej informacji znajdziesz w artykule: Pliki cookies (ciasteczka) i podobne technologie.