Historia

Betlejem galicyjskie

Zima nad PodhalemGdy świeży, grudniowy śnieg pokrywał swym puchem beskidzkie wierchy, a od tatrzańskich turni wiał lodowaty wiatr, zaś mróz rzeźbił na szybach najwspanialsze wzory i ornamenty, wszystkie ludy Galicji powoli przygotowywały się na święta Bożego Narodzenia. Święta pełne rodzinnego ciepła, sąsiedzkiego pojednania, barwnych obrzędów i kolędniczych figli, które w górach i na pogórzach nabierały szczególnego smaku. A pasterskie tradycje Karpat, wszechobecne pomiędzy Śląskiem Cieszyńskim a Bukowiną, zdawały się w owym czasie czynić z Galicji jedno wielkie Betlejem, okraszone żwawymi góralskimi pastorałkami i nastrojowymi nutami rozlicznych społeczności Pogórza i Podkarpacia.

Najwspanialej wyglądało Boże Narodzenie pod samymi Tatrami, na Podhalu, które witało narodziny Zbawiciela magiczną pasterką na Wiktorówkach, a pośród gęśli i basów nuciło jedyne w swoim rodzaju pieśni, z właściwą sobie swadą łączące żarliwą religijność z pasterskimi wątkami.

A wcora z wiecora Kie my owiec strzegli Ej, jako ci ptoskowie Janieli przybiegli Wesołom Nowine Do uska septali Ej, ze siy nom Jezusek Narodził na holi – Cheboj Stachu, nie stój w sieni! – Co za jasność siy tu mieni? – Cheboj Józku, coz tam robis? Bóg siy zrodził, cy nie widzis? – Nic nie widze, naski baco. – Niek ci janieli wybacom! – Cheboj Jano, nie stój w progu! Pokłonić siy Panu Bogu! – Kłaniom Ci siy Panie Boze! – Tak siy kłanioj, jako mozes! – Cheboj mały juhasicku! – Kłaniom Ci siy Jezusicku!

Skierujmy się jednak do wschodniej części Galicji, choć karpackie grzbiety płynnie przechodziły jedne w drugie na całym jej obszarze, choć dorzeczy Wisły i Dniestru przez całe stulecia nie rozdzielała żadna państwowa granica, zanim totalitarne porządki całkiem niedawno nie rozerwały odwiecznej historyczno-kulturowej jedności. Skierujmy się tam, gdzie wszystkie drogi prowadziły nie do Krakowa, lecz Lwowa, gdzie wybierano się na spływ nie Dunajcem, lecz Czeremoszem, gdzie wypoczywano „u wód” nie w Krynicy, lecz Truskawcu, a ponad pofałdowanymi wzgórzami królowały nie Tatry, lecz śnieżny grzbiet równie alpejskiej Czarnohory.

Bo nawet najsłynniejsza polska kolęda, gdy tylko wybrzmiewała w bałaku gardłami niesfornych „batiarów” z Łyczakowa jako Bóg si rodzi, miała jakiś swój niepowtarzalny smak... A przecież kolęd było we Lwowie tak wiele...

Na Lewandówcy, W cichyj kołyscy, Dziecko maleński, Jak ptaszyna kwili. Chodćci na palcach, Patrzci si wszyscy, Lwowski Pan Jezus Narodził si w tej chwili. A On aż oczki Mruży z rozkoszy... Luli, aj lulaj mi, Synku najdroższy. Na Lewandówcy W niebi si jarzy Gwiazda ugromna, Jak miejska latarnia. Widzą ją oczy Lwowskich baciarzy, Pu całym świeci Nadzieja ich ogarnia.. Chodźci tu wszyscy, Klynkajci wszycy, Taż On wy Lwowi znów! W Swojij kułyscy...

Podobne kolędy, głęboko osadzone w lokalnych „smaczkach” chętnie śpiewali Polacy w całej Galicji – od śląskiej Białej po Czeremosz. Śpiewali je chętnie w wielkich metropoliach i małych miasteczkach, w ludnych wioskach i zagubionych osadach, także w owej umownej wschodniej części galicyjskiej ziemi, gdzie sąsiadem często był Żyd, Ormianin, Niemiec, Rusin, Ukrainiec. A z racji liczebności drugie miejsce po Polakach na wschodnich krańcach Galicji przypaść musiało właśnie rozlicznym szczepom Rusinów i Ukraińców, którzy równie ochoczo wielbili Boże Narodzenie obrzędem i pieśnią.

Wże nadchodyt Szczedyj wecir – Szczasliwa hodyna. Nechaj w szczasti prożiwaje Wsja wasza rodyna.

Mocno związane z bożonarodzeniową atmosferą tradycje pasterskie i tutaj wędrowały ku górom, gdzie w miejsce Podhalan szczególny zachwyt wywoływali dzicy i barwni Huculi, głęboko wpisani w polską (a także ukraińską) kulturę. Hardzi górale z połonin, sławni wspaniałymi strojami, wypasami w Czarnohorze, flisactwem na Czeremoszu i niesamowitym rękodziełem, określani przez Henryka Gąsiorowskiego mianem najciekawszego zabytku etnograficznego nie tylko na ziemiach polskich, lecz i w Europie, choć kojarzyli się wielu zwłaszcza z niezwykłymi pisankami, nie zawodzili także w okresie obrzędowości zimowej. Huculskie grupy kolędnicze z właściwą sobie brawurą wędrowały między Bożym Narodzeniem a świętem Jordanu często po kilka kilometrów od chaty do chaty, niosąc ze sobą głos trembity, cymbałów i skrzypiec. Charakterystyczne, że górale o skomplikowanym bałkańsko-wołosko-ruskim etnosie kolędowali, zachowując pewną hierarchię, pod wodzą doświadczonego berezy – swoistego odpowiednika kierującego letnimi wypasami wataha – który pozostawał dysponentem pradawnych rytuałów i nut. I doprawdy trudno wyobrazić sobie bardziej fascynujące kolędy i występy od tych, przy których Huculi recytowali magiczne zaklęcia, a w żywiołowym tańcu wymachiwali bardkami – charakterystycznymi toporami.

Mniej barwnie prezentowały się obrzędy bardziej ruskich (ukraińskich?) Bojków z Bieszczadów i północno-zachodnich Gorganów, cechowała je jednak fascynująca archaiczność i pierwotna surowość. Bo na Bojkowszczyźnie każda uroczystość była okazją do przypomnienia sobie magicznych rytuałów i obyczaju przodków, także ta, którą głosiło wezwanie Chrystos rodytsia...

W nydilu rano sonejko schodyt, Świata Preczysta po raju chodyt, Swoho synojka za ruczeńku wodyt.

Obok Polaków i Rusinów oraz rozmaitych szczepów góralskich o wyjątkowo pomieszanych komponentach etnicznych umowna wschodnia część Galicji pełna była i innych nacji. Liczni tutaj Żydzi świętowali oczywiście kiedy indziej i zupełnie co innego, ale grudniowa Chanuka była na galicyjskiej ziemi niemal taką samą oczywistością jak Boże Narodzenie, zaś Tadeusz Olszański przypomina, że w jego rodzinnym Stanisławowie w starozakonnych mieszkaniach nie brakowało nawet... świątecznej choinki.

AstwacahajnutjunAstwacahajnutiun - symboliczny chrzest Pański

Święta związane z narodzinami najsłynniejszego syna Izraela obchodzili za to żyjący w podobnej diasporze Ormianie, nie mniej od Polaków, Rusinów i Żydów nadający oblicze wschodniej Galicji. Będąc wyznawcami odrębnego od katolików rzymskich i greckich, prawosławnych i protestantów odłamu chrześcijaństwa (na tych terenach od XVII stulecia w unii z Rzymem), zachowali wiele najstarszych tradycji chrystianizmu. Ormiańskie chrześcijaństwo bowiem niemal od zarania rozwijało się w pewnej izolacji od hierarchii kościelnej Cesarstwa Rzymskiego, toteż potomkowie Haika przynieśli przed setkami lat do Galicji bardziej pierwotne i egzotyczne formy celebracji święta Wcielenia niż te, które obchodziły wielokrotnie reformowane liturgie łacińska i grecka. Ormiańskie święto Objawienia Pańskiego – Astwacahajnutjun, zgodnie z obyczajem pierwotnego chrześcijaństwa, łączyło w szóstym dniu stycznia trzy nie rozdzielone uroczystości: właściwego Bożego Narodzenia (w Cesarstwie Rzymskim przeniesionego na grudzień dla lepszej identyfikacji z narodzinami solarnego wcielenia Mitry), pokłonu mędrców ze Wschodu (przy czym w tej tradycji „króli” nie było trzech, a zazwyczaj dwunastu!) oraz chrztu Jezusa w Jordanie. A w tym czasie Ormianie radzi śpiewali obok polskich kolęd, także swoje własne:

Manug dzynaw i Petchehem, Usdi cyndza Jerusahem, Ear spynutiun yz martgain, Worti jew pan Asrwadzain, Eszn jew jezyn dżanaczecin, Wał nyma jergirbakiecin, Takawor i Sapa jegin, Z Oski zhung jew z mur maducin, Mydiałk i dun i miasin, Nor dzynełojn jergirbakin,

Na imysur inkn etiałe, Woro parok aszchark łyciałe, Hajsym awur cyndzutian, Urach leruk amenekian, Orhnescuk surp zjerortutiun, Astywadz dacuk kohutiun. * * * Dziecię się narodziło w Betlejem, Wiec cieszy się Jeruzalem, Przybrał naturę człowieczą, Syn i Słowo Boże, Osioł i wół poznali, Złożyli Mu pokłon, Król z Saby przybył, Złoto, kadzidło i mirrę ofiarował, Weszli do domu razem, Nowo narodzonemu pokłonili się, A On położony był w żłobie, Który chwałą napełnił cały świat, W tym dniu narodzenia – radość, Weselimy się wszyscy, Błogosławimy Świętą Trójcę, Bogu oddajemy dziękczynienie. I choć nie obywało się niekiedy od pewnych napięć czy zwyczajnych sąsiedzkich złośliwości, to wszystkie nacje wschodniej Galicji żyły na co dzień zgodnie, bez szumnych haseł o „tolerancji” i „wielokulturowości” po prostu wzajemnie się szanując, tak jak nakazywała im tradycyjna mentalność, nieskażona jeszcze nowoczesnymi nacjonalizmami. Ową tradycyjną mentalność znakomicie ilustrowały trzy lwowskie katedry: łacińska, greckokatolicka i ormiańska, którym dzielnie sekundowała sławna synagoga Złotej Róży. A w szczególny sposób na przełomie roku, kiedy do betlejemskiej stajenki spieszyli kolejno Polacy, Ormianie i Rusini, trwał nieustający festiwal życzliwości i wspólnej radości, jednako dzielonej przez lwowskiego „batiara”, Ormianina, Hucuła, Bojkę, polskiego szlachcica, Ukraińca z Podola, Niemca i nawet miejscowego Żyda, zaś stosunki międzyludzkie zdawały się nabierać temperatury odwrotnie proporcjonalnej do ciągnącego od Czarnohory mrozu... Galicja bowiem nie dzieliła, a łączyła. Łączyła ludy i języki, religie i wyznania, tak jak łączyła Kraków z Lwowem, Tarnów z Tarnopolem, Tatry z Czarnohorą i Podhale z Huculszczyzną, tak jak spotykające się tutaj tradycje Wschodu i Zachodu modelowo łączyli Łemkowie, u których podłaźnicy w samo Boże Narodzenie rozrzucali w domu sąsiadów zboże, składając życzenia tak podobne i do podhalańskich, i wschodniosłowiańskich: [bqc]Na szczasti, na zdrowla, Na to Boże Narodżynia, Szczob ste byli zdorowi, weseli, Jak w nebi anheli.

Ta wspaniała wzajemna życzliwość pomiędzy różnymi nacjami i tradycjami, sporadycznie tylko przerywana wybrykami wszechpolaków i ukraińskich nacjonalistów, trwała tak długo, jak długo trwała jedność Galicji, nie naruszana od XIV stulecia. I w jakiś przedziwny sposób owa wzajemna życzliwość załamywać się zaczęła wraz z załamywaniem jedności galicyjskiej ziemi w XX w. Przez prawie sześć stuleci rozkwitała wspaniała mozaika etniczno-religijna pod władzą polską, później austriacką i na nowo polską. Kiedy więc Austriacy postanowili „na odchodnym” spłatać jej narodom w listopadzie 1918 r. srogiego figla w postaci Zachodnio-Ukraińskiej Republiki Ludowej, do boju ruszyły przemyskie i lwowskie Orlęta, często jeszcze nieletnie. U progu Niepodległości broniły one polskości rodzinnej ziemi, o której zaświadczała jej historia, ale broniły też nieświadomie jedności i integralności owej galicyjskiej mozaiki od Śląska po Bukowinę. I zanim nadeszły oczekiwane posiłki, w ogniu walk pielęgnowały najlepsze tradycje owej krainy, zaś w trudną Wigilię roku 1918 pełne bojowego zapału i nadziei śpiewały swoją własną kolędę:

Lulajże, Jezuniu, lulajże, lulaj, A Ty Go Matulu w płaczu utulaj. Nic już nie przerwie snu Najświętszego, Nic już nie grozi głowinie Jego, Bowiem o wrota stajni oparta Polskich żołnierzy niezłomna warta. Zaszczyt największy przypadł jej ninie: Straż honorowa przy tej Dziecinie. Więc też na „baczność” prężą się chłopcy, Nie znają naszych królowie obcy, Nie dojdzie tutaj noga niczyja, Kto nie zna hasła: Jezus – Maryja! Możesz spokojna być, Matko Święta, Nad Wami polska straż rozciągnięta. Jest w niej legunów brać wyborowa I ci najmłodsi obrońcy Lwowa. Więc lulaj, Jezu, nad Tobą oto Roje aniołów tęczą się plotą. To ci, co wczoraj karni i śmieli, W drobnych rączynach karabin mieli. Gdy potem zoczym Twój wzrok otwarty, Zaśpiewam jeszcze przed zmianą warty: „Nie damy ziemi”, co krwią spłynęła, Lub to najświętsze, że: „Nie zginęła!”. A Ty w podzięce dasz na zachętę Nam ucałować Twe nóżki święte. Więc teraz lulaj... Gra pieśń eolska: Zmartwychwstająca wita Cię Polska.

Szopka bożonarodzeniowaStajenka betlejemska

Zmartwychwstała, Wolna Polska istotnie wzięła znów w opiekę całą galicyjską ziemię, wzięła w opiekę jej nacje i wyznania, doczekując się wdzięczności nie tylko Polaków, ale też Hucułów (mających w wojsku II Rzeczypospolitej swój własny pułk regionalny, który wspaniale spisze się na polach Września), Żydów i Ormian, choć w stosunku do Ukraińców nie zawsze potrafiła stanąć na wysokości zadania, niekiedy bezmyślnie utożsamiając terrorystyczne zamachy inspirowanych niemieckim nazizmem nacjonalistów za postawę całego narodu. Ale – mimo oczywistych błędów swej polityki wobec Ukraińców – i im dała tak potrzebny pokój i bezpieczeństwo, stanowiąc tarczę przed zaborczą Ukrainą radziecką, w której komunistyczny porządek sprowadził na ich rodaków Wielki Głód. Tak zmartwychwstała Rzeczpospolita stała się na nowo – jak przed wiekami – gwarantką pokoju i pomyślności galicyjskich społeczności.

Ewangelia według świętego Mateusza łączy jednak Boże Narodzenie z tzw. rzezią niewiniątek, nie potwierdzaną na szczęście przez inne źródła. Taka rzeź, nierzadko najsłabszych, istotnie dotknęła Galicję w dobie II wojny światowej, kiedy to – w różnej konstelacji i z różnym natężeniem – Niemcy, Sowieci i upowcy (mordujący także Ukraińców!) „oczyszczali” „Zachodnią Ukrainę” z Żydów, Polaków i Ormian. Nie rzecz jednak w tym, aby rozdrapywać tutaj owe straszliwe rany (choć o ofiarach ludobójstwa należy pamiętać zawsze!), ale zwrócić uwagę na fakt, że mordy i wysiedlenia zbiegły się w czasie z pierwszym od stuleci podziałem Galicji przez okupantów w 1939 r. I tak już miało pozostać, albowiem totalitarne porządki okazały się w ostatecznym rozrachunku zwycięskie...

A kiedy wybito niemal do nogi polskich Żydów, w Bieszczadach ustanowiono szczelną granicę, rozdzielającą niepodzielną dotąd krainę, zaś Polacy i Ormianie porzucić musieli swoją ojczyznę nad Pełtwią, Prutem i Czeremoszem, dla przepędzonych lwowiaków tęsknota za własną ojczyzną i wspomnienie o dawnej wschodniogalicyjskiej różnorodności ułożyła się w kolejną śpiewaną w obcych stronach kolędę, przy której grudniowy mróz ścinał łzy na utrudzonym obliczu:

W dzień Bożego Narodzenia lwowskie niesiemy wspomnienia i choinkę z tamtych lasów, zapach willi z tamtych czasów, dobrych czasów... [...] Podnieś rączkę Boże Dziecię i lwowiakom w całym świecie – choć niejeden z nas się śmieje – daj dziś miłość i nadzieję, daj nadzieję...

I niechaj Boże Narodzenie, wbrew ponurym nacjonalizmom i politycznym dyktatom, zawsze będzie źródłem nadziei na odmianę tułaczego losu, wspomnieniem o dawnej różnorodności i szacunku, który zawsze winien łączyć i wzbogacać ludzi odmiennych nacji, wyznań i tradycji. Et in terra pax hominibus bonae voluntatis!

Bartłomiej Grzegorz Sala
PodróżeKulturaMuzykaHistoriaFelietonyPaństwo, polityka, społeczeństwoPowieści i opowiadaniaKącik poezjiRecenzjeWielkie żarcieKomiks
PrzewodnikiAlbaniaNepalPolskaRumunia
Najpopularniejsze HistoriaJanusz i Bogusław Radziwiłłowie: zdrajcy czy pragmatycy?Życie codzienne „Króla Słońce”Ruch oporu w Łodzi w latach II Wojny Światowej, cz. 2Pierwsza lekcja – Najazd Hodona i bitwa pod Cedynią (24 czerwca 972 r.)Awantura dwóch cesarzy, czyli krótka historia Cesarstwa Meksyku (1864-1867)
Najwyżej oceniane HistoriaTatarski zewPułkownik Ryszard Kukliński – bohater czy zdrajca?August III Sas i Jan Sebastian BachParafia zgierska w II połowie XVIII wieku w świetle wizytacji dekanalnej z 1759 rokuTrwa powstanie w getcie
Oceń zamieszczony obok artykuł.
Minister kazał, więc uprzejmie informujemy, że nasze strony wykorzystują pliki cookies (ciasteczka) i inne dziwne technologie m.in. w celach statystycznych. Jeśli Ci to przeszkadza, możesz je zablokować, zmieniając ustawienia swojej przeglądarki. Więcej informacji znajdziesz w artykule: Pliki cookies (ciasteczka) i podobne technologie.